Podróż na smoczą górę
Dawno temu, kiedy niebem rządziło surowe prawo smoków, a lśniące paladyńskie miecze chroniły ludzkość przed złem, żył pewien chłopiec, któremu na imię było Sardar. Nie odznaczał się on niczym szczególnym. Jak każdy w jego wieku, chciał być w przyszłości rycerzem walczącym z wrogami lub magiem znającym tajniki niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Podobnie, jak większości jego rówieśnikom, nie wróżono mu spełnienia marzeń. Miał zostać rolnikiem jak jego ojciec i dziadek. Urodził się bowiem w zwyczajnej wiosce. Jedynym jej wyróżnikiem było to, że znajdowała się u stóp smoczej góry o nazwie Sebeb Ulkum. Biorąc jednak pod uwagę ilość takich miejsc na świecie, wioska była przeciętną osadą, a i sam Sardar niczym się w niej nie wyróżniał.
Stało się jednak pewnego wieczora coś, co odmieniło jego życie. Siedział wówczas w pobliskiej karczmie. Dokładniej mówiąc, starał się nie zostać wygonionym. Karczma była jedynym miejscem, gdzie marzenia młodego chłopca mogły zetknąć się z ich realną powłoką. Przesiadywali tu podróżni magowie, wojownicy i zwykli łgarze, którzy dobrą gadką starali się zarobić na kolejny kufel. Powietrze przesiąknięte było tłustym zapachem podawanego gościom mięsiwa. Lepka od aromatu piwa mgiełka świadczyła o dużej popularności różnego rodzaju ziół, jak i zwykłego tytoniu. W każdym razie dla młodego chłopca był to raj. I w tym ziemskim niebie, cichutko, by karczmarz go nie zauważył, siedział Sardar wsłuchany w niezwykłe opowieści i zwyczajne przechwałki grupy krasnoludów jadących z wyrobami swych kuźni do stolicy.
Wtem drzwi karczmy otworzyły się. Stanął w nich mężczyzna wysoki i postawny. Ciężka zbroja i lśniący miecz wskazywały, że nie jest byle kim. Sardar od razu wiedział, że mężczyzna jest kimś więcej niż zwykłym wojownikiem. Emanowała od niego jakaś szczególna aura. Taki ktoś samą swoją obecnością dawał wrażenie bezpieczeństwa i spokoju.
„Paladyn.” – pomyślał uradowany chłopak – „Prawdziwy paladyn.”
Mężczyzna szybkim krokiem ruszył w stronę środka izby. Gdy dotarł na miejsce, stanął wyprostowany i powiedział:
- Ludzie! – w karczmie momentalnie zrobiło się cicho – Doszło do wielkiego zła. Twierdza Urud Basim, siedziba zakonu paladynów została najechana przez mroczną hordę. Potrzebujemy pomocy w odparciu ataku. Jeżeli...
Przerwał mu huk od strony drzwi. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli w tamtą stronę. W rozwartych wrotach stało kilka osób. Sardar nie był pewien, kto to, ale wydawało mu się, że przybysze nie są ludźmi. Paladyn dobył miecza. W karczmie powstało zamieszanie. Wszyscy jednocześnie powstali. Niektórzy dobywali broni, by wspomóc paladyna, inni chcieli oddalić się, by móc bezpiecznie użyć łuku lub po prostu nie ucierpieć w nieuchronnym starciu.
Sardar siedział jak sparaliżowany. „Urud Basim oblegana?” – tłoczyło się mu w głowie. I nie mogło się tam zmieścić. Nigdy nie widział twierdzy, ale słyszał o niej opowieści. Wysokie mury miały być nie do sforsowania. Smukłe wieże zapewniały wsparcie łuczników. Twierdza była tak zbudowana, by nikt nawet nie pomyślał o jej zdobyciu. A jednak jest oblegana.
Wśród tłumu bywalców karczmy do Sardara przedarł się karczmarz. Próbując przekrzyczeć panujący rumor, krzyknął:
- Biegnij sprowadzić pomoc.
Chłopak chwilę gapił się na karczmarza. Rzecz musiała być naprawdę poważna, bowiem gospodarz zwykł siłą wyrzucać chłopców ze swojego lokalu, a nie raz pogonił ich nawet miotłą. Teraz po prostu wypuszczał chłopaka bez najmniejszej nagany. Ponaglony przecisnął się do tylnich drzwi. W zasadzie był to jedynie niewielki luk, którym przenoszono do środka opał do kominka. Chłopak jednak spokojnie się tam mieścił i szybko wydostał się na zewnątrz. Stał teraz na chłodnym powietrzu coraz głębiej zapadającej nocy i nie wiedział, co ma począć. Jak ma pomóc? Jeśli Urud Basim jest oblegana, to co on może począć. „Sprowadź pomoc” zadźwięczało mu w głowie. Tylko skąd wziąć tę pomoc. Kto może przeciwstawić się sile oblegającej twierdzę paladynów?
Ostatnie promienie słońca oświetlały jeszcze od tyłu smoczą górę Sebeb Ulkum, która jawiła się dzięki temu czarnym klinem na tle ciemniejącego nieba. Widok nie był zbyt wyraźny, lecz gdy tylko młodzieniec spojrzał w tamtą stronę, wiedział co ma zrobić. Słyszał nie raz opowieści o potędze smoków. Wiedział, że jeśli je poprosi, wspomogą paladynów w ich walce. Musi się jednak dostać na górę.
A droga nie była łatwa. Prawdę mówiąc jeszcze nikt nie zdołał wspiąć się na górę. Ostre występy i niemal pionowe zbocza niosły już niejedną mogiłę śmiałka, który sądził, że da im radę. Sardar nie zważał jednak na to. Szybkim krokiem ruszył w stronę góry.
Gdy dochodził już do kamiennych zboczy, usłyszał gdzieś za sobą chrzęst w krzakach. Odwrócił głowę nie zwalniając kroku. Nic nie zobaczył. Doszło go jednak wycie wilka. Bliskie wycie. Na zew odpowiedziało kilka głosów. Chłopak rzucił się pędem ku skałom. Sam nie wiedział, jak wdrapał się pierwsze kilka metrów. Dopiero, gdy znalazł się na pewnej wysokości, pozwolił sobie na chwilę wytchnienia. Spojrzał w dół. Gdzieś z ciemności dobiegło go wycie. Nadal bliskie. Chłopak od razu ruszył dalej w górę.
Minęła noc. Po niej dzień, a po nim kolejna noc. Sardar wspinał się coraz wyżej i wyżej. I choć często bywało niebezpiecznie, gdy ręka lub noga ześlizgnęła mu się z niewielkiego występu, na którym właśnie się trzymał, to chłopak wspinał się dalej pchany silnym przekonaniem, że musi wezwać pomoc. W końcu dotarł na sam szczyt góry.
Widok był zadziwiający. I nie chodzi o piękną panoramę okolicy, bo cały dół tonął pod gęstymi chmurami. Sardar nigdy nie słyszał o osadach smoków i nie wiedział, czego się spodziewać. Szczyt góry był nieco stępiony, przez co rozpościerała się nań niewielka równina, niewiele większa od jego wioski. Tu i tam chodziły, latały, lądowały lub wznosiły się do lotu smoki. Widział tu te stworzenia wszelkiej maści i wielkości. Spostrzegł maleństwo, które jeszcze do końca nie potrafiło chodzić. Widział olbrzymie osobniki, które swoje siedziby musiały mieć w innej części góry, gdyż tu się ledwo mieściły w towarzystwie swych pobratymców.
Nagle jeden ze smoków zauważył Sardara. To zadziwiające jak jeden ryk potrafi zmienić całkowicie sytuację. Momentalnie wszystkie smoki zdolne do lotu poderwały się i z szybkością, jakiej chłopak jeszcze nigdy nie widział, szczyt góry opustoszał. Nawet maluchy, które nie umiały jeszcze chodzić, zostały zabrane przez rodziców. Sardar został sam. Nad nim jednak falowało całe morze skrzydeł. Szczyt góry tonął w jego cieniu.
W pewnej chwili jeden ze smoków sfrunął ku chłopakowi, chwycił go wielkimi szponami i wzniósł się kierując w stronę jakiegoś dziwnego miejsca. Sardar już z powietrza zdołał obejrzeć cel tej niezwykłej podróży. Była to okrągła konstrukcja. Wyglądała trochę jak studnia, tylko nie była wkopana w ziemię, a raczej pięła się ku niebu. I była cała podziurawiona. Z bliska zauważył, że te dziury stanowią mozolną plątaninę arkad i łuków o różnych wielkościach i w różnych odstępach. A smok, który go trzymał właśnie wleciał w sam środek tej konstrukcji. Rzucił chłopaka o ziemię. Sardar nie miał siły mu się przeciwstawić. Od długiego czasu nic nie jadł i był wycieńczony wspinaczką.
Do smoka, który przyleciał tu z chłopcem, dołączały kolejne. Wchodziły przez otwory w ścianach, wlatywały podobną drogą do tej, jaką Sardar się tu dostał, zajmowały miejsca na arkadach. Młodzieniec uznał, że to jest ta chwila, w której powinien prosić o wysłuchanie.
- Ja... – zaczął niepewnie.
- Cicho bądź, ludzka istoto – odpowiedział smok, który sprowadził tu chłopca.
- Co on tu w ogóle robi? – spytał któryś z gadów pod ścianą.
- Kto go tu przyniósł? – odezwał się inny.
- Może sam się wdrapał...
- Niemożliwe. Na Sebeb Ulkum nikt nie może się wdrapać. Ktoś ze skrzydlatych musiał mu pomóc.
- Ale to jest zabronione.
- Trzeba go osądzić.
- Ale... – zaczął znów młodzieniec niepewnie.
- Milcz. – krzyknął jeden ze smoków – Jedynie smoki mają prawo żyć na tej wysokości. Tak mówi Prawo.
- Ale ja nie wiedziałem.
- To oczywiste. Teraz trzeba Cię zabić. Żaden człowiek nie może przebywać w osadach smoków. Tak mówi Prawo.
- Ale ja chciałem...
- Milcz.
Rozgorzała kłótnia wśród smoków. Sardar przyglądał jej się ze strachem. Wszystkie smoki przekrzykiwały się, próbując udowodnić swoją znajomość Prawa i licznych sposobów zadawania śmierci. Niektóre chciały znaleźć winnego, inne po prostu zabić intruza. Jeszcze kolejne doszukiwały się jakiś ukrytych znaczeń w zapisach Prawa.
- Ale musicie pomóc paladynom – powiedział w końcu przerażony chłopiec.
- Niczego nie musimy – odburknął jeden ze smoków.
- Właśnie – dodał drugi, nieco mniejszy – zwłaszcza paladynom.
- Jeśli coś musimy, to na pewno zabić tego człowieka – odezwał się jakiś skrzekliwy głos spod ściany.
Znów zabrzmiał gwar kłótni i przekrzykiwań. Nagle gdzieś z oddali zagrzmiał ryk. Był głęboki jak najgłębsze jaskinie, o których słyszał Sardar. Odezwał się tak głośno, że żaden z krzyków zgromadzonych smoków nie zdołał się przezeń przebić. Wszyscy umilkli. Gdzieś pod ścianą smoki zaczęły rozstępować się robiąc miejsce jednemu, wyjątkowo dużemu. Jego czarne łuski lśniły w słońcu, a długi ogon zamaszyście wahał się to w jedną to w drugą stronę, powodując dalsze rozstępowanie się zgromadzonych. Co pewien czas gigant warknął na któregoś z mniejszych pobratymców, gdy uznał, że ten nie dość zszedł mu z drogi. Gdy wielki smok doszedł do miejsca, gdzie znajdował się Sardar, powiedział swoim donośnym głosem:
- Nikt nie zabije tu tego człowieka.
- Ale Prawo... – wychylił się jeden ze stojących blisko smoków.
Gigant wgryzł mu się w szyję i jednym płynnym ruchem rzucił nim pod przeciwległą ścianę. Ryknął na otaczające do gady, co spowodowało, że te jeszcze bardziej się cofnęły.
- Czy ktoś jeszcze uważa, że nie znam Prawa? – spytał gniewnie.
Smoki zamilkły wszystkie zgodnie patrząc w ziemię. Czarny olbrzym chwycił chłopca. Rozłożył skrzydła, które ledwie się zmieściły wewnątrz konstrukcji i silnym uderzeniem wzniósł się ponad budowlę.
- Ale Urud Basim... – powiedział cicho Sardar.
- Urud Basim padło trzy dni temu. – przerwał mu beznamiętnie smok. Po chwili spojrzał na chłopca i dodał – Chyba nie jadłeś od jakiegoś czasu.
Zniżył lot. Opadł w chmury by po chwili wyłonić się na wolną przestrzeń tuż pod nimi. W dole widać było stado dzikich kóz. Smok spadł na nie niczym kamień z nieba. Tuż nad ziemią rozwinął skrzydła, ponownie uderzył nimi potężnie. Wzbił się trzymając w szponach jedno ze zwierząt. Wylądował niedaleko. Położył martwą kozę przed chłopcem u powiedział niemal troskliwie:
- Masz, jedz.
Sardar popatrzył smutno na zwierze i na smoka.
- A, rzeczywiście. – powiedział po chwili smok – Macie jakieś dziwne upodobanie do pieczenia ofiar.
Wziął głęboki oddech i chuchnął w kozę. Z jego ust buchnął ogień tak gorący, że Sardar myślał, że sam spłonie. Smok spojrzał na swoje dzieło. Przysunął je chłopcu.
- Jedź.
Sardar jednak jakoś nie mógł się przemóc.
- Ale paladyni... – powiedział w końcu.
- Nie pomoglibyśmy im – odparł chłodno smok – Takie mamy prawo.
- Ale miałem wezwać pomoc... – chłopak nie dawał za wygraną.
Smok westchnął.
- Widzę, że męczy cię ten atak na Urud Basim. Powiem ci coś. To nie twierdza świadczy o paladynie. Prawdę mówiąc nie jest mu ona do niczego potrzebna. Zapamiętaj moje słowa, chłopcze. Dokonałeś dziś rzeczy większej niż niejeden paladyn przez całe życie. To, że Urud Basim upadła, nie ma tu żadnego znaczenia. Bo póki żyją tacy ludzie jak ty, paladyni nie mają się o co martwić. Chcę, żebyś coś ode mnie przyjął.
Smok dmuchnął w chłopca. Dech ten był pełen dymu. Wgryzał się w gardło i palił płuca. Serdar zakasłał. Smok nie zwrócił na to uwagi.
- To jest dech smoka – jeden z największych darów, jakie smok może przekazać człowiekowi. – rozłożył skrzydła do lotu i powiedział – A teraz idź do domu. Na pewno tam na ciebie czekają. I zabierz kozę – niech będzie z niej jakiś pożytek.
Po tych słowach odleciał.
Wioska okazała się być blisko. Rodzice Sardara rzeczywiście martwili się, czy ich syn nie zginął podczas starcia w karczmie. Ojciec chciał wymierzyć mu nawet karę za narażanie rodziców na taki stres i nawet wyjaśnienia i niezwykła opowieść chłopca go nie przekonały. Rzucił jednak okien na przyniesione przez chłopca zwierzę i zaniechał jej. Długo się jeszcze zastanawiał nad upieczoną a nie oporządzoną kozą.
Sardar nigdy nie dowiedział się, czym jest dech smoka. Był jednak za niego wdzięczny do końca życia, które przeżył chroniąc ludzkość przed złem swym lśniącym, paladyńskim mieczem.
Stało się jednak pewnego wieczora coś, co odmieniło jego życie. Siedział wówczas w pobliskiej karczmie. Dokładniej mówiąc, starał się nie zostać wygonionym. Karczma była jedynym miejscem, gdzie marzenia młodego chłopca mogły zetknąć się z ich realną powłoką. Przesiadywali tu podróżni magowie, wojownicy i zwykli łgarze, którzy dobrą gadką starali się zarobić na kolejny kufel. Powietrze przesiąknięte było tłustym zapachem podawanego gościom mięsiwa. Lepka od aromatu piwa mgiełka świadczyła o dużej popularności różnego rodzaju ziół, jak i zwykłego tytoniu. W każdym razie dla młodego chłopca był to raj. I w tym ziemskim niebie, cichutko, by karczmarz go nie zauważył, siedział Sardar wsłuchany w niezwykłe opowieści i zwyczajne przechwałki grupy krasnoludów jadących z wyrobami swych kuźni do stolicy.
Wtem drzwi karczmy otworzyły się. Stanął w nich mężczyzna wysoki i postawny. Ciężka zbroja i lśniący miecz wskazywały, że nie jest byle kim. Sardar od razu wiedział, że mężczyzna jest kimś więcej niż zwykłym wojownikiem. Emanowała od niego jakaś szczególna aura. Taki ktoś samą swoją obecnością dawał wrażenie bezpieczeństwa i spokoju.
„Paladyn.” – pomyślał uradowany chłopak – „Prawdziwy paladyn.”
Mężczyzna szybkim krokiem ruszył w stronę środka izby. Gdy dotarł na miejsce, stanął wyprostowany i powiedział:
- Ludzie! – w karczmie momentalnie zrobiło się cicho – Doszło do wielkiego zła. Twierdza Urud Basim, siedziba zakonu paladynów została najechana przez mroczną hordę. Potrzebujemy pomocy w odparciu ataku. Jeżeli...
Przerwał mu huk od strony drzwi. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli w tamtą stronę. W rozwartych wrotach stało kilka osób. Sardar nie był pewien, kto to, ale wydawało mu się, że przybysze nie są ludźmi. Paladyn dobył miecza. W karczmie powstało zamieszanie. Wszyscy jednocześnie powstali. Niektórzy dobywali broni, by wspomóc paladyna, inni chcieli oddalić się, by móc bezpiecznie użyć łuku lub po prostu nie ucierpieć w nieuchronnym starciu.
Sardar siedział jak sparaliżowany. „Urud Basim oblegana?” – tłoczyło się mu w głowie. I nie mogło się tam zmieścić. Nigdy nie widział twierdzy, ale słyszał o niej opowieści. Wysokie mury miały być nie do sforsowania. Smukłe wieże zapewniały wsparcie łuczników. Twierdza była tak zbudowana, by nikt nawet nie pomyślał o jej zdobyciu. A jednak jest oblegana.
Wśród tłumu bywalców karczmy do Sardara przedarł się karczmarz. Próbując przekrzyczeć panujący rumor, krzyknął:
- Biegnij sprowadzić pomoc.
Chłopak chwilę gapił się na karczmarza. Rzecz musiała być naprawdę poważna, bowiem gospodarz zwykł siłą wyrzucać chłopców ze swojego lokalu, a nie raz pogonił ich nawet miotłą. Teraz po prostu wypuszczał chłopaka bez najmniejszej nagany. Ponaglony przecisnął się do tylnich drzwi. W zasadzie był to jedynie niewielki luk, którym przenoszono do środka opał do kominka. Chłopak jednak spokojnie się tam mieścił i szybko wydostał się na zewnątrz. Stał teraz na chłodnym powietrzu coraz głębiej zapadającej nocy i nie wiedział, co ma począć. Jak ma pomóc? Jeśli Urud Basim jest oblegana, to co on może począć. „Sprowadź pomoc” zadźwięczało mu w głowie. Tylko skąd wziąć tę pomoc. Kto może przeciwstawić się sile oblegającej twierdzę paladynów?
Ostatnie promienie słońca oświetlały jeszcze od tyłu smoczą górę Sebeb Ulkum, która jawiła się dzięki temu czarnym klinem na tle ciemniejącego nieba. Widok nie był zbyt wyraźny, lecz gdy tylko młodzieniec spojrzał w tamtą stronę, wiedział co ma zrobić. Słyszał nie raz opowieści o potędze smoków. Wiedział, że jeśli je poprosi, wspomogą paladynów w ich walce. Musi się jednak dostać na górę.
A droga nie była łatwa. Prawdę mówiąc jeszcze nikt nie zdołał wspiąć się na górę. Ostre występy i niemal pionowe zbocza niosły już niejedną mogiłę śmiałka, który sądził, że da im radę. Sardar nie zważał jednak na to. Szybkim krokiem ruszył w stronę góry.
Gdy dochodził już do kamiennych zboczy, usłyszał gdzieś za sobą chrzęst w krzakach. Odwrócił głowę nie zwalniając kroku. Nic nie zobaczył. Doszło go jednak wycie wilka. Bliskie wycie. Na zew odpowiedziało kilka głosów. Chłopak rzucił się pędem ku skałom. Sam nie wiedział, jak wdrapał się pierwsze kilka metrów. Dopiero, gdy znalazł się na pewnej wysokości, pozwolił sobie na chwilę wytchnienia. Spojrzał w dół. Gdzieś z ciemności dobiegło go wycie. Nadal bliskie. Chłopak od razu ruszył dalej w górę.
Minęła noc. Po niej dzień, a po nim kolejna noc. Sardar wspinał się coraz wyżej i wyżej. I choć często bywało niebezpiecznie, gdy ręka lub noga ześlizgnęła mu się z niewielkiego występu, na którym właśnie się trzymał, to chłopak wspinał się dalej pchany silnym przekonaniem, że musi wezwać pomoc. W końcu dotarł na sam szczyt góry.
Widok był zadziwiający. I nie chodzi o piękną panoramę okolicy, bo cały dół tonął pod gęstymi chmurami. Sardar nigdy nie słyszał o osadach smoków i nie wiedział, czego się spodziewać. Szczyt góry był nieco stępiony, przez co rozpościerała się nań niewielka równina, niewiele większa od jego wioski. Tu i tam chodziły, latały, lądowały lub wznosiły się do lotu smoki. Widział tu te stworzenia wszelkiej maści i wielkości. Spostrzegł maleństwo, które jeszcze do końca nie potrafiło chodzić. Widział olbrzymie osobniki, które swoje siedziby musiały mieć w innej części góry, gdyż tu się ledwo mieściły w towarzystwie swych pobratymców.
Nagle jeden ze smoków zauważył Sardara. To zadziwiające jak jeden ryk potrafi zmienić całkowicie sytuację. Momentalnie wszystkie smoki zdolne do lotu poderwały się i z szybkością, jakiej chłopak jeszcze nigdy nie widział, szczyt góry opustoszał. Nawet maluchy, które nie umiały jeszcze chodzić, zostały zabrane przez rodziców. Sardar został sam. Nad nim jednak falowało całe morze skrzydeł. Szczyt góry tonął w jego cieniu.
W pewnej chwili jeden ze smoków sfrunął ku chłopakowi, chwycił go wielkimi szponami i wzniósł się kierując w stronę jakiegoś dziwnego miejsca. Sardar już z powietrza zdołał obejrzeć cel tej niezwykłej podróży. Była to okrągła konstrukcja. Wyglądała trochę jak studnia, tylko nie była wkopana w ziemię, a raczej pięła się ku niebu. I była cała podziurawiona. Z bliska zauważył, że te dziury stanowią mozolną plątaninę arkad i łuków o różnych wielkościach i w różnych odstępach. A smok, który go trzymał właśnie wleciał w sam środek tej konstrukcji. Rzucił chłopaka o ziemię. Sardar nie miał siły mu się przeciwstawić. Od długiego czasu nic nie jadł i był wycieńczony wspinaczką.
Do smoka, który przyleciał tu z chłopcem, dołączały kolejne. Wchodziły przez otwory w ścianach, wlatywały podobną drogą do tej, jaką Sardar się tu dostał, zajmowały miejsca na arkadach. Młodzieniec uznał, że to jest ta chwila, w której powinien prosić o wysłuchanie.
- Ja... – zaczął niepewnie.
- Cicho bądź, ludzka istoto – odpowiedział smok, który sprowadził tu chłopca.
- Co on tu w ogóle robi? – spytał któryś z gadów pod ścianą.
- Kto go tu przyniósł? – odezwał się inny.
- Może sam się wdrapał...
- Niemożliwe. Na Sebeb Ulkum nikt nie może się wdrapać. Ktoś ze skrzydlatych musiał mu pomóc.
- Ale to jest zabronione.
- Trzeba go osądzić.
- Ale... – zaczął znów młodzieniec niepewnie.
- Milcz. – krzyknął jeden ze smoków – Jedynie smoki mają prawo żyć na tej wysokości. Tak mówi Prawo.
- Ale ja nie wiedziałem.
- To oczywiste. Teraz trzeba Cię zabić. Żaden człowiek nie może przebywać w osadach smoków. Tak mówi Prawo.
- Ale ja chciałem...
- Milcz.
Rozgorzała kłótnia wśród smoków. Sardar przyglądał jej się ze strachem. Wszystkie smoki przekrzykiwały się, próbując udowodnić swoją znajomość Prawa i licznych sposobów zadawania śmierci. Niektóre chciały znaleźć winnego, inne po prostu zabić intruza. Jeszcze kolejne doszukiwały się jakiś ukrytych znaczeń w zapisach Prawa.
- Ale musicie pomóc paladynom – powiedział w końcu przerażony chłopiec.
- Niczego nie musimy – odburknął jeden ze smoków.
- Właśnie – dodał drugi, nieco mniejszy – zwłaszcza paladynom.
- Jeśli coś musimy, to na pewno zabić tego człowieka – odezwał się jakiś skrzekliwy głos spod ściany.
Znów zabrzmiał gwar kłótni i przekrzykiwań. Nagle gdzieś z oddali zagrzmiał ryk. Był głęboki jak najgłębsze jaskinie, o których słyszał Sardar. Odezwał się tak głośno, że żaden z krzyków zgromadzonych smoków nie zdołał się przezeń przebić. Wszyscy umilkli. Gdzieś pod ścianą smoki zaczęły rozstępować się robiąc miejsce jednemu, wyjątkowo dużemu. Jego czarne łuski lśniły w słońcu, a długi ogon zamaszyście wahał się to w jedną to w drugą stronę, powodując dalsze rozstępowanie się zgromadzonych. Co pewien czas gigant warknął na któregoś z mniejszych pobratymców, gdy uznał, że ten nie dość zszedł mu z drogi. Gdy wielki smok doszedł do miejsca, gdzie znajdował się Sardar, powiedział swoim donośnym głosem:
- Nikt nie zabije tu tego człowieka.
- Ale Prawo... – wychylił się jeden ze stojących blisko smoków.
Gigant wgryzł mu się w szyję i jednym płynnym ruchem rzucił nim pod przeciwległą ścianę. Ryknął na otaczające do gady, co spowodowało, że te jeszcze bardziej się cofnęły.
- Czy ktoś jeszcze uważa, że nie znam Prawa? – spytał gniewnie.
Smoki zamilkły wszystkie zgodnie patrząc w ziemię. Czarny olbrzym chwycił chłopca. Rozłożył skrzydła, które ledwie się zmieściły wewnątrz konstrukcji i silnym uderzeniem wzniósł się ponad budowlę.
- Ale Urud Basim... – powiedział cicho Sardar.
- Urud Basim padło trzy dni temu. – przerwał mu beznamiętnie smok. Po chwili spojrzał na chłopca i dodał – Chyba nie jadłeś od jakiegoś czasu.
Zniżył lot. Opadł w chmury by po chwili wyłonić się na wolną przestrzeń tuż pod nimi. W dole widać było stado dzikich kóz. Smok spadł na nie niczym kamień z nieba. Tuż nad ziemią rozwinął skrzydła, ponownie uderzył nimi potężnie. Wzbił się trzymając w szponach jedno ze zwierząt. Wylądował niedaleko. Położył martwą kozę przed chłopcem u powiedział niemal troskliwie:
- Masz, jedz.
Sardar popatrzył smutno na zwierze i na smoka.
- A, rzeczywiście. – powiedział po chwili smok – Macie jakieś dziwne upodobanie do pieczenia ofiar.
Wziął głęboki oddech i chuchnął w kozę. Z jego ust buchnął ogień tak gorący, że Sardar myślał, że sam spłonie. Smok spojrzał na swoje dzieło. Przysunął je chłopcu.
- Jedź.
Sardar jednak jakoś nie mógł się przemóc.
- Ale paladyni... – powiedział w końcu.
- Nie pomoglibyśmy im – odparł chłodno smok – Takie mamy prawo.
- Ale miałem wezwać pomoc... – chłopak nie dawał za wygraną.
Smok westchnął.
- Widzę, że męczy cię ten atak na Urud Basim. Powiem ci coś. To nie twierdza świadczy o paladynie. Prawdę mówiąc nie jest mu ona do niczego potrzebna. Zapamiętaj moje słowa, chłopcze. Dokonałeś dziś rzeczy większej niż niejeden paladyn przez całe życie. To, że Urud Basim upadła, nie ma tu żadnego znaczenia. Bo póki żyją tacy ludzie jak ty, paladyni nie mają się o co martwić. Chcę, żebyś coś ode mnie przyjął.
Smok dmuchnął w chłopca. Dech ten był pełen dymu. Wgryzał się w gardło i palił płuca. Serdar zakasłał. Smok nie zwrócił na to uwagi.
- To jest dech smoka – jeden z największych darów, jakie smok może przekazać człowiekowi. – rozłożył skrzydła do lotu i powiedział – A teraz idź do domu. Na pewno tam na ciebie czekają. I zabierz kozę – niech będzie z niej jakiś pożytek.
Po tych słowach odleciał.
Wioska okazała się być blisko. Rodzice Sardara rzeczywiście martwili się, czy ich syn nie zginął podczas starcia w karczmie. Ojciec chciał wymierzyć mu nawet karę za narażanie rodziców na taki stres i nawet wyjaśnienia i niezwykła opowieść chłopca go nie przekonały. Rzucił jednak okien na przyniesione przez chłopca zwierzę i zaniechał jej. Długo się jeszcze zastanawiał nad upieczoną a nie oporządzoną kozą.
Sardar nigdy nie dowiedział się, czym jest dech smoka. Był jednak za niego wdzięczny do końca życia, które przeżył chroniąc ludzkość przed złem swym lśniącym, paladyńskim mieczem.




