Tańcząc we Mgle - prolog
Hmmm. Witam. Długo nie pisałem niczego dłuższego i bardziej na poważnie. Postanowiłem więc coś w końcu wypocić i, przy okazji, przypomnieć się. Może nie jest to zbyt długie, ale potraktowałem to jako prolog do czegoś, być może, dłuższego (prawdopodobnie wieloczęściowego).
* * *
W prywatnej komnacie imperatora Thrau panowała niezakłócana niczym cisza. Towarzyszący jej mrok nocy był rozpraszany jedynie przez wpadające do środka srebrzyste światło księżyca. W tym blasku skąpana była twarz człowieka zamyślonego nad losem swego imperium. Mężczyzna w kwiecie swego wieku spoglądał przez okno, gdy delikatna poświata tańczyła na jego nielicznych zmarszczkach i osiadała na stalowoszarych włosach, sprawiając, że lśniły. Jego orzechowe oczy błądziły, skupiały się to na jednym, to na innym obiekcie, nie mogąc się zdecydować co obserwować dokładniej. Spierzchnięte usta rozchyliły się, a mężczyzna wydał z siebie ciche westchnięcie.
Imperator Thrau, Uliar Gelli III, był człowiekiem zatroskanym. Patrzył na serce swego państwa zarówno z dumą, jak i ze zmartwieniem. Wśród jego uczuć był też strach, który szeptał mu do ucha za każdym razem, gdy myślał o przyszłości imperium. Jego oczy skupiły się na odległych światłach, pośród których, mali niczym mrówki, jego poddani pracowali w pocie czoła. Od czasu, kiedy objął rządy Thrau przestało sypiać. Uliar Gelli III nakazał budowy coraz to nowszych i bardziej zaawansowanych technologicznie obiektów. Na początku powstały fabryki. Wynalezienie maszyn parowych okazało się być kluczem do nowej ery. Cały świat pogrążył się w rewolucji przemysłowej. Kolejne wynalazki przyniosły zyski. Otworzyły się wrota do świetlanej przyszłości. Patrząc na budowę kolejnej trasy kolejowej imperator zapytał sam siebie, czy jego rządy zostaną nazwane Złotym Wiekiem Imperium...
Jednakże prawda była taka, że nie wszyscy byli zadowoleni, o czym Uliar wiedział doskonale. Podział na kasty społeczne stał się wyraźniejszy i brutalniejszy. Wyzyskiwani mieszkańcy Thrau buntowali się coraz częściej. Niektórzy pracownicy fabryk protestowali i odmawiali pracy. Ponad to nie każdy był zwolennikiem technologii. O ile jego Naczelni Magowie nie wyrażali większego sprzeciwu, a nawet popierali postęp i ekspansję przemysłową, o tyle nie wszyscy podzielali ich zdanie. Czarodzieje i czarownicy łączyli się w gildie, grupy i kulty mające na celu przeciwstawienie się rozwojowi. Chcieli zatrzymać nieuniknione, myślał imperator. Ale postępu nie dało się zatrzymać. Nie, nie teraz...
Kto stał w miejscu, ten pozwalał światu wyprzedzić go, a tym samym się cofał. A nikt nie powinien chcieć powrócić do czasów Uliara Gelliego I. Imperator pokręcił głową, przez chwilę wpatrując się w dym wydobywający się z jednego z kominów fabrycznych. Od czasów pierwszego imperatora Thrau minął prawie wiek, ale historia była nieubłagana. W oczach świata stał się naiwnym głupcem, który myślał, że uda mu się wykorzystać demony do własnych celów. Nawet będąc świadomym starożytnej przepowiedni nie był w stanie powstrzymać dramatycznych wydarzeń, które sam sprowadził na swój lud. Mimo iż zaczęło się od jednego demona oraz jednego przywódcy gildii, co wyglądało niezbyt groźnie i zapewne mogło zostać powstrzymane, jeśli ktoś podjąłby odpowiednie środki, skończyło się tragicznie. Imperium stało się polem bitwy, które przerodziło się w krwawe i jałowe pola naznaczone wojną...
Imperator nie chciał, by coś takiego kiedykolwiek się powtórzyło. I nie dopuściłby do tego. Nigdy. Dlatego, podpowiedział mu znajomy głosik z tyłu głowy, musiał usunąć wszelkie przeszkody stojące na drodze postępu. Dopiero wtedy świat będzie mógł ruszyć na przód i w pełni wykorzystać swój potencjał. Imperator westchnął i odszedł od okna. Wiedział, że warto było podjąć tę długą i trudną wędrówkę ku lepszej przyszłości. Teraz nie było już odwrotu. Jutro wszystko powinno się zmienić. Szala losu przechyli się na jego stronę. Musiała. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości...
***
Arcydruid jedynego pozostałego w Thrau Wielkiego Gaju siedział na jednej z kwiecistych polan i patrzył w księżyc. Miał zbyt wiele zmartwień na głowie, by spać. Mógł zbyt mało, by cokolwiek zrobić. Jedynym, co mu pozostawało to modlić się do Natury i mieć nadzieję, że jego prośby zostaną spełnione. Gaj, którym się opiekował przeżywał prawdziwe męki. Po Wielkiej Wojnie niebotycznym wysiłkiem było odrodzenie i pozbieranie się po katastrofie, jaka strawiła całe imperium. Potem nie dane było odetchnąć Naturze choć na chwilę. Zaczęła się kolejna walka o przetrwanie. Ludzie poddali się kultowi technologii. Zaczęli wycinać i palić, tępić i gnębić, aż ostała się tylko jedna świątynia Natury. Druidzi stali na krawędzi zagłady, walcząc z całych sił. Jednak to nie wystarczało. Maszyny zbliżały się z każdym dniem i Arcydruid wiedział, że niedługo przyjdzie mu walczyć o ostatni oddech Matki Ziemi. Obawiał się jednak, że nie uda mu się ocalić Gaju. Jeśli padną on i jego bracia, kto zostanie, by kontynuować ich dzieło? Kto zatroszczy się o Naturę, kto będzie ją czcił i opiekował się nią tak jak naprawdę należało? Odpowiedź na te pytania przerażała go jeszcze bardziej niż cokolwiek innego.
Nie wiedział, czy jego modlitwa cokolwiek zdziała. Miał nadzieję, że Natura pomoże im w zbliżającej się wojnie. Gdy zachodziła taka potrzeba, umiała się bronić. A teraz, w tej czarnej godzinie jej moc była potrzebna im bardziej, niż kiedykolwiek...
-Nadchodzą – oznajmił męski głos za plecami Arcydruida. Starzec nawet się nie odwrócił, jedynie westchnął, jakby miał tym zastąpić jakże przewidywalne w tej sytuacji pytanie. - Zbyt blisko. Podejrzewam, że jutro zaatakują. To koniec.
-To nie jest koniec – odparł spokojnie Arcydruid. - To nigdy nie jest koniec. Nawet jeśli my padniemy, będą inni. A nawet jeśli oni padną, Natura przetrwa. Natura jest we wszystkim – westchnął. - Wszędzie. I jakkolwiek ponure to czasy, przetrwa – odwrócił się do swojego rozmówcy, którym był jeden ze starszych i bardziej doświadczonych tropicieli, ubrany w zielony płaszcz, skrywający każdy szczegół jego postaci, będący tym samym idealnym kamuflażem. - Przetrwa, choćby nie wiem co. Daj znać pozostałym, niech się przygotują.
-Tak jest.
Tropiciel odbiegł w mrok lasu, a Arcydruid odwrócił się do księżyca. Przeciwnicy Natury przybędą tu jutro, niosąc bronie i maszyny, powiedział sobie w duchu, jakby chcąc oswoić się z tą ponurą myślą. Jutro miało się wszystko okazać. Szala losu przechyli się albo na ich stronę, albo pozostanie w równowadze, tak jak być powinno. Jednakże jedno było pewne. Jutro świat się zmieni na zawsze...
* * *
W prywatnej komnacie imperatora Thrau panowała niezakłócana niczym cisza. Towarzyszący jej mrok nocy był rozpraszany jedynie przez wpadające do środka srebrzyste światło księżyca. W tym blasku skąpana była twarz człowieka zamyślonego nad losem swego imperium. Mężczyzna w kwiecie swego wieku spoglądał przez okno, gdy delikatna poświata tańczyła na jego nielicznych zmarszczkach i osiadała na stalowoszarych włosach, sprawiając, że lśniły. Jego orzechowe oczy błądziły, skupiały się to na jednym, to na innym obiekcie, nie mogąc się zdecydować co obserwować dokładniej. Spierzchnięte usta rozchyliły się, a mężczyzna wydał z siebie ciche westchnięcie.
Imperator Thrau, Uliar Gelli III, był człowiekiem zatroskanym. Patrzył na serce swego państwa zarówno z dumą, jak i ze zmartwieniem. Wśród jego uczuć był też strach, który szeptał mu do ucha za każdym razem, gdy myślał o przyszłości imperium. Jego oczy skupiły się na odległych światłach, pośród których, mali niczym mrówki, jego poddani pracowali w pocie czoła. Od czasu, kiedy objął rządy Thrau przestało sypiać. Uliar Gelli III nakazał budowy coraz to nowszych i bardziej zaawansowanych technologicznie obiektów. Na początku powstały fabryki. Wynalezienie maszyn parowych okazało się być kluczem do nowej ery. Cały świat pogrążył się w rewolucji przemysłowej. Kolejne wynalazki przyniosły zyski. Otworzyły się wrota do świetlanej przyszłości. Patrząc na budowę kolejnej trasy kolejowej imperator zapytał sam siebie, czy jego rządy zostaną nazwane Złotym Wiekiem Imperium...
Jednakże prawda była taka, że nie wszyscy byli zadowoleni, o czym Uliar wiedział doskonale. Podział na kasty społeczne stał się wyraźniejszy i brutalniejszy. Wyzyskiwani mieszkańcy Thrau buntowali się coraz częściej. Niektórzy pracownicy fabryk protestowali i odmawiali pracy. Ponad to nie każdy był zwolennikiem technologii. O ile jego Naczelni Magowie nie wyrażali większego sprzeciwu, a nawet popierali postęp i ekspansję przemysłową, o tyle nie wszyscy podzielali ich zdanie. Czarodzieje i czarownicy łączyli się w gildie, grupy i kulty mające na celu przeciwstawienie się rozwojowi. Chcieli zatrzymać nieuniknione, myślał imperator. Ale postępu nie dało się zatrzymać. Nie, nie teraz...
Kto stał w miejscu, ten pozwalał światu wyprzedzić go, a tym samym się cofał. A nikt nie powinien chcieć powrócić do czasów Uliara Gelliego I. Imperator pokręcił głową, przez chwilę wpatrując się w dym wydobywający się z jednego z kominów fabrycznych. Od czasów pierwszego imperatora Thrau minął prawie wiek, ale historia była nieubłagana. W oczach świata stał się naiwnym głupcem, który myślał, że uda mu się wykorzystać demony do własnych celów. Nawet będąc świadomym starożytnej przepowiedni nie był w stanie powstrzymać dramatycznych wydarzeń, które sam sprowadził na swój lud. Mimo iż zaczęło się od jednego demona oraz jednego przywódcy gildii, co wyglądało niezbyt groźnie i zapewne mogło zostać powstrzymane, jeśli ktoś podjąłby odpowiednie środki, skończyło się tragicznie. Imperium stało się polem bitwy, które przerodziło się w krwawe i jałowe pola naznaczone wojną...
Imperator nie chciał, by coś takiego kiedykolwiek się powtórzyło. I nie dopuściłby do tego. Nigdy. Dlatego, podpowiedział mu znajomy głosik z tyłu głowy, musiał usunąć wszelkie przeszkody stojące na drodze postępu. Dopiero wtedy świat będzie mógł ruszyć na przód i w pełni wykorzystać swój potencjał. Imperator westchnął i odszedł od okna. Wiedział, że warto było podjąć tę długą i trudną wędrówkę ku lepszej przyszłości. Teraz nie było już odwrotu. Jutro wszystko powinno się zmienić. Szala losu przechyli się na jego stronę. Musiała. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości...
***
Arcydruid jedynego pozostałego w Thrau Wielkiego Gaju siedział na jednej z kwiecistych polan i patrzył w księżyc. Miał zbyt wiele zmartwień na głowie, by spać. Mógł zbyt mało, by cokolwiek zrobić. Jedynym, co mu pozostawało to modlić się do Natury i mieć nadzieję, że jego prośby zostaną spełnione. Gaj, którym się opiekował przeżywał prawdziwe męki. Po Wielkiej Wojnie niebotycznym wysiłkiem było odrodzenie i pozbieranie się po katastrofie, jaka strawiła całe imperium. Potem nie dane było odetchnąć Naturze choć na chwilę. Zaczęła się kolejna walka o przetrwanie. Ludzie poddali się kultowi technologii. Zaczęli wycinać i palić, tępić i gnębić, aż ostała się tylko jedna świątynia Natury. Druidzi stali na krawędzi zagłady, walcząc z całych sił. Jednak to nie wystarczało. Maszyny zbliżały się z każdym dniem i Arcydruid wiedział, że niedługo przyjdzie mu walczyć o ostatni oddech Matki Ziemi. Obawiał się jednak, że nie uda mu się ocalić Gaju. Jeśli padną on i jego bracia, kto zostanie, by kontynuować ich dzieło? Kto zatroszczy się o Naturę, kto będzie ją czcił i opiekował się nią tak jak naprawdę należało? Odpowiedź na te pytania przerażała go jeszcze bardziej niż cokolwiek innego.
Nie wiedział, czy jego modlitwa cokolwiek zdziała. Miał nadzieję, że Natura pomoże im w zbliżającej się wojnie. Gdy zachodziła taka potrzeba, umiała się bronić. A teraz, w tej czarnej godzinie jej moc była potrzebna im bardziej, niż kiedykolwiek...
-Nadchodzą – oznajmił męski głos za plecami Arcydruida. Starzec nawet się nie odwrócił, jedynie westchnął, jakby miał tym zastąpić jakże przewidywalne w tej sytuacji pytanie. - Zbyt blisko. Podejrzewam, że jutro zaatakują. To koniec.
-To nie jest koniec – odparł spokojnie Arcydruid. - To nigdy nie jest koniec. Nawet jeśli my padniemy, będą inni. A nawet jeśli oni padną, Natura przetrwa. Natura jest we wszystkim – westchnął. - Wszędzie. I jakkolwiek ponure to czasy, przetrwa – odwrócił się do swojego rozmówcy, którym był jeden ze starszych i bardziej doświadczonych tropicieli, ubrany w zielony płaszcz, skrywający każdy szczegół jego postaci, będący tym samym idealnym kamuflażem. - Przetrwa, choćby nie wiem co. Daj znać pozostałym, niech się przygotują.
-Tak jest.
Tropiciel odbiegł w mrok lasu, a Arcydruid odwrócił się do księżyca. Przeciwnicy Natury przybędą tu jutro, niosąc bronie i maszyny, powiedział sobie w duchu, jakby chcąc oswoić się z tą ponurą myślą. Jutro miało się wszystko okazać. Szala losu przechyli się albo na ich stronę, albo pozostanie w równowadze, tak jak być powinno. Jednakże jedno było pewne. Jutro świat się zmieni na zawsze...