Strona główna forum → Twórczość → Twierdza Fantasy → Monologi
Płomień Duszy
Moderator: Mecenasi sztuki
8 posty(ów) • Strona 1 z 1
Płomień Duszy
Postanowiłem i tutaj wstawić moje opowiadanie. Pojawiało się ono w Twierdzy raz po raz, przy każdej przeprowadzce, więc, siłą rzeczy, i tutaj musi zagościć. Pewnie większość osób zaglądających do TF'a zna moje dzieło. A Ci, którzy nie znają, może w końcu je poznają? Tak czy inaczej, oto ono. Wstawiam je całe, ze wszystkimi napisanymi dotychczas rozdziałami (żeby nie rozdrabniać się na kilka tematów, poza tym wątpię, bym je kontynuował). Może to się wydawać długie, jednak jest w jednym miejscu.
* * *
Rozdział Pierwszy
Nad Thrau zachodziło słońce. W wielkim gaju zwierzęta zaczęły się przygotowywać na nadejście nocy, a druidzi i tropiciele wracali z wypraw. Tylko jeden z łowców został na polanie i delektował się ostatnimi tego dnia promieniami słonecznymi. Jego blond włosy mieniły się niczym złoto a szczupła sylwetka nikła wśród wysokiej trawy. Wszędzie panowała cisza i spokój. Słychać było tylko brzęczenie owadów, kroki zwierząt. Lecz sprawne ucho wykryłoby jeszcze jeden dźwięk. Szelest trawy. Jego przyczyną był Kreeth, który jak najciszej skradał się do odpoczywającego mężczyzny. Krok za krokiem, powoli zbliżał się do niczego nie spodziewającej się ofiary. Wyjął swój sztylet. Jeszcze tylko kilka kroków dzieliło go od zdobyczy. Wystawił swoją głowę nad trawę. Blondyna nie było. W tym momencie coś chwyciło Kreeth’a za ramię.
- Znowu próbujesz mnie przestraszyć? Niczego się do tej pory nie nauczyłeś? – to niedoszła ofiara spoglądała na niego z góry – Przecież wiesz, Kreeth, że ja jestem najlepszym łowcą w gaju. Nikomu nie udało się mnie jeszcze zaskoczyć, a ty mimo wszystko próbujesz?
- Ja nie rozumiem czemu mi się nie udaje Ciebie podejść Eth. Robiłem wszystko tak jak mnie uczyliście, a mimo wszystko nie umiem. Jak ty to robisz? – zapytał z żalem Kreeth
- Nie zdradzam swoich sekretów, młody. Lepiej powiedz ile tym razem przegrałeś.
- Dwa liście filoru.
- Tylko tyle? Chyba twoje umiejętności są więcej warte, co?
- Satysfakcja jest najważniejsza – powiedział z uśmiechem Kreeth.
Eth roześmiał się serdecznie.
- Masz rację. Chodź. Arcydruid wzywał Cię do siebie.
Kreeth powoli wstał. W jego kruczoczarnych włosach utknęło kilka źdźbeł trawy. Zaczął otrzepywać się z pozostałości po nieudanym polowaniu. Na koniec wyprostował swoje skrzydła. Tak, Kreeth był demonem. Nie różnił się niczym od zwykłego człowieka: był szczupłym, zdrowym chłopcem. Rysy jego twarzy były łagodne i subtelne. Jedyno co go zdradzało to typowe dla demonów otchłani skrzydła - średnich rozmiarów, nieopierzone zrażałyby do niego większość ludzi, ale całe życie przebywał w gaju. Kreethowi zawsze mówiono, że demonica przybyła do arcydruida i poprosiła go o schronienie dla jej dziecka. Druidzi od zawsze traktowali go jak swego syna, a młodsi jak brata. Tym bardziej przywiązał się do arcydruida, który zastępował mu ojca.
- Skąd wiesz, że arcydruid mnie wzywał? – zapytał Kreeth gdy szli już lasem do swych namiotów.
- W tym gaju nic nie ukryje się przed tymi, którzy rozumieją mowę zwierząt. – powiedział ze spokojem Eth.
- A wiesz może o co mu chodzi?
- Sam się przekonasz - odparł tajemniczo Eth, uśmiechając się przy tym – A tak przy okazji. Masz – wręczył Kreethowi dwa liście filoru.
- Ale…
- Żadnych „ale”. Przegrałeś zakład, który i tak był nieuczciwy. Mam tylko jedno pytanie. Czy dzieciaki w waszym wieku powinny się bawić takimi ziołami?
- Filor działa tylko na osoby starsze. – powiedział Kreeth chowając liście do sakiewki – Młodych ludzi może tylko ogłuszyć. A to i tak tylko na kilka sekund.
- Ha! Taki młody, a już wie więcej niż niejeden z tropicieli. Brawo! – Eth roześmiał się.
Doszli do namiotów. Obozowisko było pełne ludzi. Większość z nich rozmawiała z innymi, chwaląc się osiągnięciami z dnia.
- No to na razie, młody. – powiedział Eth – Najlepiej zrobisz, jak od razu udasz się do arcydruida. Podobno sprawa jest pilna – jeszcze raz uśmiechnął się do Kreeth’a i odszedł w stronę swego namiotu.
Kreeth jeszcze chwilę przyglądał się innym. Starał sobie przypomnieć czy zrobił coś, co mogło rozgniewać arcydruida. Nie mógł znaleźć takiej rzeczy i tym bardziej go martwiło co on mógł od niego chcieć. Kreeth nie należał do osób lękających się konsekwencji swych czynów i tego co go może czekać. Poza tym lubił ryzyko. Właśnie dlatego postanowił zastosować się do rady Eth’a i poszedł w głąb gaju. Drzewa tutaj rosły nieco gęściej, więc ktoś obcy mógłby mieć problemy ze znalezieniem drogi. Po chwili Kreeth doszedł do małej polany, na której stał namiot arcydruida. Nikt nie wiedział czemu ich mentor odizolowuje się od reszty, ani czemu jego samotnia różni się od typowego domostwa druidów. Namiot, w którym mieszkał arcydruid był większy, bardziej kolisty. Wokół rosły krzewy rzadko spotykanych w gaju owoców. Większość druidów twierdziła, że jest to spowodowane potęgą jaką dysponuje ich mistrz. Kreeth podszedł do wejścia.
- Wejdź, Kreeth – z wnętrza dobiegł Kreeth’a głos arcydruida.
Kreeth wszedł. Wnętrze namiotu było dość duże. Główną część domostwa zajmowały aparatury alchemiczne i stoły, na których znajdowały się różne zioła, grzyby i komponenty niezbędne do warzenia skomplikowanych eliksirów. Tylko trochę przestrzeni było zajęte przez małe łoże.
- Witaj mistrzu – powiedział do arcydruida Kreeth
- Więc Eth musiał Ci o wszystkim powiedzieć, co? – powiedział arcydruid – Trudno jest utrzymać tutaj coś w tajemnicy. Wszyscy o wszystkim wiedzą. Zwierzęta są takie rozmowne. Ale nie szkodzi. Nikt nie wie o czym będzie ta rozmowa. Zadbałem o to. A czy ty domyślasz się po co Cię tu wezwałem?
- Nie, mistrzu.
- Więc przejdę do rzeczy – arcydruid uśmiechnął się – Przez całe twoje życie byłeś szkolony. Najlepsi druidzi uczyli Cię alchemii. Najzdolniejsi tropiciele pokazywali ci jak walczyć za pomocą miecza. Najcichsi łowcy zaś trenowali Ciebie w sztuce, jaką jest skradanie. Oni wszyscy robili to na moje polecenie. Ja kazałem im przygotować Cię do życia poza naszym pięknym gajem. Czy już wiesz o co mi chodzi?
- Nie, mistrzu – skłamał Kreeth. Wiedział do czego zmierza ta rozmowa. Ale chciał usłyszeć to od arcydruida.
- Naprawdę? Myślisz, że możesz mnie tak po prostu okłamać? Ale dobrze. Skoro chcesz to usłyszeć. Jutro kończysz osiemnasty rok swej egzystencji. W gaju panuje pewna zasada. Tylko dzieci natury mogą kształcić się na druidów, tropicieli i łowców. I także oni mogą przebywać w nim po osiągnięciu wieku dojrzałego. Ty zaś jesteś demonem. Istoty z twego rodzaju są wrogami natury, jednak głosimy iż każda istota ma prawo do schronienia w naszym gaju. Innymi słowy: musisz dziś nas opuścić.
- Ale ja… - zaczął Kreeth
- Żadnych „ale”, chłopcze. Znasz zasady. Jestem pewny, że poradzisz sobie poza gajem. Wiesz o wiele więcej niż inni ludzie w twoim wieku. A demonia krew, płynąca w twych żyłach pozwala Ci na wiele więcej od twych człowieczych rówieśników.
- Kiedy mam wyruszyć? – w głosie Kreeth’a słychać było smutek.
- Najlepiej jak wyruszysz od razu. Mam tutaj kilka niezbędnych rzeczy. – arcydruid wskazał pakunek leżący na stole.
- Co dokładnie?
- Prowiant. Kilka ziół i takie tam. – arcydruid podszedł do łoża. Schylił się i wyciągnął spod niego miecz. – I jeszcze dochodzi ten miecz. To była kiedyś moja własna broń, ale teraz jej nie potrzebuję i chciałbym Ci ją dać. – wręczył Kreethowi miecz, tkwiący w skórzanej pochwie. Kreeth wyciągnął go ostrożnie. Jego prosta i średnio długa klinga mieniła się złotym blaskiem światła świec. Rękojeść była zrobiona z drewna ciemnego i sprawiającego wrażenie bardzo mocnego. W głowicy zaś tkwił czerwony niczym krew rubin.
- Dziękuję, mistrzu, ale mam jeszcze kilka rzeczy w moim namiocie. – wybąknął nieśmiale Kreeth.
- Wyruszasz bez wizyty w obozowisku. Wszystko co tam zostawiłeś dostanie któryś z młodszych.
Zapadła jedna z tych niezręcznych cisz. Kreeth nie mógł zebrać się na wygarnięcie wszystkiego arcydruidowi. Powstrzymywał się od wybuchu gniewu i żalu płonącego w jego duszy. W końcu postanowił się odezwać:
- Dobrze – powiedział z nieszczerą uprzejmością, chowając prz okazji miecz i przywiązując pochwę u pasa.
- W takim razie chodź. – arcydruid wskazał mu wyjście z namiotu. – Odprowadzę Ciebie na skraj gaju.
Na zewnątrz panowała ciemność. Słońce dawno ustąpiło miejsca księżycowi, który oświetlał swym blaskiem korony drzew. Na polanie, na której stał teraz Kreeth widać było ciemne, bezchmurne niebo. Po chwili z namiotu wyszedł arcydruid i razem ruszyli na wschód, w stronę granicy gaju. Szli tak w milczeniu i ciszy. Czasem słychać było tylko dźwięk łamanych gałązek, pohukiwania sowy lub wycie wilka. Kreeth nigdy nie zapuszczał się tak daleko w tę stronę. Zawsze starczało mu to co było bliżej samego serca gaju, gdzie najczęściej odbywał lekcje. On i kilkoro innych dzieci uczyli się skradania się, walki i alchemii. Kreeth zawsze był jednym z najlepszych podczas zajęć. Być może było to spowodowane ciągłym zachęcaniem go do bycia coraz lepszym. Teraz, gdy o tym myślał… W końcu zdał sobie sprawę czemu tak było. To wszystko od początku miało go przygotować do życia poza gajem. Dlaczego mu arcydruid dopiero teraz mu to powiedział. Ale rozmyślanie o tym w tej chwili wydawało się być bezsensowne. Szczególnie, że teraz Kreeth widział drogę biegnącą poza gaj. Po drugiej stronie czeka go nowe życie…
- Jesteśmy na miejscu, chłopcze. – oznajmił arcydruid. – Tutaj nasze ścieżki się rozchodzą. Byłbym zapomniał. Twoje rzeczy. – wręczył Kreethowi torbę.
- Dziękuję, mistrzu. – oznajmił Kreeth od razu wieszając sobie torbę przez ramię, tak żeby nie kolidowała ze skrzydłami.
- Tutaj masz jeszcze trochę złota. – wręczył mu sakiewkę. – Nie jest to może dużo, ale na początek powinno Ci wystarczyć. Niedaleko wzdłuż tej drogi powinno być miasto.
- Dziękuję jeszcze raz za wszystko, mistrzu. Ja powinienem już ruszać. – powiedział Kreeth tłumiąc w sobie płacz, smutek, żal i gniew, który w nim płonął. – Nigdy nie zapomnę co gaj dla mnie zrobił. Żegnaj, mistrzu.
Odchodząc w stronę drogi, Kreeth spojrzał za siebie, ale arcydruida już tam nie było. Po chwili także krajobraz zaczął się zmieniać. Zamiast drzew wokół były pola. Niebo i księżyc nadal było na tym samym miejscu, więc przynajmniej to było pocieszające. Złowroga ciemność powodowała, że Kreeth coraz bardziej odczuwał zmęczenie. Cisza zachęcała do snu. Jednak nie było miejsca, w którym można by rozbić obóz. Trzeba więc było iść dalej, prosto w objęcia mroku. Po kilku minutach Kreethowi zdawało się, że słyszał jakiś szmer. Obejrzał się, ale nikogo tam nie było. Powoli zaczął rozglądać się dookoła. Nic. Dźwięk znowu powrócił, lecz tym razem jakby głośniejszy. Kreeth znał ten odgłos. Tak zakłócała ciszę osoba, która nieumiejętnie się skrada. A może to tylko zmęczenie? Jednak nie można lekceważyć czegoś takiego. Zawsze mu to powtarzano. Kreeth zaczął powoli iść w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. Zacisnął rękę na rękojeści swego miecza. Nagle coś przemknęło mu coś za plecami. Odruchowo obrócił się. I to był błąd, bo w tej samej chwili coś uderzyło Kreeth’a w plecy, tak mocno, że upadł na ziemię, lecz zbyt słabo, by osiągnąć zamierzony efekt.
- Czy to ten? – rozległ się jakiś głos.
- Ma skrzydła. To musi być ten. – powiedział ktoś inny.
- Sprawdź, czy jest jeszcze przytomny. – powiedział pierwszy.
Kreeth usłyszał czyjeś kroki. Ktoś szedł ku niemu, na co liczył. Powoli przesuną przysłoniono skrzydłem rękę w kierunku miecza i zacisnął dłoń na rękojeści. Otworzył oczy. Drogę zalewało magiczne, białe światło.
- Ej! On się rusza! – krzyknął drugi z głosów.
Kreeth przeturlał się i szybko wstał, wyciągając miecz. Rozejrzał się. Dwóch osobników stało na drodze. Pierwszy z nich był tam, gdzie przed chwilą leżał Kreeth. Był uzbrojony w miecz. Drugi z nich w jednej ręce trzymał maczugę. Jego pozornie wolna ręka emanowała magicznym blaskiem, który rozświetlał drogę. Obydwoje byli ubrani w ten sam czarny strój. Ich twarze skryte były w kapturach.
- Na co czekasz?! Zajmij się nim! – krzyknął ten, który tworzył światło.
- Z przyjemnością.
Osobnik z mieczem zaczął biec w stronę swej niedoszłej ofiary. Ciął mieczem w swego skrzydlatego przeciwnika. Kreeth sparował cios i zadał swój tak, jak go uczono przez te wszystkie lata.
- Lubisz się bawić, co? Więc zabawmy się! – powiedział zabójca, zadając kolejny cios.
Kreeth zablokował uderzenie. Wyprowadził własne, które zostało natychmiast sparowane. Kolejne cięcie, kolejna blokada. I znowu. W końcu zabójca zrobił błąd, który Kreeth zawsze zauważał u swoich przeciwników. Zaatakował od góry. Kreeth szybko wykorzystał sytuację i zadał pchnięcie. Miecz przeszył skórzaną zbroję zabójcy, spod której zaczęła ściekać krew. Jego ciało osunęło się na ziemię. Słyszeć się dało tylko głuchy dźwięk, towarzyszący zazwyczaj upadkowi.
- Głupiec. – powiedział spokojnym głosem drugi z zabójców – Czy ja zawsze muszę robić wszystko sam?
Kreeth spojrzał na niego. Ostatnie co pamiętał to czerwone światło i ból, który pozbawił go przytomności.
Rozdział Drugi
Cisza. Brak jakiejkolwiek nadziei. Ciemność tak głęboka i gęsta, że można by ją ciąć nożem. Nagle rozległ się odgłos kroków. Szybkie i nieregularne odbijały się echem w pustce. Czyjś nieregularny oddech słychać było w ciemnościach. W końcu źródło dźwięków przystanęło. Światło zalało pustkę, walcząc o swe miejsce. W bladym blasku można było dostrzec osobę. Postać ta miała na sobie wyblakłą zbroję, która była pokryta różnymi runami. Przy jej pasie zawieszony był miecz, a twarz skrywał zamknięty hełm.
- Myślałeś, że uciekniesz przede mną? – druga postać weszła w zasięg magicznego światła. Miała na sobie czarną szatę. Twarz była skryta pod kapturem.
- T-tak. – powiedział zbrojny głosem pełnym strachu i wątpliwości.
- Powinieneś wiedzieć, że nawet tutaj Cię wytropię. Jeszcze żaden nie zdołał się ukryć. Nawet w Otchłani. – ciągnęła spokojnym głosem zakapturzona postać. – Wybrałeś sobie dziwne miejsce na śmierć.
- Nie zabijesz mnie! – krzyknął zbrojny. Jego głos zanikł w Otchłani.
- Naprawdę tak sądzisz? Żadne z was nigdy nie umiało pogodzić się z porażką. A jednak wszyscy zginęli.
- Ja będę pierwszy, który Cię zabije. – zbrojny wyciągnął miecz. – Gotuj się na śmierć. – natarł na zakapturzoną postać. Jednak w połowie drogi zatrzymał się i upadł.
- To takie typowe. – mroczny osobnik wyciągnął rękę, w której pojawiła się kula czystej energii. – Żegnaj. – kula poszybowała w zbrojnego i rozbiła się o sylwetkę ofiary szerząc oślepiające światło. W całej Otchłani słychać było tylko krzyk bólu. Demony obserwujące scenę roześmiały się. Rzadko kiedy ktoś zapewnia im tak świetną rozrywkę.
Kreeth obudził się z krzykiem. Rozejrzał się. Znajdował się w jakiejś celi. Przez zakratowane okno wpadało blade światło świtu. Kreeth podniósł się z, jak myślał, kupki siana. Rozprostował skrzydła. Całe ciało nadal go bolało tym nienaturalny tępym bólem. Podszedł do drzwi i pociągną za klamkę. Zamknięte. Odwrócił się do okna. Panorama równiny skąpanej w świcie nie poprawiła mu nastroju. Wręcz przeciwnie. Musiał znajdować się bardzo daleko od gaju, za którym tak tęsknił. Nie miał przy sobie niczego co mogłoby mu pomóc w tej sytuacji. I jeszcze ten koszmar. Takich strasznych snów nie miał jeszcze nigdy. Ból, cierpienie, brak nadziei. Wszystko to poczuł kiedy śnił. „Ale to tylko koszmar”, powtarzał sobie w duchu. Nagle drzwi snęły otworem i pojawił się w nich skrytobójca, który ubiegłej nocy pozbawił Kreeth’a przytomności.
- Witaj. – powiedział spokojnym głosem – Jak się spało? – zapytał drwiąco. Kreeth nie odpowiedział. Ciągle wpatrywał się w panoramę za oknem – Załóż to. – polecił. Kreeth obrócił się. Skrytobójca miał w ręce srebrną obrożę.
- Nie. – odpowiedział Kreeth. – Nie zrobisz ze mnie swojego niewolnika.
- Mylisz się – wyciągnął w jego stronę swoją rękę. Ciało Kreeth’a przeszył ten sam ból co wtedy, lecz tym razem był on łagodniejszy.
- N-nie założę tego – powiedział przez zęby Kreeth
- Założysz obrożę czy tego chcesz czy nie – skrytobójca lekko zacisnął dłoń. Ból stał się nie do wytrzymania. Kreeth wziął do ręki obrożę i założył ją na szyję. – Widzisz? To nie był takie trudne, prawda? Chodź. – polecił skrytobójca, a Kreeth poszedł za nim. Cała chęć sprzeciwu i buntu zniknęła. Nic się nie liczyło. Ważne było tylko wykonywanie rozkazów. Kreeth szedł za swym oprawcą przez mroczny korytarz. Po bokach były drzwi do innych celi, z których słychać było jęki i krzyki. Ale do Kreeth’a nie docierało zbyt wiele. Jego umysł był teraz przyćmiony zaklęciem zawartym w obroży. W końcu wraz ze swym „panem” dotarli do kręconych schodów. Zaczęli iść w dół, coraz niżej, aż ich oczom pojawił się kolejny korytarz. Jednak był inny niż poprzedni. Nie było żadnych drzwi, a mrok ustępował światłu pochodni. Co jakiś czas mijali obraz maga, gobelin lub inny ornament. Korytarz kończył się wielkimi drzwiami. Sprawiały one wrażenie bardzo solidnych, a klamki miały kształt głowy orła. Skrytobójca otworzył je, a one w podzięce zaskrzypiały złowrogo. Wraz z Kreeth’em weszli do kolejnego pomieszczenie. Znajdowali się w jakiejś piwnicy. Na ponurych ścianach nie wisiało nic prócz pochodni. Na środku stały dwa krzesła, a na jednym z nich siedział nieprzytomny człowiek. Wokół nich wyrysowano magiczny krąg, który co jakiś czas dawał o sobie znać niewielkim błyskiem. Wszędzie krzątali się magowie dzierżący w rękach laski. Każda z nich miała na jednym z końców błękitną kulę. Skrytobójca posadził Kreeth’a na wolnym krześle. Jeden z magów podszedł do nich. Zmierzył skrzydlatego wzrokiem.
- To ten, prawda? Masz. – wręczył skrytobójcy mały flakonik. – Podaj mu to.
- Dobrze. Skoro to konieczne – uśmiechnął się – Idź przygotuj zaklęcie. Ja zajmę się resztą. – powiedział, a czarodziej odszedł instruować innych. – Wypij to. – zwrócił się do Kreeth’a, który posłusznie wykonał rozkaz. W jego stanie nie dało sięnawet wyczuć smaku eliksiru – Dobrze – zaczął go przywiązywać do krzesła. – Obroża nie powinna być już potrzebna – powiedział gdy skończył. Zdjął obrożę z szyi Kreeth’a, który nagle zdał sobie sprawę ze swego położenia. To było jak nagłe przebudzenie z długiego snu. – Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. – odszedł uśmiechając się.
- Zaczynamy! – krzyknął jeden z magów. Wszyscy unieśli swoje laski w górę, a następnie uderzyli nimi o podłogę. Gdy echo ucichło zaczęli wymawiać formułę zaklęcia w jakimś dziwnym, starożytnym języku. Kule na końcu ich lasek zapłonęły ognistą czerwienią. Krąg wyrysowany wokół krzeseł zaczął mienić się jasnym światłem. W końcu jakaś bezkształtna nić powiązała osoby na krzesłach. Kreeth poczuł jak w jego umyśle zapada mrok, przyćmiewając wszystko co działo się w Sali. Nic do niego nie docierała. Zamknął oczy i zaczął śnić. Ale nie był to zwykły sen. Przez jego umysł przepływały wizje walk, kombinacji ciosów, bloków i kontr. To wszystko zalewało pamięć Kreeth’a, choć on czuł, że już to umie. Obrazy przyjmowały kształt niematerialnej postaci pokazującej to wszystko. Powoli stawał się inny. Jakby wszczepiono w niego część drugiej osoby. I nagle wszystko ustało.
- Obudź się! – zawołał ktoś z oddali. – Słyszysz mnie? – Kreeth poczuł jak ktoś go szturcha. Otworzył oczy. – W końcu. – przed nim stał młody chłopak w białej szacie. – Jak się czujesz? – zapytał.
- Dobrze – powiedział lekko zdziwiony Kreeth. Rozejrzał się. Nigdzie nie było skrytobójcy. – Gdzie jestem?
- Mistrz Ci wszystko wyjaśni. Chodź – młody czarodziej ruszył w stronę drzwi. Kreeth wstał. Wyprostował skrzydła. Nic go nie bolało. Czuł się jak nowonarodzony. Ruszył za magiem. Szli w milczeniu korytarzem, którym prowadził go skrytobójca. Doszli do kręcony schodów. W końcu znaleźli się na szczycie, przed dość zwykłymi drzwiami. Klamki wyglądały jak prawdziwe głowy orłów.
- Wejdź do środka – polecił mag i szybko zaczął schodzić w dół. Kreeth otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Witaj! – powiedział brodaty mag w czerwonej szacie. Stał na środku dość dużej, okrągłej sali. Przez okna wpadało światło słońca.
- Gdzie jestem? – zapytał Kreeth.
- Pytania, pytania. Tę twierdzę nazywamy Azylem. Dziwi mnie, że nie zadałeś najważniejszego pytania. Mianowicie po co tu jesteś. – powiedział pogodnie mag.
- Kim ty w ogóle jesteś?
- Ach, zapomniałem się przedstawić. Mam na imię Viturn. – ukłonił się.
- Teraz mi powiedz po co tu jestem.
- I w ten oto sposób przechodzimy do sedna sprawy. Wejdź w krąg – wskazał runy wyrysowane na podłodze. Kreeth posłusznie zaczął iść w jego stronę. Gdy przeszedł przez linie wytyczające krąg, runy zaczęły mienić się bladym blaskiem.
- I co teraz?
- Teraz poznasz kogoś. – wskazał mężczyznę stojącego za nim. – Galies przywitaj się z gościem.
- Viturn, kogo ty tu sprowadziłeś, co? Ach, demon. – roześmiał się.
- Oto jest twój przeciwnik. Mam tu twój miecz, Kreeth. – wręczył mu schowany w pochwie oręż. Rubin nadal tkwił w rękojeści.
- Co!? – krzyknął zdziwiony Kreeth.
- Później Ci wyjaśnię. Teraz masz go tylko zabić. W końcu nie na darmo sprowadziliśmy najlepszego fechmistrza na całym kontynencie, prawda?
- Viturn, kończmy to! – krzyknął Galies. Wyjął swój miecz.
- Dobrze. Niech więc walka się rozpocznie! – krzyknął Viturn wychodząc z kręgu.
Galies zmierzył Kreeth’a wzrokiem.
- Tylko tyle przysłaliście? Zwykły demon? – roześmiał się szyderczo – Zabiłem setki takich jak ty, chłopcze. I jeszcze żaden z twoich pobratymców nie zdołał zadać mi choć jednej rany. Myślisz, że tobie się uda?
- Tak. – Kreeth uśmiechnął się.
- A więc się mylisz. – Galies ruszył na niego. Zadał cios. Kreeth zablokował. Czuł, że zna wszystkie tajniki walki. Nigdy nie uczył się takiego stylu, ale wiedział jak go wykorzystać. Zadał cios. Zaskoczony Galies sparował i ciął mieczem. Kreeth uchylił się. Kolejny cios został zablokowany. Galies pchnął mieczem, ale jego przeciwnik uchylił się i ciął go w ramię. Krople krwi kapnęły na posadzkę.
- Nadal myślisz, że się myliłem? – zapytał Kreeth uśmiechając się drwiąco.
- Jestem pod wrażeniem. Jeszcze żaden z twego rodzaju nie wytrzymał tak długo. Ale jedna rana mnie nie zabije. I właśnie dlatego zginiesz. – Galies natarł na Kreeth’a. Zadawał cios za ciosem, jednak bezskutecznie. Każda próba zranienia przeciwnika kończyła się blokiem. Po czole mistrza pociekły krople potu. Galies atakował coraz agresywniej, dysząc przy tym ciężko. Kreeth właśnie na to czekał. Teraz on zaczął zadawać ciosy, nie dając przeciwnikowi ani chwili odpoczynku. W końcu wytrącił Galiesowi miecz z ręki.
- Nigdy nie myślałem, że do tego dojdzie. – powiedział dysząc ciężko. – Pokonany przez demona. Co za hańba. Naprawdę zamierzasz mnie zabić? Pewnie nigdy przedtem tego nie robiłeś. – powiedział uśmiechając się drwiąco.
- Mylisz się. – powiedział Kreeth wbijając w Galiesa ostrze miecza. Poczuł przy tym dziwną satysfakcję. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Nigdy by tak nie zareagował, ale teraz śmierć innych go bawiła.
- W końcu! – Kreeth odwrócił się. Za jego plecami stał Viturn. – A już myślałem, że nigdy go nie zabijesz.
- Żądam wyjaśnień.
- Oczywiście. Pozwól za mną. – zaczął iść w stronę schodów. Kreeth ruszył za nim. Po ponownym zapoznaniu się z kręconymi schodami znaleźli się w holu. Przed nimi stały gigantyczne drzwi wejściowe.
- Powiesz mi w końcu o co chodzi? – zapytał Kreeth.
- Chcesz wiedzieć? Dobrze. Stałeś się przedmiotem eksperymentu. Zaklęcie, któremu Cię poddaliśmy skopiowało umiejętności Galiesa do twego umysłu. Teraz jesteś tak samo wyszkolony w mieczu jak on. Póki jeszcze żył. – dodał z uśmiechem.
- Dlaczego mi to zrobiliście?
- Dla pieniędzy oczywiście. Ktoś zapłacił nam ogromną sumę za wypróbowaniu tego zaklęcia na demonie. Masz. – wręczył Kreeth’owi sakiewkę oraz skórzaną torbę.
- Co to jest?
- To jest twój ekwipunek na drogę.
- Na drogę?
- Nie możemy pozwolić na zmarnowanie takiego talentu. Dlatego też załatwiliśmy Ci zajęcie w stolicy. – uśmiechnął się
- A co będzie jeśli odmówię?
- Nie odmówisz. Pomyśl. Nie masz domu, pracy, pieniędzy. Więc gdzie pójdziesz. Dzięki nam masz teraz jakiś cel.
- Załóżmy, że się zgodzę. Co mam robić?
- Chodź. – Viturn wyszedł przez ogromne drzwi. Kreeth poszedł za nim. Teraz znajdowali się na pustym polu. Do Azylu prowadziła jedna droga. Kreeth rozejrzał się. Wokół nie było żadnych ludzi.
- Więc co mam robić? – spytał się w końcu Kreeth.
- Ta droga poprowadzi Cię do stolicy. Jesel oddalona jest o dwa dni drogi, ale prowiant masz w torbie. Po dotarciu na miejsce poszukaj karczmy „Pod brzytwą”, a tam zapytaj o Kerila. Jemu wręczysz dokumenty, które też masz w torbie. Nie zgub ich. A byłbym zapomniał. Masz. – wręczył Kreeth’owi rulonik papieru zabezpieczony pieczęcią o kształcie orlej głowy. – Ten list dasz karczmarzowi. A teraz idź już.
- W takim razie żegnam. – odparł Kreeth. Zaczął iść drogą. Była identyczna jak ta, na której zaatakowali go zabójcy. Wokół rozciągały się pola i równiny. Kreeth szedł imperialną drogą jeszcze półtora dnia, zanim widać było mury stolicy. Trochę żal mu się zrobiło, że podróż skończyła się tak szybko. Żadnych ludzi, spanie pod gołym niebem przypomniało Kreeth’owi chwile spędzone w gaju. Tak bardzo mu tego brakowało. Ale teraz wszystko się zmieni. Kreeth przeszedł przez miejską bramę. Jesel tętniła życiem. Wszędzie ludzie rozmawiali ze sobą, kupowali na straganach lub przyglądało się co robili inni. Kreeth zaczął się rozglądać za karczmą, do której kazano mu iść. W końcu zauważył szyld w kształcie brzytwy. Zaczął iść w stronę karczmy. Ludzie patrzyli na niego z pogardą, nienawiścią i strachem. Lecz Kreeth’a to nie obchodziło. Wszedł do karczmy. W środku było tłoczno. Gwar rozmów ucichł, gdy Kreeth pojawił się i zaczął iść w stronę karczmarza. Wszyscy patrzyli na niego tak jak tłum na zewnątrz.
- Przykro mi, ale demonów nie obsługujemy. – powiedział karczmarz, gdy Kreeth podszedł do niego.
- Szukam Kerila. – powiedział Kreeth.
- Nie znam takiego człowieka, demonie. Wyjdź. – powiedział stanowczo karczmarz.
- Kazano mi to dać karczmarzowi. - wręczył mu list.
- No proszę. Demona nam przysłali? Dziwne. – powiedział karczmarz po lekturze listu. – W takim razie zapraszam na zaplecze. – i zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze. Kreeth poszedł za nim. Karczmarz stał teraz w małym pomieszczeniu. Otworzył klapę w podłodze.
- Skoro przysłał Cię Viturn to wchodź. – powiedział karczmarz. Kreeth zszedł na dół. Klapa została za nim zamknięta. Korytarz pod karczmą był rozświetlony pochodniami. Kreeth przeszedł nim na koniec, gdzie znajdowały się drzwi. Otworzył je. Pomieszczenie, w którym teraz się znalazł było jakimś biurem. W środku znajdowała się biblioteczka, biurko zapełnione różnymi dokumentami, krzesła. Wszystko to sprawiało wrażenie urzędu. Za biurkiem siedział mężczyzna w czarnym ubraniu. Kreeth podszedł do niego.
- Ach, demon. Siadaj, siadaj. Spodziewałem się kogoś takiego jak ty. – powiedział mężczyzna serdecznym głosem.
- Czy pan ma na imię Keril? – zapytał Kreeth.
- Tak to ja. Masz dla mnie jakieś dokumenty, prawda?
- Tak oto one. – Kreeth wręczył mu dokumenty.
- Bardzo dobrze. Teraz mam tylko pytanie. Czy naprawdę tego chcesz?
- Czy czego chcę?
- Dołączyć do nas oczywiście. Przecież po to tu jesteś.
- Chyba tak. – powiedział Kreeth. Mężczyzna wstał i podał mu rękę. Uśmiechnął się.
- Witaj w gildii, chłopcze.
Rozdział Trzeci
Kreeth leżał na polanie w wielkim gaju Thrau. Słońce padało na jego ciało, otoczone wysoką trawą. Wokół nie było żadnego innego stworzenia. Tylko cisza. Nawet wiatr ucichł. Kreeth otworzył oczy. Słońce zasłoniły chmury, a krajobraz stał się bardziej ponury. Nawet trawa stała się taka jakaś... mniej zielona. Kreeth wstał. Otrzepał się z kilku źdźbeł trawy i poruszył kilka razy skrzydłami. Nagle usłyszał szmer.
- Głupi demon... – słowa brzmiały jak wycedzone przez zęby. Dochodził zza Kreeth’a. Demon odwrócił się. Nikogo nie było. – Powinno się od razu zabijać takich jak ty. Nie zasługujesz na to by władać mieczem tak dobrze jak ja. – teraz głos dochodził zewsząd.
Coś złapało Kreeth’a za ramię i obróciło w swoją stronę. Stał przed nim...
Kreeth obudził się gwałtownie. Znowu ten sen. Nawiedzał go od kiedy dołączył do gildii skrytobójców. Od tamtego momentu minął dopiero tydzień. Kreeth wypełnił kilka mniejszych zleceń. Zazwyczaj jego ofiarą padali jacyś dłużnicy lub niewierne żony. Co dziwne, Kreeth odczuwał pewną satysfakcję podczas wypełniania kontraktów. Nigdy wcześniej tak nie reagował. Gdy zabił jednego z napastników, którzy napadli go po opuszczeniu gaju, miał pewnego rodzaju wyrzuty sumienia. Teraz gdy zabijał miał do siebie żal, bo mógł to zrobić brutalniej.
Ale wracając do snu... Kreeth najbardziej dziwił się tym, że widział tam Galiesa. Zawsze budził się w momencie, gdy stał z nim twarzą w twarz. Może miało to związek z tym co się stało w Azylu? „To tylko sen. Nie ma się czym przejmować.”, myślał Kreeth, choć sam w to nie wierzył.
Demon wyjrzał przez okno swojego pokoju w gildii skrytobójców. Słońce niedawno wstało. Na ulicach Jesel mieszkańcy zajmowali się „codziennością”. Kreeth wstał ze swojego łóżka. Przeciągnął się i wyprostował skrzydła. Jego pokój nie był zbyt duży. Znajdowało się w nim łóżko, stojak na zbroję i oręż, stół, lustro, przy którym stała miska z wodą. Na stole ktoś postawił talerz oraz kielich. Kreeth podszedł do lustra. Zamoczył twarz w wodzie. Wytarł ją o leżącą nieopodal szmatę. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechnął się.
- Dobrze wyglądasz, Kreeth. – powiedział sam do siebie.
Demon usiadł przy stole. Na talerzu miał kilka kromek chleba, oraz jakiś niezidentyfikowany kawałek mięsa. W kielichu znajdował się sok. Śniadanie niezbyt obfite, ale zawsze jakieś. Chociaż Kreeth musiał przyznać, że smakowało nieźle. Demon wstał od stołu. Podszedł do stojaka, na którym znajdowała się jego zbroja. Założył ją. Wziął swój miecz, w którego rękojeści lśnił rubin.
Po skończeniu posiłku Kreeth wyszedł z pokoju. Zaczął iść korytarzem. Ściany były obwieszone obrazami założycieli gildii, najlepszych skrytobójców oraz poprzednich mistrzów. Kreeth dotarł do końca korytarza i zszedł po kamiennych schodach. Teraz był w holu. Na podłodze widniał herb gildii – orzeł trzymający w szponach sztylet. W pomieszczeniu znajdowało się kilku skrytobójców. Znał ich. Codziennie witali się, lecz nie rozmawiali. Czasem tylko kilka pytań, jakaś wskazówka lub plotka. Pomachali do niego. Kreeth odmachał im, po czym skierował się w lewo, ku kolejnemu korytarzowi. Tutaj na ścianach też panowała obsesja obrazów. Kopie tych samych malowideł, kilka pochodni. W końcu Kreeth doszedł do końca korytarza. Stał przed drewnianymi drzwiami. Zapukał i nacisnął klamkę w kształcie orlej głowy.
- Ach, Kreeth. Wejdź. Oczekiwałem cię. – powiedział spokojnym i życzliwym głosem Sekarthis, obecny mistrz gildii. Miał czarne, ugładzone włosy. Z jego błękitnych oczu nie dało się niczego wyczytać. Wraz z jego gładką twarzą tworzyło to obraz niezbyt pasujący do gildii skrytobójców. Miał na sobie czarną, aksamitną koszulę. Kreeth wszedł i usiadł przy biurku. Gabinet nie był zbyt duży. Wrażenie ciasnoty tworzone było przez różnego rodzaju urządzenia na szafkach, trofeach i dyplomach, które wisiały na ścianach.
- Witaj mistrzu. Masz jakieś zlecenie dla mnie?
- Tak, tak... – Sekarthis zaczął przeglądać jakieś papiery. W końcu wybrał jeden z nich i wręczył Kreeth’owi. – To zlecenie jest wyjątkowe. Oprócz rutynowej roboty masz odzyskać pewien drobiazg, który przekażesz mnie. Masz go dostarczyć od razu po wykonaniu zlecenia. Nawet w środku nocy.
- Od tego jest gildia złodziei... – powiedział z pogardą Kreeth.
- No cóż... gildia złodziei też jest tym zainteresowana. Masz być pierwszy, rozumiesz? To zlecenie jest zbyt ważne. A teraz idź. Wszystkie szczegóły masz napisane na zleceniu.
- Dobrze. Wolałbym umrzeć niż dać gildii złodziei odebrać moją nagrodę.. – powiedział Kreeth. Wstał. Chwycił klamkę.
- Byłbym zapomniał. Łap. – Kreeth złapał rzuconą przez Sekarthisa sakiewkę. Była średnio obciążona. – Zapłata za ostatnie zlecenie. Równo 500 sztuk złota.
Kreeth bez słowa opuścił pomieszczenie. Przymocował sakiewkę do swojego paska. Przeszedł korytarzem do głównego holu. Oparł się plecami o ścianę i zaczął czytać treść zlecenia:
Orin Saras, jeden z doradców imperatora Thrau, posądzony o zdradę ma zostać bezzwłocznie wyeliminowany. Podejrzewa się, że z wrogiem naszego Imperium kontaktował się za pomocą magicznego kryształu. Przedmiot ów ma być niezwłocznie przekazany zleceniodawcy.
Opis celu: Siwy staruszek, nikłej postury. Ostre rysy twarzy, brązowe oczy. Nosi na sobie czerwone szaty, świadczące o służbie imperatorowi Thrau.
Opis przedmiotu: błękitny, przypominający ametyst kryształ, najprawdopodobniej znajdujący się w amulecie lub pierścieniu.
Zapłata: dwa tysiące sztuk złota.
Warunki specjalne: brak.
Podpisanie przez Dowódcę Wywiadu Imperialnego, Arkanza Jora.
Kreeth nie mógł uwierzyć ostatnim słowom zlecenia. Brak warunków specjalnych... Uśmiechnął się. To nie musi wyglądać na wypadek. Mogą być świadkowie. Nawet gdyby złapała go straż... po pokazaniu zlecenia puściliby go wolno. Kreeth oderwał wzrok od kartki papieru. Musi tylko wyśledzić tego całego Orina. I już wiedział gdzie go szukać. Kreeth wyszedł główną bramą na hałaśliwe i zatłoczone ulice Jesel. Budynki stolicy prezentowały się wspaniale. Były zadbane, doskonale wykończone i ozdobione różnego rodzaju ornamentami, rzeźbami. Gildia skrytobójców mieściła się w posiadłości szlacheckiej nieopodal głównego rynku. Kreeth rozejrzał się, po czym wraz z tłumem skierował się na główny rynek. Zawsze gdy szedł ulicami miasta wokół niego robiła się wolna przestrzeń. Nikt nie chciał iść w pobliżu demona. Ale Kreeth się tym nie przejmował. Przynajmniej jego skrzydła miały dość miejsca... I tu pojawiał się problem. Skrytobójca często potrzebuje wmieszać się w tłum. Przy tym, jak wyglądał Kreeth było to niemożliwe. Skrzydła wystawały nawet spod płaszcza.
Kreeth w końcu doszedł na główny targ. Wszędzie tłoczyli się ludzie, nawoływani przez kupców, stojących przy straganach z najróżniejszymi towarami. Od targu odchodziły tylko cztery uliczki. Kreeth skręcił na południe, gdzie budynki były bardziej zniszczone, a droga już nie tak wspaniała jak w innych częściach miasta. Nawet atmosfera była tutaj mroczniejsza. Ludzie omijali to miejsce, a ci którzy tutaj mieszkali nie wychodzili z domów, bojąc się złodziei i bandytów. Teraz jedynie żebrak był tutaj obecny. Kreeth podszedł do niego.
- Witaj czcigodny panie. Czy nie wspomógłbyś biednego człowieka? – powiedział żebrak wyciągając przed siebie dłonie i kaszląc teatralnie.
- Przestań udawać, Hua. Poszukuję informacji. – powiedział Kreeth. – O człowieku, który nazywa się Orin Saras.
- Przykro mi, ale nie znam tego człowieka. – powiedział Hua, wyciągając ręce lekko do przodu.
- Nigdy się nie zmienisz, co? – Kreeth wyjął z sakiewki kilka monet. Rzucił jedną żebrakowi. – Dostaniesz więcej jak mi powiesz gdzie mogę go znaleźć.
- Ma dom w północnej części miasta. Zaraz przy murach. Jest dobrze chroniony. – spojrzał na Kreeth’a.
- Coś jeszcze? – rzucił mu kolejną monetę.
- Teraz powinien kończyć swoją przemowę w pałacu.
- Dobrze masz. – Kreeth rzucił mu pięć dodatkowych monet.
- Dziękuję o czcigodny. Niech fortuna ci sprzyja! – krzyknął gdy Kreeth oddalił się nieco.
Demon skierował się na wschód od targu. Przeszedł brukowaną drogą aż do wielkiego placu. Znajdowała się tutaj fontanna, a wokół niej stały pomniki bohaterów. Było tutaj mniej ludzi niż w okolicach targu. Najwspanialszą budowlą tutaj, jak i w całej stolicy był pałac. Wydawać by się mogło iż sięga chmur. Kilka wież stanowiło raczej dekorację niż element obrony. Kreeth wszedł po marmurowych schodach i oparł się o ścianę zamku, niedaleko bramy. Po chwili wrota otworzyły się. Kreeth przyjrzał się uważnie osobom, które wychodziły. Zauważył swój cel. Siwy, nikłej postury staruszek. Miał na sobie czerwone szaty. Otaczało go trzech ochroniarzy. Mieli na sobie ciężkie zbroje, a w dłoniach dzierżyli halabardy. Kreeth podszedł bliżej. Spojrzał na Orina i pospiesznie zszedł po schodach. Niech to szlag... Staruszek nie miał na sobie żadnej biżuterii. Kreeth stanął przy fontannie i obrócił od niechcenia głowę. Orin zsedł wraz ze swymi ochroniarzami do swojej posiadłości. Kreeth zaczął iść za nimi. Demon nie spuszczał swojego celu z oczu. W końcu doszli przed główną bramę posiadłości doradcy imperialnego. Kreeth wszedł w zacienioną uliczkę kawałek obok. Było z niej wszystko widać. Orin wszedł do środka zostawiając swoich ochroniarzy na zewnątrz. Zbrojni natychmiast rozpoczęli patrol. Dookoła posesji szli wolnym, leniwym krokiem. Kreeth spojrzał na mury miasta, przy których zbudowana była posiadłość. Mógłby bez problemu przeskoczyć z nich na balkon sypialni Orina. Kreeth uśmiechnął się. Demon wyszedł cienia i zaczął iść uliczką prowadzącą do siedziby gildii skrytobójców. Po dotarciu na miejsce wszedł do głównego holu. Pospiesznie wszedł po schodach, ignorując wszelkie powitania i pytania. Otworzył drzwi prowadzące do swojego pokoju. Z pod łóżka wyjął mały kuferek. Otworzył go. Znajdowały się w nim sztylety, buteleczki z różnego rodzaju truciznami, zioła oraz wytrychy. „Czeka mnie dużo przygotowań”, pomyślał Kreeth, zaczynając się szykować do wykonania zlecenia.
Noc zapadła nad imperialną stolicą. Większość mieszkańców była pogrążona w głębokim śnie. Tylko strażnicy ukarani nocną służbą zmuszali się do zachowania przytomności. Tylko kilka z istot znajdujących się w mieście było w stanie trzeźwo myśleć. Jedną z nich był skrytobójca. Wdrapał się na miejskie mury i zaczął biec po nich, starając się pozostać niezauważonym. Po chwili dotarł do swojego celu. Posiadłość Orina Sarasa majestatycznie prezentowała się wśrób blasku księżyca. Przez okna sypialni z daleka widać było światło świec. We wszystkich innych pomieszczeniach panowała ciemność. Skrytobójca zaczął powoli podchodzić do fragmentu, z którego spokojnie można wskoczyć na balkon sypialni.
- Na twoim miejscu zostawiłabym to zlecenie w spokoju, Kreeth. – powiedział cicho i spokojnie damski głos. Należał do zgrabnej kobiety ubranej w czarny płaszcz. Pod kapturem skrywały się jasne włosy i twarz o łagodnych, okrągłych rysach.
- Nie ma takiej możliwości. – odpowiedział Kreeth. – Czyżby gildia złodziei wysłała cię, aby mi przeszkodzić? Wiem, że wasza gildia też dostała to zlecenie.
- To moja osobista inicjatywa, by cię ostrzec. Nasza gildia nie służy zdrajcom.
- Chyba coś ci się pomyliło, Aziro. Zostałem wysłany by zabić zdrajcę. Zlecenie zostało podpisane przez samego dowódcę wywiadu imperialnego. Więc bądź tak łaskawa i zejdź mi z drogi.
- Proszę bardzo. Nie będę cię powstrzymywać. Pamiętaj jednak moje słowa. Nie znasz swojego mistrza tak dobrze jak my i nasi szpiedzy.
- A co to ma niby znaczyć?
- Wkrótce sam się dowiesz. Żegnaj i pamiętaj, że gildia złodziei zawsze chętnie cię przyjmie. – Azira zniknęła w cieniu, uśmiechając się tajemniczo.
Kreeth prychnął z pogardą. Spojrzał na okno sypialni. Światło świecy zgasło. Demon przeszedł kawałek w stronę domu. Stał teraz przed balustradą balkonu. Skoczył. Kreeth wylądował cicho na balkonie sypialni. Podszedł do szklanych drzwi. Ostrożnie nacisnął na klamkę. Zamknięte. Tego się spodziewał. Wyciągnął zza paska wytrych i włożył go w dziurkę od klucza. Obracał go przez chwilę, aż w końcu drzwi się otworzyły. Kreeth wszedł do środka. W ciemności widział stół, szafę, łóżko, kilka krzeseł i ramy obrazów. Kreeth podszedł do łóżka. Wyciągnął sztylet. Wbił broń w wypukłe miejsce na łóżku. Odciągnął kołdrę.
- Spodziewałem się ciebie. Myślałeś, że jak będziesz się skradać po murach to cięnikt nie zauważy? – powiedział spokojny, przepełniony życiową mądrością głos. Drżał lekko. Nagle pokój wypełniło światło świecy. Kreeth zobaczył przed sobą przebitą poduszkę. – Po co tu jesteś? Jakie powody masz by mnie zabić? Mów albo wezwę straże.
- Mam na ciebie zlecenie. – powiedział Kreeth.
- Naprawdę? Kto byłby na tyle głupi by dać nagrodę za moją głowę? Czyżby nie wiedział, że zabijanie polityków jest karane śmiercią? Tak samo karany jest skrytobójca wykonujący zlecenie.
- Dowódca wywiadu imperialnego miał powody by dać gildii to zlecenie. Jesteś zdrajcą.
- Ja zdrajcą? To naprawdę niedorzeczne. Jestem jednym z najbardziej zaufanych doradców imperatora. Nie macie podstaw by mnie zabić. A teraz proszę cię o opuszczenie mojej posiadłości.
- Naprawdę nie możesz zrozumieć, że cię zdemaskowaliśmy? Przykro mi ale muszę cię zabić. – Kreeth zaczął iść w stronę Orina.
- Nie zabijesz mnie! Straż! Straż! – Orin zaczął krzyczeć i uciekać ku wyjściu.
Kreeth szybko podbiegł do swojej ofiary i wbił jej w plecy sztylet. Bezwładne ciało padło na ziemię. Z dołu było słychać krzątaninę strażników. Przy zwłokach nie było kryształu. Kreeth podbiegł do szafki. Otworzył pierwszą szufladę. Znajdował się tam amulet z błękitnym kryształem. Kreeth włożył go do sakiewki i wyszedł na balkon. Strażnicy weszli do sypialni. Demon skoczył i z pewnym wysiłkiem wdrapał się na miejskie mury. Zaczął biec. W końcu, kiedy znalazł się bezpiecznej odległości od posiadłości Orina, zszedł na ulice miasta. Kreeth skierował swe kroki do siedziby gildii skrytobójców. W końcu dotarł do posiadłości i wszedł do głównego hollu. Z ulicy dobiegały krzyki strażników, którzy poszukiwali zabójcy. Kreeth przeszedł do gabinetu Sekarthisa. Zapukał. Nacisnął klamkę. Gabinet był otwarty. W środku siedział Sekarthis. Wypełniał jakieś dokumenty.
- Kreeth? Co tu robisz tak późno? Masz dla mnie ten klejnot?
- Tak, mistrzu. – Kreeth położył amulet na biurku. – Orin nie żyje.
- Tak, bardzo dobrze. – powiedział Sekarthis oglądając amulet. – Oto twoja zapłata. Równe dwa tysiące sztuk złota. – rzucił sakiewkę Kreeth’owi. – A teraz idź już. Mam jeszcze wiele do zrobienia. Tak... Naprawdę cudowny. Nareszcie mój... – dodał szeptem Sekarthis
- Oczywiście, mistrzu. – powiedział Kreeth, nie zwracając uwagi na ostatnie słowa swojego mistrza.
Demon wyszedł i skierował się do swojego pokoju. Nie zwracał uwagi na chaos panujący za oknami. Gdy wreszcie znalazł się w swoim pokoju, zdjął zbroję, odłożył sztylet i wytrychy na stół, a sam padł na łóżko. Po chwili dołączył do reszty śpiących, niczym się nie przejmujących mieszkańców Jesel.
Rozdział Czwarty
Kreeth obudził się nad ranem. Po wydarzeniach ostatniej nocy spał dobrze, co często mu się nie zdarzało. Nie nawiedził go też ten sen, którydręczył go od dłuższego czasu. Demon uznał to za miłą odmianę, lecz odczuł pewną obawę. Może sen i jego powtarzanie się, aż do teraz, było symboliczne?
Mimo wszystko Kreeth postanowił nie przejmować się tym. W końcu był skrytobójcą, a oglądanie się za siebie, tak samo, jak poczucie winy, nie należało do zawodu.
Demon wstał z łóżka i przeciągnął się, rozprostowując przy okazji skrzydła. „Za dużo czasu spędzają złożone pod płaszczem”, myślał, gdy mył się przed śniadaniem.
Po kąpieli nadszedł czas na ogólną ocenę wyglądu. Po nałożeniu swojego „codziennego” stroju, Kreeth podszedł do lustra. To, co zobaczył, wzbudziło w nim strach. Zamiast swego odbicia ujrzał Galiesa. Demon przetarł oczy i zamrugał kilka razy. Wojownik, którego zabił, wcale nie zniknął. Galies uśmiechnął się tylko jadowicie i pomachał. Jego usta poruszyły się, jakby mówił: „Na zawsze razem, demonie”.
Galies zniknął z kolejnym mrugnięciem. W lustrze zostało tylko odbicie przerażonego demona.
„Dziwne”, pomyślał Kreeth.
„Pewnie zwidy. Jestem przemęczony”, nasunęła się kolejna myśl.
„A jeśli nie?”, wtrąciłą siętrzecia.
„Przecież on nie żyje”, upierała się druga.
„Ale...”, zająknęła się pierwsza.
„Martwy, czy nie, było to dość dziwne”, dorzuciła od siebie pierwsza, kończąc tym samym tę dyskusję myśli.
Nie zwracając uwagi na dalsze błądzenie myśli, Kreeth zaczął jeść śniadanie. Było ono złożone z chleba i jakiegoś aromatycznego, choć zimnego już kawałka mięsa. Był też pomidor.
Po skończonym posiłku, demon zszedł na dół. Przechodząc przez hol, Kreeth czuł na sobie nieufne spojrzenia innych członków gildii. Nikt nawet nie odpowiedział mu na zwykłe „cześć”. Było zupełnie jakby został wyrzucony z jakiegoś wykwintnego przyjęcia i wrócił nieproszony. Pod ciężarem spojrzeń wszedł do gabinetu Sekarthisa.
Mistrz gildii siedział za biurkiem i przeglądał jakieś papiery. Wyglądał, jakby nie przespał kilku nocy.
- Witaj, Kreeth. – powiedział życzliwie i w skazał krzesło naprzeciw siebie. – Siadaj, chłopcze.
Demon usiadł i już otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz Sekarthis uniósł dłoń.
- Zanim przejdziemy do konkretów, chciałbym jeszcze raz ci pogratulować dobrze wykonanej roboty. – otworzył szufladę biurka i wyjął z niej sakiewkę, którą położył przed Kreeth’em. Wyglądała na wypełnioną do granic możliwości. Gdyby mogła, pewnie by pękła. – Pięć tysięcy. Mała premia za pozbycie się tego – zawahał się na moment – zdrajcy.
- Dziękuję, mistrzu. – powiedział wdzięcznym głosem demon, chowając sakiewkę. – Masz dla mnie, mistrzu, kolejne zlecenie.
Sekarthis uśmiechnął się i położył przed Kreeth’em kartkę papieru.
- Przepraszam cię, ale mam mnóstwo roboty. – rzekł zmęczonym głosem. – Powodzenia.
Demon wziął zlecenie i wyszedł. Oparł się o kolumnę w holu i zaczął czytać:
„Imię: Radgard Veln
Miejsce pobytu: Gdzieś w Jesel
Specjalne warunki: Brak
Nagroda: Do uzgodnienia
Specjalne:
Radgard Veln winien jest nielegalnego skrytobójstwa na terenie Jesel. Najprawdopodobniej przybył z Har, odległej krainy barbarzyńców. Jest postawnie zbudowanym mężczyzną, skrywa się pod czarnym płaszczem. Zapewne w krótkim czasie opuści miasto. Zbrodni dopuścił się niedawno, więc jest podejrzewane, że nie odebrał jeszcze nagrody. Prawdopodobnie, według zebranych informacji, ze zleceniodawcą spotka się w karczmie „Śkrzydlaty byk”.”
Na tym zlecenie się kończyło. Kreeth przeczytał je jeszcze raz. Nie było ono takie jak te, które dostawał poprzednio. Różniło się formą, a także wszystko było opisane... mniej poprawnie. Może to tylko jego odczucie? Mimo wszystko warto spróbować.
Demon schował zlecenie w jednej z wewnętrznych kieszeni płaszcza i, z niejakim wysiłkiem oraz dyskomfortem, złożył skrzydła, aby wyglądały jak niewielki garb. Potem wyszedł z budynku gildii i skierował swe kroki, przez zatłoczone ulice Jesel, ku karczmie „Skrzydlaty byk”.
Po kilku minutach szybkiego marszu, Kreeth dotarł pod karczmę. Znajdowała się ona w bogatszej części miasta, gdzie z dumą i wyższością, przechadzali się możni, sami siebie określający „lepszymi” lub „dobrze urodzonymi”. Wchodzili oni do środka, a wyprowadzać musiało ich zazwyczaj kilku ludzi. Potem „dobrze urodzonych” czekał tylko marsz pełen zakrętów i nagłych zmian pionu.
Szyldem karczmy była głowa byka z której, oprócz rogów, wyrastały skrzydła. Rysunek był namalowany czerwoną i białą farbą, które wydawały się rozmyte po wielu deszczach.
Kreeth pchnął ozdobne drewniane drzwi i wszedł do środka. Wnętrze karczmy było takie, jak każdej innej. Stoły, krzesła, a przy nich siedzieli ludzie, którzy bawili się. Rozrywka uwzględniała alkohol i szczypanie kelnerek w pośladki. W powietrzu unosił się zapach trunków i pieczonego mięsa. Od czasu do czasu dało się słyszeć okrzyki i toasty możnych, którzy zdawali się być jedynymi klientami karczmy.
Kreeth rozejrzał się. W odległym, ciemnym kącie siedział człowiek ubrany w czarny płaszcz. Zdawał się na kogoś czekać. Demon usiadł przy jednym ze stolików i zaczął obserwować dziwnego osobnika. Po chwili podeszła kelnerka.
- Podać coś? – zapytała.
- Wodę. – odparł Kreeth, nie odrywając wzroku od obserwowanego przez siebie człowieka.
Gdy nadeszło zamówienie, demon wziął szklankę i wręczył kelnerce o wile więcej, niż woda rzeczywiście kosztowała.
Czas upływał, a osobnik czekał. Kreeth cierpliwie go obserwował, popijając wodę. W końcu do obserwowanego podeszła kelnerka i pochyliła się, zapewne mówiąc mu coś na ucho. Człowiek wyszedł z karczmy.
Kreeth wstał, wyminął kilku pijanych możnych i podążył za osobnikiem.
To było zbyt proste. Człowiek szedł, nie zwracając na nic uwagi, a demon śledził go. W końcu dotarli przed wejście starego i opuszczonego budynku w biednej części miasta. O ile Kreeth dobrze sobie przypominał, był to nieużywany już magazyn. Ponoć kiedyś był tam jakiś cech albo coś. Co się z nim stało, było dla demona tajemnicą.
Śledzony wszedł do środka. Drzwi zostawił otwarte, co było dość dziwne. Kreeth ostrożnie podszedł do wejścia, zaglądając do środka. Magazyn był pusty, a osobnik, którego śledził demon, stał na środku, tyłem do drzwi. Kreeth uśmiechnął się i ostrożnie zaczął skradać się w stronę swojej ofiary.
- Spóźniłeś się. – rozległ się głos, który odbił się echem po pustej hali.
W tej chwili nastąpił moment nieoznaczoności. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a demon został wyrzucony w powietrze przez jakąś niewidzialną siłę. Kreeth wylądował w chmurze kurzu kilka metrów przed postacią, która zrzuciłą płaszcz. To, co demon zobaczył, było najbardziej nieoczekiwaną rzeczą w jego życiu. Przed nim stał Sekarthis, mistrz gildii skrytobójców.
- Zaskoczony, Kreeth? – w jego głosie dało się słyszeć mieszankę drwiny i rozbawienia.
- Tak. – wydusił z siebie demon. Próbował wstać, ale coś trzymało go przy ziemi.
Sekarthis uśmiechnął się i zaczął krążyć wokół Kreeth’a.
- Muszę przyznać, że bardzo dobrze się spisałeś. Zrobiłeś wszystko, co zaplanowałem. Jakże łatwo jest manipulować kimś takim jak ty.
Kreeth miał już zadać pytanie w stylu „Dlaczego to zrobiłeś?”, albo „Czemu ja?”, ale krzyknął:
- Zapłacisz mi za to! – demon czuł, jakby coś powiedziało to za niego.
- Naprawdę? Zabiłeś ważnego arystokratę nielegalnie, ukradłeś pieniądze gildii... na pewno cię zabiją, albo dadzą ci przynajmniej dożywocie.
- Co?! Przecież ja nie... – zaczął demon, ale Sekarthi przerwał mu śmiechem.
- Obudź się, głupcze! Sfałszowałem zlecenie i dałem ci pieniądze, które „ukradłeś”. Byłeś doskonałym pionkiem. Jestem z ciebie dumny. – na zewnątrz słychać było krzątaninę strażniów. Starali się wejść do środka. – Żegnaj, Kreeth. – rzekł tylko Sekarthis, a jego sylwetka rozmyła się i zniknęła.
Chwilę potem do środka wbiegł oddział strażników.
Rozdział Piąty
Noc. Ciemne niebo o kolorze atramentu było zasłane chmurami, które przesłaniały gwiazdy. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, jeśli nie fakt, że w chmurach powstała dziura. Był to otwór idealnie pasujący do rozmiarów księżyca, który wysyłał przez niego blade światło, oświetlając Thrau i ukazując sceny, które normalnie w taką noc zostałyby niezauważone. Pewnie byłoby lepiej, gdyby obserwator nie ujrzał pewnych rzeczy, jednak złośliwy los tylko czeka na odpowiednich obserwatorów, którzy znajdą się w odpowiednim czasie i miejscu, aby wdrożyć kolejną część planu bogów. A raczej wyniki ich niekończących się gier.
Historia kołem się toczy. To stwierdzenie zostało wyryte w naszych świadomościach jako oczywista prawda wszechświata. Tylko niektórzy postanowili to zbadać. A potem, gdy koło historii wykonało pełny obrót, robił to ktoś inny, w ten sam, prowadzący do niczego sposób. Dlaczego nikomu się nie udało do tej pory rozgryźć tej zagadki? Odpowiedz jest prosta. Bogowie nie lubią, gdy istoty śmiertelne, a przynajmniej bardziej śmiertelne od nich samych, mieszają się w ich sprawy. A mianowicie chodzi o mieszanie się do ich gier. Jeden rzut kośćmi, czy ruch pionkiem na szachownicy świata może zmienić pogląd i mentalność całych narodów. Bogowie nie stworzyli ludzi, aby zostawić ich samym sobie, prawda? A poprawki trzeba wykonywać zawsze, gdy twór wymyka się spod kontroli lub schodzi na drogę niezgodną z tą, którą wyznaczyli bogowie.
Koło historii wystartowało po raz kolejny. Doszło do momentu pełnego obrotu i znów zaczęło powolny bieg. Rzeczywistość została już nagięta, aby wszystko wypełniło się tak, jak ostatnio. Przy wykorzystaniu innych pionków oczywiście. Kolejny z nich przesunął się na szachownicy wieczności.
Ciemny kształt biegł po dachach budynków. Zwinnie omijał przeszkody i skakał na kolejne, coraz niższe przeszkody. Trasa była wyznaczona bezbłędnie... Postać zatrzymała się i spojrzała na niebo. Przez chmury przebijał się księżyc, a jego światło padało prosto na imperialną stolicę. Po chwili bezruchu i nasłuchiwania odgłosów miasta, postać zaczęła biec dalej. Po kilku chwilach wypełnionych skokami i kilkoma innymi wyczynami akrobatycznymi stała na jednej z brukowanych ulic Jesel. Ruszyła szybkim krokiem w stronę Bramy Północnej, zastanawiając się, czego może chcieć on. Wysłał jej kodowaną wiadomość. W Gildii Złodziei nie można ufać nikomu i on o tym wiedział.
W końcu postać dotarła do zamkniętej bramy. Strażnicy, którzy powinni jej pilnować, spali spokojnie. Postać rozejrzała się i ostrożnie ukradła ich sakiewki.
- Stare przyzwyczajenia? - zapytał głos za nią.
- Co jak co, ale jestem złodziejką. - odparła Azira. - Takie zachowanie jest jak nawyk. Poza tym muszę za coś żyć.
Jej rozmówca stał blisko niej. Prawie czuła jego oddech.
- Wiem. - odpowiedział jej szept tuż przy uchu.
Azira odwróciła się i spojrzała w oczy rozmówcy. Uśmiechnęła się i pocałowała go w usta. Po chwili wypełnionej ciszą, Sekarthis zdjął kaptur, ujawniając swoją pozbawioną emocji twarz.
- Wyjeżdżam. - oznajmił.
- Po to mnie wzywałeś? Żeby się pożegnać?
- I tak, i nie. Muszę zająć się sprawą, o której ci mówiłem.
- Tak, tej której szczegółów mi nie chciałeś zdradzić. - przerwała mu złodziejka.
Sekarthis uśmiechnął się tylko i kontynuował dalej:
- Nie wrócę już, wątpię, abyśmy się kiedykolwiek jeszcze zobaczyli.
- Dlaczego nie mogę jechać z tobą?
- Bo muszę to wszystko zrobić sam. Są pewne rzeczy, które potrzebują specyficzne jednostki i nikogo więcej. Poza tym będziesz potrzebna tutaj. - Azira już miała się o coś spytać, gdy Sekarthis uniósł dłoń i mówił dalej: - Kreeth trafił do aresztu. Jutro będą chcieli go powiesić. Nie pozwól, aby stała mu się krzywda, dobrze? Jest bardzo ważny. Nie wiem jeszcze czemu, ale odegra ważną rolę w tym, co wkrótce się stanie.
- Dobrze, ale...
- Żadnych "ale". Nie daj mu zrobić krzywdy. Tylko tyle od ciebie wymagam. A teraz żegnaj, najdroższa.
Raz jeszcze ich usta połączyły się w pocałunku. Potem Sekarthis rozmył się w ciemności i opuścił miasto. Jego rozmazana sylwetka przeszła przez bramę niczym widmo. Azira stała jeszcze w milczeniu, wpatrując się w miejsce, gdzie ostatnio był jej kochanek. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku na bruk. Potem złodziejka skierowała swe kroki w głąb miasta...
Światło świtu wdarło się do jednej z cel. Znajdowała się ona w podziemiach Siedziby Głównej Wywiadu Imperialnego Thrau. Było to ciasne, kamienne pomieszczenie, w którym znajdowała się tylko pojedyncza prycza. Na podłodze walały się różne śmieci i pozostałości po poprzednich lokatorach pokoju. Drzwi zaś były wykonane z mocnego drewna, a dla pewności ktoś jeszcze umocnił je stalą.
Świało świtu padało dokłądnie na pryczę, na której leżała skrzydlata postać. Budziła się ona powoli. Po chwili przyjęła pozycję siedzącą i spojrzała przez zakratowane okno na niebo. Dla wszystkich prócz Kreeth'a zapowiadał się piękny dzień. Demon po raz kolejny rozejrzał się po swojej "kwaterze". Jego myśli błądziły. Demon był zdezorientowany, a gniew i pragnienie zemsty płonęło w nim, przemieniając jego duszę w popiół. Dziś miało okazać się jak zginie... Jak mógł wogóle dopóścić do takiej sytuacji! To niemożliwe, przecież gdy tylko widział te zlecenia coś wydawało mu się nie tak! Mógł zareagować, mógł posłuchać ostrzeżenia Aziry... Jednak wybrał bezmyślną lojalność wobec mistrza gildii. Zaufał mu... i teraz sziedział w celi, czekając na wyrok. To dzięki Sekarthisowi miał dzisiaj zginąć... Jeśli z tego wyjdzie, na pewno się zemści. Choćby miało mu to zająć dziesiątki lat.
Kreeth wstał i rozprostwoał skrzydła na tyle, na ile pozwalał mu rozmiar pomieszczenia. Spojrzał na drzwi dokłądnie w tym samym momencie, w którym otworzyły się one. Stanęła w nich kobieta, a raczej dziewczyna, o długich, uwiązanych w warkoczyki blond włosach. Jej twarz była niewinna. Miała na sobie srebrny napierśnik i brązowe spodnie, które opinały jej zgrabne nogi. Na oko była w wieku Kreeth'a.
- Pójdziesz ze mną. - powiedziała.
Demon nie odpowiedział. Skrzywił się tylko i niechętnie wyszedł na korytarz. Nawet uroda tej, która prowadziła go do ewidentnej zagłady nie poprawiła mu humory. Wręcz przeciwnie nawet. Przytłaczała go świadomość, że nie dostanie szansy kontaktu z kimś takim.
Strażniczka zamknęła za Kreeth'em drzwi. Na moment ich spojrzenia spotkały się, a cisza przyjęła tę złośliwie niewygodną formę, która zamieniała powietrze w zimną masę. Kreeth był zmuszony do odwrócenia spojrzenia. Strażniczka uśmiechnęła się i razem z Kreeth'em ruszyli ciemnym korytarzem, po którego obu stronahc znajdowały się niezliczone drzwi i odnogi do innych sekcji więzienia. Z oddali słychać było stłumione jęki zamkniętych w ciasnych celach przestępców.
- Nie zakujesz mnie w kajdanki? - zdobył się na odwagę zadania pytania.
- A po co? - zdziwiła się strażniczka, gdy skręcili w jakąś odnogę korytarza.
- Mógłbym spróbować cię zabić i uciec. Nie boicie się takiego obrotu sprawy?
- Spróbować to dobre słowo. - strażniczka uśmiechnęła się do niego. - Poza tym wątpię, aby ktoś taki jak ty mógł zranić kobietę. Nie wyglądasz na takiego.
Kreeth milczał. Rzeczywiście, nie był w stanie do zranienia kobiety "tak po prostu". Gdyby był do tego zmuszony, w ostateczności zrobiłby krzywdę przedstawicielce płci przeciwnej. Jednak i tak zostawiłoby to w nim pewną odrazę do samego siebie. Są rzeczy, których po prostu nie wypada. Poza tym sytuacja nie była ostatecznością, a przynajmniej Kreeth chciał w to wierzyć. Jednak to nie bajka i żaden królewicz nie przyjedzie na białym koniu, aby go uratować...
W końcu doszli do kamiennych, spiralnych schodów. Wspinli się po nich dość długo, mijając przejścia na poszczególne piętra budynku. Kreeth zaczął podejrzewać, że schody nie mają końca.
- Czy tak wygląda tu egzekucja? - zapytał.
Strażniczka zachichotała, ale nic nie odpowiedziała. Po kilku kolejnych chwilach dotarli do drewnianych, ozdobnych drzwi. Kobieta zapukała i otworzyła je.
Następne pomieszczenie było przestronnym biurem. Kreeth rozejrzał się ostrożnie i wszedł za strażniczką do środka. Znajdowało się tu biurko, a przy nim kilka krzeseł, oraz parę szafek. Wolne miejsca na ścianie były zajęte przez obrazy przedstawiające naturę oraz jakieś dokumenty i dyplomy. Wszystkie meble sprawiały wrażenie wyjętych z gustownego salony arystokracji.
Za biurkiem, na wygodnym fotelu, siedział mężczyzna o siwych włosach i pokrytej bliznami twarzy. Na sobie miał zbroję płytową.
- Siadaj. - polecił chrypliwie mężczyzna. Dopiero potem spojrzał na strażniczkę i uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Ładna fryzura. - wykrztusił tylko.
Strażniczka zmrużyła oczy i przeszyłą go nienawistnym spojrzeniem.
- Dlaczego wszyscy się śmiejecie! Jejku, czy tu nie można już mieć normalnej fryzury?
Wyszła, zostawiając ich samych. Kreeth przeszedł po czerwono-żółtym dywanie i usiadł na niewygodnym krześle.
- Przeskrobałeś sobie, nie ma co. - powiedział meżczyzna, czytając jakiś dokument. - Fałszowanie zleceń, nielegalne skrytobójstwo, kradzież pieniędzy... Nieładnie.
- To nie ja! - oburzył się Kreeth.
- Czy pozwoliłem ci mi przerywać? Nie? To siedź cicho. Na czym to ja... Ach. Mam tu nakaz egzekucji, chłopcze. - pomachał kartką papieru. - Ścięcie. Nieładna sprawa. Najpierw cię obiją, a potem dopiero zetną łeb. I jeszcze to, co rzuci w ciebie publika. Pewnie chciałbyś tego uniknąć, co? I dam ci taką szansę.
Te słowa były dla Kreeth'a jak uderzenie cepa. W ciemnym tunelu jego życiap ojawiło się światełko nadziei.
- Co muszę zrobić? - zapytał szybko.
- Nie tak szybko, chłopcze. Opowiedz mi swoją wersję wydarzeń. Powiedz mi wszystko o Sekarthisie.
Kreeth opowiedział swoją historię, zaczynając od momentu dołączenia do gildii. Ominął część o ostrzeżeniu Aziry.
- ...i wtedy wtargnęli strażnicy i mnie aresztowali. - zakończył.
- Nikt nigdy nie uwierzyłby w podobną historię, wiesz o tym. Jednak to twój szczęśliwy dzień. Mam dowody potwierdzające twoje zeznania.
- Jakie dowody?
- To cię nie powinno interesować. Jednak jesteś jedynym, którego możemy poddać egzekucji. Kat całą noc ostrzył topór. Nie często zdarza mu się występować przed szerszym gronem. - mężczyzna uśmiechnął się paskudnie. - Twój mistrz podrobił mój podpis, użył mojego nazwiska. A po twoim aresztowaniu zniknął. Będziemy szukać i na pewno damy ci szansę na pomstę. Jednak nie ocalę cię bezinteresownie. Sam imperator chce, abyś służył w Wywiadzie Imperialnym. - Arkanz, jak domyślił się Kreeth, przypominając sobie podpis na jednym ze zleceń, westchnął. - Nie mogę odmówić. Ty też nie, jeśli nie chcesz zginąć. I nie licz na jakąkolwiek pensję. Jesteś zwolnionym kryminalistą i odpracowujesz to, co przeskrobałeś.
- Ale przecież powiedziałeś, że macie dowody, że to nie ja.
- Ale mieszkańcy tego nie wiedzą. Poza tym dowodów nikt oprócz, mnie i kilku zaufanych ludzi, nie widział.
Kreeth westchnął. Naprawdę nei miał wyboru.
- Zgadzam się. - powiedział w końcu. - Co mam robić?
- To, co ci powiem. - odparł jego rozmówca z uśmiechem. - Na razie zatrzymasz się w jednej ze specjalnych kwater. Tam przenieśliśmy twoje rzeczy. Twoja zbroja i miecz nie są magiczne, a nie mam zamiaru marnować na ciebie naszego ekwipunku. Chcieliśmy wyjąć rubin, ale nie dało się. Przetopić też nie dało rady. Księżycowe srebro to porządny materiał. Divisha, czyli ta warkoczykowa wariatka, która cię przyprowadziła, odprowadzi cię do kwater, gdzie będzesz cierpliwie czekał na rozkazy.
Jakby na rozkaz, drzwi otworzyły się. Stanęła w nich ta sama strażniczka, jednak teraz jej włosy były całkowicie rozpuszczone. Były długie do ramion, a grzywka zasłaniała czoło.
- Nie jestem wariatką. - powiedziała.
Kreeth bez słowa wyszedł. Divisha zatrzasnęła za nimi drzwi i ruszyła bez słowa po schodach.
- Witaj w Wywiadzie Imperialnym. - powiedziała, gdy schodzili na dół. - Najgorszej placówce na jaką mógłyś kiedykolwiek trafić.
- Eeee, dzięki. - odparł Kreeth. - Naprawdę jest tu tak źle.
- Nie. Jest gorzej. Małe zarobki, roboty tyle, że starczyłoby na całe miasto... Jednak to zaszczyt pracować tu, wiesz? Praca tutaj daje uczucie spełnienia. Robienia czegoś dla Thrau.
- Tak, to naprawdę wspaniałe. - odparł ponuro Kreeth.
- To głupie, nikt nie czuje podobnie...
- Wcale nie. Myślę, że to dobrze, gdy ktoś spełnia się w pracy.
- Dzięki. - powiedziała Divisha.
Resztę drogi milczeli. Gdy zeszli na jedno z pięter, minęli kolejny, pusty korytarz wykuty w kamieniu. Znajdowały się tu okna, przez które widać było całą stolicę. Kreeth zauważył, że byli dość wysoko.
Na końcu korytarza znajdowały się drewniane drzwi. Divisha otworzyła je i wpuściłą Kreeth'a do środka. Potem zamknęła za nim drzwi i odeszła.
Jego kwatera była mniej więcej rozmariów jego celi. Różnica polegała na tym, że pokój był schludniejszy i dodano w nim kufer, który po otworzeniu ukazał demonowi jego rzeczy. Było tam wszystko. Zbroja, miecz, zestaw wytrychów...
Kreeth zamknął kufer i spojrzał przez okno. Wychodziło ono na dach sąsiedniego budynku. Był on na tyle blisko, aby mógł na niego wskoczyć.
Wtedy drzwi otworzyły się. Stanął w nich Arkanz. Rozejrzał się po pokoju uśmiechnięty.
- Widzę, że się rozgościłeś. - powiedział i usiadł na łóżku. Wyjrzał przez okno. - Pewnie zauważyłeś, że możesz przeskoczyć na sąsiedni dach. Specjalnie wybrałem ci właśnie ten pokój. To twoja droga do wyjścia z budynku i zajęcia się naszymi sprawami. Dzisiaj nie dostaniesz zleceń. Jutro prześlę ci rozkazy. Na razie zajmij się wypełnianiem papierów.
Arkanz rzucił mu na łóżko plik kartek sczepionych razem. Były całe pokryte drobnym pismem.
- Czy mogę stąd wyjść? - zapytał demon.
- Tylko jak ja ci pozwolę. Czyli odpowiedź brzmi "nie". I nie próbuj uciekać. Cały czas jesteś pod obserwacją. Jak zrobisz coś głupiego to egzekucja zostanie przeprowazdona bez kata.
Dowódca Wywiadu Imperialnego wyszedł z pokoju, zostawiając Kreeth'a sam na sam z dokumentami. Demon westchnął i zaczął je przeglądać.
"Wygląda na to, że zamieniłem jedną celę na drugą.", pomyślał jeszcze.
* * *
Rozdział Pierwszy
Nad Thrau zachodziło słońce. W wielkim gaju zwierzęta zaczęły się przygotowywać na nadejście nocy, a druidzi i tropiciele wracali z wypraw. Tylko jeden z łowców został na polanie i delektował się ostatnimi tego dnia promieniami słonecznymi. Jego blond włosy mieniły się niczym złoto a szczupła sylwetka nikła wśród wysokiej trawy. Wszędzie panowała cisza i spokój. Słychać było tylko brzęczenie owadów, kroki zwierząt. Lecz sprawne ucho wykryłoby jeszcze jeden dźwięk. Szelest trawy. Jego przyczyną był Kreeth, który jak najciszej skradał się do odpoczywającego mężczyzny. Krok za krokiem, powoli zbliżał się do niczego nie spodziewającej się ofiary. Wyjął swój sztylet. Jeszcze tylko kilka kroków dzieliło go od zdobyczy. Wystawił swoją głowę nad trawę. Blondyna nie było. W tym momencie coś chwyciło Kreeth’a za ramię.
- Znowu próbujesz mnie przestraszyć? Niczego się do tej pory nie nauczyłeś? – to niedoszła ofiara spoglądała na niego z góry – Przecież wiesz, Kreeth, że ja jestem najlepszym łowcą w gaju. Nikomu nie udało się mnie jeszcze zaskoczyć, a ty mimo wszystko próbujesz?
- Ja nie rozumiem czemu mi się nie udaje Ciebie podejść Eth. Robiłem wszystko tak jak mnie uczyliście, a mimo wszystko nie umiem. Jak ty to robisz? – zapytał z żalem Kreeth
- Nie zdradzam swoich sekretów, młody. Lepiej powiedz ile tym razem przegrałeś.
- Dwa liście filoru.
- Tylko tyle? Chyba twoje umiejętności są więcej warte, co?
- Satysfakcja jest najważniejsza – powiedział z uśmiechem Kreeth.
Eth roześmiał się serdecznie.
- Masz rację. Chodź. Arcydruid wzywał Cię do siebie.
Kreeth powoli wstał. W jego kruczoczarnych włosach utknęło kilka źdźbeł trawy. Zaczął otrzepywać się z pozostałości po nieudanym polowaniu. Na koniec wyprostował swoje skrzydła. Tak, Kreeth był demonem. Nie różnił się niczym od zwykłego człowieka: był szczupłym, zdrowym chłopcem. Rysy jego twarzy były łagodne i subtelne. Jedyno co go zdradzało to typowe dla demonów otchłani skrzydła - średnich rozmiarów, nieopierzone zrażałyby do niego większość ludzi, ale całe życie przebywał w gaju. Kreethowi zawsze mówiono, że demonica przybyła do arcydruida i poprosiła go o schronienie dla jej dziecka. Druidzi od zawsze traktowali go jak swego syna, a młodsi jak brata. Tym bardziej przywiązał się do arcydruida, który zastępował mu ojca.
- Skąd wiesz, że arcydruid mnie wzywał? – zapytał Kreeth gdy szli już lasem do swych namiotów.
- W tym gaju nic nie ukryje się przed tymi, którzy rozumieją mowę zwierząt. – powiedział ze spokojem Eth.
- A wiesz może o co mu chodzi?
- Sam się przekonasz - odparł tajemniczo Eth, uśmiechając się przy tym – A tak przy okazji. Masz – wręczył Kreethowi dwa liście filoru.
- Ale…
- Żadnych „ale”. Przegrałeś zakład, który i tak był nieuczciwy. Mam tylko jedno pytanie. Czy dzieciaki w waszym wieku powinny się bawić takimi ziołami?
- Filor działa tylko na osoby starsze. – powiedział Kreeth chowając liście do sakiewki – Młodych ludzi może tylko ogłuszyć. A to i tak tylko na kilka sekund.
- Ha! Taki młody, a już wie więcej niż niejeden z tropicieli. Brawo! – Eth roześmiał się.
Doszli do namiotów. Obozowisko było pełne ludzi. Większość z nich rozmawiała z innymi, chwaląc się osiągnięciami z dnia.
- No to na razie, młody. – powiedział Eth – Najlepiej zrobisz, jak od razu udasz się do arcydruida. Podobno sprawa jest pilna – jeszcze raz uśmiechnął się do Kreeth’a i odszedł w stronę swego namiotu.
Kreeth jeszcze chwilę przyglądał się innym. Starał sobie przypomnieć czy zrobił coś, co mogło rozgniewać arcydruida. Nie mógł znaleźć takiej rzeczy i tym bardziej go martwiło co on mógł od niego chcieć. Kreeth nie należał do osób lękających się konsekwencji swych czynów i tego co go może czekać. Poza tym lubił ryzyko. Właśnie dlatego postanowił zastosować się do rady Eth’a i poszedł w głąb gaju. Drzewa tutaj rosły nieco gęściej, więc ktoś obcy mógłby mieć problemy ze znalezieniem drogi. Po chwili Kreeth doszedł do małej polany, na której stał namiot arcydruida. Nikt nie wiedział czemu ich mentor odizolowuje się od reszty, ani czemu jego samotnia różni się od typowego domostwa druidów. Namiot, w którym mieszkał arcydruid był większy, bardziej kolisty. Wokół rosły krzewy rzadko spotykanych w gaju owoców. Większość druidów twierdziła, że jest to spowodowane potęgą jaką dysponuje ich mistrz. Kreeth podszedł do wejścia.
- Wejdź, Kreeth – z wnętrza dobiegł Kreeth’a głos arcydruida.
Kreeth wszedł. Wnętrze namiotu było dość duże. Główną część domostwa zajmowały aparatury alchemiczne i stoły, na których znajdowały się różne zioła, grzyby i komponenty niezbędne do warzenia skomplikowanych eliksirów. Tylko trochę przestrzeni było zajęte przez małe łoże.
- Witaj mistrzu – powiedział do arcydruida Kreeth
- Więc Eth musiał Ci o wszystkim powiedzieć, co? – powiedział arcydruid – Trudno jest utrzymać tutaj coś w tajemnicy. Wszyscy o wszystkim wiedzą. Zwierzęta są takie rozmowne. Ale nie szkodzi. Nikt nie wie o czym będzie ta rozmowa. Zadbałem o to. A czy ty domyślasz się po co Cię tu wezwałem?
- Nie, mistrzu.
- Więc przejdę do rzeczy – arcydruid uśmiechnął się – Przez całe twoje życie byłeś szkolony. Najlepsi druidzi uczyli Cię alchemii. Najzdolniejsi tropiciele pokazywali ci jak walczyć za pomocą miecza. Najcichsi łowcy zaś trenowali Ciebie w sztuce, jaką jest skradanie. Oni wszyscy robili to na moje polecenie. Ja kazałem im przygotować Cię do życia poza naszym pięknym gajem. Czy już wiesz o co mi chodzi?
- Nie, mistrzu – skłamał Kreeth. Wiedział do czego zmierza ta rozmowa. Ale chciał usłyszeć to od arcydruida.
- Naprawdę? Myślisz, że możesz mnie tak po prostu okłamać? Ale dobrze. Skoro chcesz to usłyszeć. Jutro kończysz osiemnasty rok swej egzystencji. W gaju panuje pewna zasada. Tylko dzieci natury mogą kształcić się na druidów, tropicieli i łowców. I także oni mogą przebywać w nim po osiągnięciu wieku dojrzałego. Ty zaś jesteś demonem. Istoty z twego rodzaju są wrogami natury, jednak głosimy iż każda istota ma prawo do schronienia w naszym gaju. Innymi słowy: musisz dziś nas opuścić.
- Ale ja… - zaczął Kreeth
- Żadnych „ale”, chłopcze. Znasz zasady. Jestem pewny, że poradzisz sobie poza gajem. Wiesz o wiele więcej niż inni ludzie w twoim wieku. A demonia krew, płynąca w twych żyłach pozwala Ci na wiele więcej od twych człowieczych rówieśników.
- Kiedy mam wyruszyć? – w głosie Kreeth’a słychać było smutek.
- Najlepiej jak wyruszysz od razu. Mam tutaj kilka niezbędnych rzeczy. – arcydruid wskazał pakunek leżący na stole.
- Co dokładnie?
- Prowiant. Kilka ziół i takie tam. – arcydruid podszedł do łoża. Schylił się i wyciągnął spod niego miecz. – I jeszcze dochodzi ten miecz. To była kiedyś moja własna broń, ale teraz jej nie potrzebuję i chciałbym Ci ją dać. – wręczył Kreethowi miecz, tkwiący w skórzanej pochwie. Kreeth wyciągnął go ostrożnie. Jego prosta i średnio długa klinga mieniła się złotym blaskiem światła świec. Rękojeść była zrobiona z drewna ciemnego i sprawiającego wrażenie bardzo mocnego. W głowicy zaś tkwił czerwony niczym krew rubin.
- Dziękuję, mistrzu, ale mam jeszcze kilka rzeczy w moim namiocie. – wybąknął nieśmiale Kreeth.
- Wyruszasz bez wizyty w obozowisku. Wszystko co tam zostawiłeś dostanie któryś z młodszych.
Zapadła jedna z tych niezręcznych cisz. Kreeth nie mógł zebrać się na wygarnięcie wszystkiego arcydruidowi. Powstrzymywał się od wybuchu gniewu i żalu płonącego w jego duszy. W końcu postanowił się odezwać:
- Dobrze – powiedział z nieszczerą uprzejmością, chowając prz okazji miecz i przywiązując pochwę u pasa.
- W takim razie chodź. – arcydruid wskazał mu wyjście z namiotu. – Odprowadzę Ciebie na skraj gaju.
Na zewnątrz panowała ciemność. Słońce dawno ustąpiło miejsca księżycowi, który oświetlał swym blaskiem korony drzew. Na polanie, na której stał teraz Kreeth widać było ciemne, bezchmurne niebo. Po chwili z namiotu wyszedł arcydruid i razem ruszyli na wschód, w stronę granicy gaju. Szli tak w milczeniu i ciszy. Czasem słychać było tylko dźwięk łamanych gałązek, pohukiwania sowy lub wycie wilka. Kreeth nigdy nie zapuszczał się tak daleko w tę stronę. Zawsze starczało mu to co było bliżej samego serca gaju, gdzie najczęściej odbywał lekcje. On i kilkoro innych dzieci uczyli się skradania się, walki i alchemii. Kreeth zawsze był jednym z najlepszych podczas zajęć. Być może było to spowodowane ciągłym zachęcaniem go do bycia coraz lepszym. Teraz, gdy o tym myślał… W końcu zdał sobie sprawę czemu tak było. To wszystko od początku miało go przygotować do życia poza gajem. Dlaczego mu arcydruid dopiero teraz mu to powiedział. Ale rozmyślanie o tym w tej chwili wydawało się być bezsensowne. Szczególnie, że teraz Kreeth widział drogę biegnącą poza gaj. Po drugiej stronie czeka go nowe życie…
- Jesteśmy na miejscu, chłopcze. – oznajmił arcydruid. – Tutaj nasze ścieżki się rozchodzą. Byłbym zapomniał. Twoje rzeczy. – wręczył Kreethowi torbę.
- Dziękuję, mistrzu. – oznajmił Kreeth od razu wieszając sobie torbę przez ramię, tak żeby nie kolidowała ze skrzydłami.
- Tutaj masz jeszcze trochę złota. – wręczył mu sakiewkę. – Nie jest to może dużo, ale na początek powinno Ci wystarczyć. Niedaleko wzdłuż tej drogi powinno być miasto.
- Dziękuję jeszcze raz za wszystko, mistrzu. Ja powinienem już ruszać. – powiedział Kreeth tłumiąc w sobie płacz, smutek, żal i gniew, który w nim płonął. – Nigdy nie zapomnę co gaj dla mnie zrobił. Żegnaj, mistrzu.
Odchodząc w stronę drogi, Kreeth spojrzał za siebie, ale arcydruida już tam nie było. Po chwili także krajobraz zaczął się zmieniać. Zamiast drzew wokół były pola. Niebo i księżyc nadal było na tym samym miejscu, więc przynajmniej to było pocieszające. Złowroga ciemność powodowała, że Kreeth coraz bardziej odczuwał zmęczenie. Cisza zachęcała do snu. Jednak nie było miejsca, w którym można by rozbić obóz. Trzeba więc było iść dalej, prosto w objęcia mroku. Po kilku minutach Kreethowi zdawało się, że słyszał jakiś szmer. Obejrzał się, ale nikogo tam nie było. Powoli zaczął rozglądać się dookoła. Nic. Dźwięk znowu powrócił, lecz tym razem jakby głośniejszy. Kreeth znał ten odgłos. Tak zakłócała ciszę osoba, która nieumiejętnie się skrada. A może to tylko zmęczenie? Jednak nie można lekceważyć czegoś takiego. Zawsze mu to powtarzano. Kreeth zaczął powoli iść w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. Zacisnął rękę na rękojeści swego miecza. Nagle coś przemknęło mu coś za plecami. Odruchowo obrócił się. I to był błąd, bo w tej samej chwili coś uderzyło Kreeth’a w plecy, tak mocno, że upadł na ziemię, lecz zbyt słabo, by osiągnąć zamierzony efekt.
- Czy to ten? – rozległ się jakiś głos.
- Ma skrzydła. To musi być ten. – powiedział ktoś inny.
- Sprawdź, czy jest jeszcze przytomny. – powiedział pierwszy.
Kreeth usłyszał czyjeś kroki. Ktoś szedł ku niemu, na co liczył. Powoli przesuną przysłoniono skrzydłem rękę w kierunku miecza i zacisnął dłoń na rękojeści. Otworzył oczy. Drogę zalewało magiczne, białe światło.
- Ej! On się rusza! – krzyknął drugi z głosów.
Kreeth przeturlał się i szybko wstał, wyciągając miecz. Rozejrzał się. Dwóch osobników stało na drodze. Pierwszy z nich był tam, gdzie przed chwilą leżał Kreeth. Był uzbrojony w miecz. Drugi z nich w jednej ręce trzymał maczugę. Jego pozornie wolna ręka emanowała magicznym blaskiem, który rozświetlał drogę. Obydwoje byli ubrani w ten sam czarny strój. Ich twarze skryte były w kapturach.
- Na co czekasz?! Zajmij się nim! – krzyknął ten, który tworzył światło.
- Z przyjemnością.
Osobnik z mieczem zaczął biec w stronę swej niedoszłej ofiary. Ciął mieczem w swego skrzydlatego przeciwnika. Kreeth sparował cios i zadał swój tak, jak go uczono przez te wszystkie lata.
- Lubisz się bawić, co? Więc zabawmy się! – powiedział zabójca, zadając kolejny cios.
Kreeth zablokował uderzenie. Wyprowadził własne, które zostało natychmiast sparowane. Kolejne cięcie, kolejna blokada. I znowu. W końcu zabójca zrobił błąd, który Kreeth zawsze zauważał u swoich przeciwników. Zaatakował od góry. Kreeth szybko wykorzystał sytuację i zadał pchnięcie. Miecz przeszył skórzaną zbroję zabójcy, spod której zaczęła ściekać krew. Jego ciało osunęło się na ziemię. Słyszeć się dało tylko głuchy dźwięk, towarzyszący zazwyczaj upadkowi.
- Głupiec. – powiedział spokojnym głosem drugi z zabójców – Czy ja zawsze muszę robić wszystko sam?
Kreeth spojrzał na niego. Ostatnie co pamiętał to czerwone światło i ból, który pozbawił go przytomności.
Rozdział Drugi
Cisza. Brak jakiejkolwiek nadziei. Ciemność tak głęboka i gęsta, że można by ją ciąć nożem. Nagle rozległ się odgłos kroków. Szybkie i nieregularne odbijały się echem w pustce. Czyjś nieregularny oddech słychać było w ciemnościach. W końcu źródło dźwięków przystanęło. Światło zalało pustkę, walcząc o swe miejsce. W bladym blasku można było dostrzec osobę. Postać ta miała na sobie wyblakłą zbroję, która była pokryta różnymi runami. Przy jej pasie zawieszony był miecz, a twarz skrywał zamknięty hełm.
- Myślałeś, że uciekniesz przede mną? – druga postać weszła w zasięg magicznego światła. Miała na sobie czarną szatę. Twarz była skryta pod kapturem.
- T-tak. – powiedział zbrojny głosem pełnym strachu i wątpliwości.
- Powinieneś wiedzieć, że nawet tutaj Cię wytropię. Jeszcze żaden nie zdołał się ukryć. Nawet w Otchłani. – ciągnęła spokojnym głosem zakapturzona postać. – Wybrałeś sobie dziwne miejsce na śmierć.
- Nie zabijesz mnie! – krzyknął zbrojny. Jego głos zanikł w Otchłani.
- Naprawdę tak sądzisz? Żadne z was nigdy nie umiało pogodzić się z porażką. A jednak wszyscy zginęli.
- Ja będę pierwszy, który Cię zabije. – zbrojny wyciągnął miecz. – Gotuj się na śmierć. – natarł na zakapturzoną postać. Jednak w połowie drogi zatrzymał się i upadł.
- To takie typowe. – mroczny osobnik wyciągnął rękę, w której pojawiła się kula czystej energii. – Żegnaj. – kula poszybowała w zbrojnego i rozbiła się o sylwetkę ofiary szerząc oślepiające światło. W całej Otchłani słychać było tylko krzyk bólu. Demony obserwujące scenę roześmiały się. Rzadko kiedy ktoś zapewnia im tak świetną rozrywkę.
Kreeth obudził się z krzykiem. Rozejrzał się. Znajdował się w jakiejś celi. Przez zakratowane okno wpadało blade światło świtu. Kreeth podniósł się z, jak myślał, kupki siana. Rozprostował skrzydła. Całe ciało nadal go bolało tym nienaturalny tępym bólem. Podszedł do drzwi i pociągną za klamkę. Zamknięte. Odwrócił się do okna. Panorama równiny skąpanej w świcie nie poprawiła mu nastroju. Wręcz przeciwnie. Musiał znajdować się bardzo daleko od gaju, za którym tak tęsknił. Nie miał przy sobie niczego co mogłoby mu pomóc w tej sytuacji. I jeszcze ten koszmar. Takich strasznych snów nie miał jeszcze nigdy. Ból, cierpienie, brak nadziei. Wszystko to poczuł kiedy śnił. „Ale to tylko koszmar”, powtarzał sobie w duchu. Nagle drzwi snęły otworem i pojawił się w nich skrytobójca, który ubiegłej nocy pozbawił Kreeth’a przytomności.
- Witaj. – powiedział spokojnym głosem – Jak się spało? – zapytał drwiąco. Kreeth nie odpowiedział. Ciągle wpatrywał się w panoramę za oknem – Załóż to. – polecił. Kreeth obrócił się. Skrytobójca miał w ręce srebrną obrożę.
- Nie. – odpowiedział Kreeth. – Nie zrobisz ze mnie swojego niewolnika.
- Mylisz się – wyciągnął w jego stronę swoją rękę. Ciało Kreeth’a przeszył ten sam ból co wtedy, lecz tym razem był on łagodniejszy.
- N-nie założę tego – powiedział przez zęby Kreeth
- Założysz obrożę czy tego chcesz czy nie – skrytobójca lekko zacisnął dłoń. Ból stał się nie do wytrzymania. Kreeth wziął do ręki obrożę i założył ją na szyję. – Widzisz? To nie był takie trudne, prawda? Chodź. – polecił skrytobójca, a Kreeth poszedł za nim. Cała chęć sprzeciwu i buntu zniknęła. Nic się nie liczyło. Ważne było tylko wykonywanie rozkazów. Kreeth szedł za swym oprawcą przez mroczny korytarz. Po bokach były drzwi do innych celi, z których słychać było jęki i krzyki. Ale do Kreeth’a nie docierało zbyt wiele. Jego umysł był teraz przyćmiony zaklęciem zawartym w obroży. W końcu wraz ze swym „panem” dotarli do kręconych schodów. Zaczęli iść w dół, coraz niżej, aż ich oczom pojawił się kolejny korytarz. Jednak był inny niż poprzedni. Nie było żadnych drzwi, a mrok ustępował światłu pochodni. Co jakiś czas mijali obraz maga, gobelin lub inny ornament. Korytarz kończył się wielkimi drzwiami. Sprawiały one wrażenie bardzo solidnych, a klamki miały kształt głowy orła. Skrytobójca otworzył je, a one w podzięce zaskrzypiały złowrogo. Wraz z Kreeth’em weszli do kolejnego pomieszczenie. Znajdowali się w jakiejś piwnicy. Na ponurych ścianach nie wisiało nic prócz pochodni. Na środku stały dwa krzesła, a na jednym z nich siedział nieprzytomny człowiek. Wokół nich wyrysowano magiczny krąg, który co jakiś czas dawał o sobie znać niewielkim błyskiem. Wszędzie krzątali się magowie dzierżący w rękach laski. Każda z nich miała na jednym z końców błękitną kulę. Skrytobójca posadził Kreeth’a na wolnym krześle. Jeden z magów podszedł do nich. Zmierzył skrzydlatego wzrokiem.
- To ten, prawda? Masz. – wręczył skrytobójcy mały flakonik. – Podaj mu to.
- Dobrze. Skoro to konieczne – uśmiechnął się – Idź przygotuj zaklęcie. Ja zajmę się resztą. – powiedział, a czarodziej odszedł instruować innych. – Wypij to. – zwrócił się do Kreeth’a, który posłusznie wykonał rozkaz. W jego stanie nie dało sięnawet wyczuć smaku eliksiru – Dobrze – zaczął go przywiązywać do krzesła. – Obroża nie powinna być już potrzebna – powiedział gdy skończył. Zdjął obrożę z szyi Kreeth’a, który nagle zdał sobie sprawę ze swego położenia. To było jak nagłe przebudzenie z długiego snu. – Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. – odszedł uśmiechając się.
- Zaczynamy! – krzyknął jeden z magów. Wszyscy unieśli swoje laski w górę, a następnie uderzyli nimi o podłogę. Gdy echo ucichło zaczęli wymawiać formułę zaklęcia w jakimś dziwnym, starożytnym języku. Kule na końcu ich lasek zapłonęły ognistą czerwienią. Krąg wyrysowany wokół krzeseł zaczął mienić się jasnym światłem. W końcu jakaś bezkształtna nić powiązała osoby na krzesłach. Kreeth poczuł jak w jego umyśle zapada mrok, przyćmiewając wszystko co działo się w Sali. Nic do niego nie docierała. Zamknął oczy i zaczął śnić. Ale nie był to zwykły sen. Przez jego umysł przepływały wizje walk, kombinacji ciosów, bloków i kontr. To wszystko zalewało pamięć Kreeth’a, choć on czuł, że już to umie. Obrazy przyjmowały kształt niematerialnej postaci pokazującej to wszystko. Powoli stawał się inny. Jakby wszczepiono w niego część drugiej osoby. I nagle wszystko ustało.
- Obudź się! – zawołał ktoś z oddali. – Słyszysz mnie? – Kreeth poczuł jak ktoś go szturcha. Otworzył oczy. – W końcu. – przed nim stał młody chłopak w białej szacie. – Jak się czujesz? – zapytał.
- Dobrze – powiedział lekko zdziwiony Kreeth. Rozejrzał się. Nigdzie nie było skrytobójcy. – Gdzie jestem?
- Mistrz Ci wszystko wyjaśni. Chodź – młody czarodziej ruszył w stronę drzwi. Kreeth wstał. Wyprostował skrzydła. Nic go nie bolało. Czuł się jak nowonarodzony. Ruszył za magiem. Szli w milczeniu korytarzem, którym prowadził go skrytobójca. Doszli do kręcony schodów. W końcu znaleźli się na szczycie, przed dość zwykłymi drzwiami. Klamki wyglądały jak prawdziwe głowy orłów.
- Wejdź do środka – polecił mag i szybko zaczął schodzić w dół. Kreeth otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Witaj! – powiedział brodaty mag w czerwonej szacie. Stał na środku dość dużej, okrągłej sali. Przez okna wpadało światło słońca.
- Gdzie jestem? – zapytał Kreeth.
- Pytania, pytania. Tę twierdzę nazywamy Azylem. Dziwi mnie, że nie zadałeś najważniejszego pytania. Mianowicie po co tu jesteś. – powiedział pogodnie mag.
- Kim ty w ogóle jesteś?
- Ach, zapomniałem się przedstawić. Mam na imię Viturn. – ukłonił się.
- Teraz mi powiedz po co tu jestem.
- I w ten oto sposób przechodzimy do sedna sprawy. Wejdź w krąg – wskazał runy wyrysowane na podłodze. Kreeth posłusznie zaczął iść w jego stronę. Gdy przeszedł przez linie wytyczające krąg, runy zaczęły mienić się bladym blaskiem.
- I co teraz?
- Teraz poznasz kogoś. – wskazał mężczyznę stojącego za nim. – Galies przywitaj się z gościem.
- Viturn, kogo ty tu sprowadziłeś, co? Ach, demon. – roześmiał się.
- Oto jest twój przeciwnik. Mam tu twój miecz, Kreeth. – wręczył mu schowany w pochwie oręż. Rubin nadal tkwił w rękojeści.
- Co!? – krzyknął zdziwiony Kreeth.
- Później Ci wyjaśnię. Teraz masz go tylko zabić. W końcu nie na darmo sprowadziliśmy najlepszego fechmistrza na całym kontynencie, prawda?
- Viturn, kończmy to! – krzyknął Galies. Wyjął swój miecz.
- Dobrze. Niech więc walka się rozpocznie! – krzyknął Viturn wychodząc z kręgu.
Galies zmierzył Kreeth’a wzrokiem.
- Tylko tyle przysłaliście? Zwykły demon? – roześmiał się szyderczo – Zabiłem setki takich jak ty, chłopcze. I jeszcze żaden z twoich pobratymców nie zdołał zadać mi choć jednej rany. Myślisz, że tobie się uda?
- Tak. – Kreeth uśmiechnął się.
- A więc się mylisz. – Galies ruszył na niego. Zadał cios. Kreeth zablokował. Czuł, że zna wszystkie tajniki walki. Nigdy nie uczył się takiego stylu, ale wiedział jak go wykorzystać. Zadał cios. Zaskoczony Galies sparował i ciął mieczem. Kreeth uchylił się. Kolejny cios został zablokowany. Galies pchnął mieczem, ale jego przeciwnik uchylił się i ciął go w ramię. Krople krwi kapnęły na posadzkę.
- Nadal myślisz, że się myliłem? – zapytał Kreeth uśmiechając się drwiąco.
- Jestem pod wrażeniem. Jeszcze żaden z twego rodzaju nie wytrzymał tak długo. Ale jedna rana mnie nie zabije. I właśnie dlatego zginiesz. – Galies natarł na Kreeth’a. Zadawał cios za ciosem, jednak bezskutecznie. Każda próba zranienia przeciwnika kończyła się blokiem. Po czole mistrza pociekły krople potu. Galies atakował coraz agresywniej, dysząc przy tym ciężko. Kreeth właśnie na to czekał. Teraz on zaczął zadawać ciosy, nie dając przeciwnikowi ani chwili odpoczynku. W końcu wytrącił Galiesowi miecz z ręki.
- Nigdy nie myślałem, że do tego dojdzie. – powiedział dysząc ciężko. – Pokonany przez demona. Co za hańba. Naprawdę zamierzasz mnie zabić? Pewnie nigdy przedtem tego nie robiłeś. – powiedział uśmiechając się drwiąco.
- Mylisz się. – powiedział Kreeth wbijając w Galiesa ostrze miecza. Poczuł przy tym dziwną satysfakcję. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Nigdy by tak nie zareagował, ale teraz śmierć innych go bawiła.
- W końcu! – Kreeth odwrócił się. Za jego plecami stał Viturn. – A już myślałem, że nigdy go nie zabijesz.
- Żądam wyjaśnień.
- Oczywiście. Pozwól za mną. – zaczął iść w stronę schodów. Kreeth ruszył za nim. Po ponownym zapoznaniu się z kręconymi schodami znaleźli się w holu. Przed nimi stały gigantyczne drzwi wejściowe.
- Powiesz mi w końcu o co chodzi? – zapytał Kreeth.
- Chcesz wiedzieć? Dobrze. Stałeś się przedmiotem eksperymentu. Zaklęcie, któremu Cię poddaliśmy skopiowało umiejętności Galiesa do twego umysłu. Teraz jesteś tak samo wyszkolony w mieczu jak on. Póki jeszcze żył. – dodał z uśmiechem.
- Dlaczego mi to zrobiliście?
- Dla pieniędzy oczywiście. Ktoś zapłacił nam ogromną sumę za wypróbowaniu tego zaklęcia na demonie. Masz. – wręczył Kreeth’owi sakiewkę oraz skórzaną torbę.
- Co to jest?
- To jest twój ekwipunek na drogę.
- Na drogę?
- Nie możemy pozwolić na zmarnowanie takiego talentu. Dlatego też załatwiliśmy Ci zajęcie w stolicy. – uśmiechnął się
- A co będzie jeśli odmówię?
- Nie odmówisz. Pomyśl. Nie masz domu, pracy, pieniędzy. Więc gdzie pójdziesz. Dzięki nam masz teraz jakiś cel.
- Załóżmy, że się zgodzę. Co mam robić?
- Chodź. – Viturn wyszedł przez ogromne drzwi. Kreeth poszedł za nim. Teraz znajdowali się na pustym polu. Do Azylu prowadziła jedna droga. Kreeth rozejrzał się. Wokół nie było żadnych ludzi.
- Więc co mam robić? – spytał się w końcu Kreeth.
- Ta droga poprowadzi Cię do stolicy. Jesel oddalona jest o dwa dni drogi, ale prowiant masz w torbie. Po dotarciu na miejsce poszukaj karczmy „Pod brzytwą”, a tam zapytaj o Kerila. Jemu wręczysz dokumenty, które też masz w torbie. Nie zgub ich. A byłbym zapomniał. Masz. – wręczył Kreeth’owi rulonik papieru zabezpieczony pieczęcią o kształcie orlej głowy. – Ten list dasz karczmarzowi. A teraz idź już.
- W takim razie żegnam. – odparł Kreeth. Zaczął iść drogą. Była identyczna jak ta, na której zaatakowali go zabójcy. Wokół rozciągały się pola i równiny. Kreeth szedł imperialną drogą jeszcze półtora dnia, zanim widać było mury stolicy. Trochę żal mu się zrobiło, że podróż skończyła się tak szybko. Żadnych ludzi, spanie pod gołym niebem przypomniało Kreeth’owi chwile spędzone w gaju. Tak bardzo mu tego brakowało. Ale teraz wszystko się zmieni. Kreeth przeszedł przez miejską bramę. Jesel tętniła życiem. Wszędzie ludzie rozmawiali ze sobą, kupowali na straganach lub przyglądało się co robili inni. Kreeth zaczął się rozglądać za karczmą, do której kazano mu iść. W końcu zauważył szyld w kształcie brzytwy. Zaczął iść w stronę karczmy. Ludzie patrzyli na niego z pogardą, nienawiścią i strachem. Lecz Kreeth’a to nie obchodziło. Wszedł do karczmy. W środku było tłoczno. Gwar rozmów ucichł, gdy Kreeth pojawił się i zaczął iść w stronę karczmarza. Wszyscy patrzyli na niego tak jak tłum na zewnątrz.
- Przykro mi, ale demonów nie obsługujemy. – powiedział karczmarz, gdy Kreeth podszedł do niego.
- Szukam Kerila. – powiedział Kreeth.
- Nie znam takiego człowieka, demonie. Wyjdź. – powiedział stanowczo karczmarz.
- Kazano mi to dać karczmarzowi. - wręczył mu list.
- No proszę. Demona nam przysłali? Dziwne. – powiedział karczmarz po lekturze listu. – W takim razie zapraszam na zaplecze. – i zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze. Kreeth poszedł za nim. Karczmarz stał teraz w małym pomieszczeniu. Otworzył klapę w podłodze.
- Skoro przysłał Cię Viturn to wchodź. – powiedział karczmarz. Kreeth zszedł na dół. Klapa została za nim zamknięta. Korytarz pod karczmą był rozświetlony pochodniami. Kreeth przeszedł nim na koniec, gdzie znajdowały się drzwi. Otworzył je. Pomieszczenie, w którym teraz się znalazł było jakimś biurem. W środku znajdowała się biblioteczka, biurko zapełnione różnymi dokumentami, krzesła. Wszystko to sprawiało wrażenie urzędu. Za biurkiem siedział mężczyzna w czarnym ubraniu. Kreeth podszedł do niego.
- Ach, demon. Siadaj, siadaj. Spodziewałem się kogoś takiego jak ty. – powiedział mężczyzna serdecznym głosem.
- Czy pan ma na imię Keril? – zapytał Kreeth.
- Tak to ja. Masz dla mnie jakieś dokumenty, prawda?
- Tak oto one. – Kreeth wręczył mu dokumenty.
- Bardzo dobrze. Teraz mam tylko pytanie. Czy naprawdę tego chcesz?
- Czy czego chcę?
- Dołączyć do nas oczywiście. Przecież po to tu jesteś.
- Chyba tak. – powiedział Kreeth. Mężczyzna wstał i podał mu rękę. Uśmiechnął się.
- Witaj w gildii, chłopcze.
Rozdział Trzeci
Kreeth leżał na polanie w wielkim gaju Thrau. Słońce padało na jego ciało, otoczone wysoką trawą. Wokół nie było żadnego innego stworzenia. Tylko cisza. Nawet wiatr ucichł. Kreeth otworzył oczy. Słońce zasłoniły chmury, a krajobraz stał się bardziej ponury. Nawet trawa stała się taka jakaś... mniej zielona. Kreeth wstał. Otrzepał się z kilku źdźbeł trawy i poruszył kilka razy skrzydłami. Nagle usłyszał szmer.
- Głupi demon... – słowa brzmiały jak wycedzone przez zęby. Dochodził zza Kreeth’a. Demon odwrócił się. Nikogo nie było. – Powinno się od razu zabijać takich jak ty. Nie zasługujesz na to by władać mieczem tak dobrze jak ja. – teraz głos dochodził zewsząd.
Coś złapało Kreeth’a za ramię i obróciło w swoją stronę. Stał przed nim...
Kreeth obudził się gwałtownie. Znowu ten sen. Nawiedzał go od kiedy dołączył do gildii skrytobójców. Od tamtego momentu minął dopiero tydzień. Kreeth wypełnił kilka mniejszych zleceń. Zazwyczaj jego ofiarą padali jacyś dłużnicy lub niewierne żony. Co dziwne, Kreeth odczuwał pewną satysfakcję podczas wypełniania kontraktów. Nigdy wcześniej tak nie reagował. Gdy zabił jednego z napastników, którzy napadli go po opuszczeniu gaju, miał pewnego rodzaju wyrzuty sumienia. Teraz gdy zabijał miał do siebie żal, bo mógł to zrobić brutalniej.
Ale wracając do snu... Kreeth najbardziej dziwił się tym, że widział tam Galiesa. Zawsze budził się w momencie, gdy stał z nim twarzą w twarz. Może miało to związek z tym co się stało w Azylu? „To tylko sen. Nie ma się czym przejmować.”, myślał Kreeth, choć sam w to nie wierzył.
Demon wyjrzał przez okno swojego pokoju w gildii skrytobójców. Słońce niedawno wstało. Na ulicach Jesel mieszkańcy zajmowali się „codziennością”. Kreeth wstał ze swojego łóżka. Przeciągnął się i wyprostował skrzydła. Jego pokój nie był zbyt duży. Znajdowało się w nim łóżko, stojak na zbroję i oręż, stół, lustro, przy którym stała miska z wodą. Na stole ktoś postawił talerz oraz kielich. Kreeth podszedł do lustra. Zamoczył twarz w wodzie. Wytarł ją o leżącą nieopodal szmatę. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechnął się.
- Dobrze wyglądasz, Kreeth. – powiedział sam do siebie.
Demon usiadł przy stole. Na talerzu miał kilka kromek chleba, oraz jakiś niezidentyfikowany kawałek mięsa. W kielichu znajdował się sok. Śniadanie niezbyt obfite, ale zawsze jakieś. Chociaż Kreeth musiał przyznać, że smakowało nieźle. Demon wstał od stołu. Podszedł do stojaka, na którym znajdowała się jego zbroja. Założył ją. Wziął swój miecz, w którego rękojeści lśnił rubin.
Po skończeniu posiłku Kreeth wyszedł z pokoju. Zaczął iść korytarzem. Ściany były obwieszone obrazami założycieli gildii, najlepszych skrytobójców oraz poprzednich mistrzów. Kreeth dotarł do końca korytarza i zszedł po kamiennych schodach. Teraz był w holu. Na podłodze widniał herb gildii – orzeł trzymający w szponach sztylet. W pomieszczeniu znajdowało się kilku skrytobójców. Znał ich. Codziennie witali się, lecz nie rozmawiali. Czasem tylko kilka pytań, jakaś wskazówka lub plotka. Pomachali do niego. Kreeth odmachał im, po czym skierował się w lewo, ku kolejnemu korytarzowi. Tutaj na ścianach też panowała obsesja obrazów. Kopie tych samych malowideł, kilka pochodni. W końcu Kreeth doszedł do końca korytarza. Stał przed drewnianymi drzwiami. Zapukał i nacisnął klamkę w kształcie orlej głowy.
- Ach, Kreeth. Wejdź. Oczekiwałem cię. – powiedział spokojnym i życzliwym głosem Sekarthis, obecny mistrz gildii. Miał czarne, ugładzone włosy. Z jego błękitnych oczu nie dało się niczego wyczytać. Wraz z jego gładką twarzą tworzyło to obraz niezbyt pasujący do gildii skrytobójców. Miał na sobie czarną, aksamitną koszulę. Kreeth wszedł i usiadł przy biurku. Gabinet nie był zbyt duży. Wrażenie ciasnoty tworzone było przez różnego rodzaju urządzenia na szafkach, trofeach i dyplomach, które wisiały na ścianach.
- Witaj mistrzu. Masz jakieś zlecenie dla mnie?
- Tak, tak... – Sekarthis zaczął przeglądać jakieś papiery. W końcu wybrał jeden z nich i wręczył Kreeth’owi. – To zlecenie jest wyjątkowe. Oprócz rutynowej roboty masz odzyskać pewien drobiazg, który przekażesz mnie. Masz go dostarczyć od razu po wykonaniu zlecenia. Nawet w środku nocy.
- Od tego jest gildia złodziei... – powiedział z pogardą Kreeth.
- No cóż... gildia złodziei też jest tym zainteresowana. Masz być pierwszy, rozumiesz? To zlecenie jest zbyt ważne. A teraz idź. Wszystkie szczegóły masz napisane na zleceniu.
- Dobrze. Wolałbym umrzeć niż dać gildii złodziei odebrać moją nagrodę.. – powiedział Kreeth. Wstał. Chwycił klamkę.
- Byłbym zapomniał. Łap. – Kreeth złapał rzuconą przez Sekarthisa sakiewkę. Była średnio obciążona. – Zapłata za ostatnie zlecenie. Równo 500 sztuk złota.
Kreeth bez słowa opuścił pomieszczenie. Przymocował sakiewkę do swojego paska. Przeszedł korytarzem do głównego holu. Oparł się plecami o ścianę i zaczął czytać treść zlecenia:
Orin Saras, jeden z doradców imperatora Thrau, posądzony o zdradę ma zostać bezzwłocznie wyeliminowany. Podejrzewa się, że z wrogiem naszego Imperium kontaktował się za pomocą magicznego kryształu. Przedmiot ów ma być niezwłocznie przekazany zleceniodawcy.
Opis celu: Siwy staruszek, nikłej postury. Ostre rysy twarzy, brązowe oczy. Nosi na sobie czerwone szaty, świadczące o służbie imperatorowi Thrau.
Opis przedmiotu: błękitny, przypominający ametyst kryształ, najprawdopodobniej znajdujący się w amulecie lub pierścieniu.
Zapłata: dwa tysiące sztuk złota.
Warunki specjalne: brak.
Podpisanie przez Dowódcę Wywiadu Imperialnego, Arkanza Jora.
Kreeth nie mógł uwierzyć ostatnim słowom zlecenia. Brak warunków specjalnych... Uśmiechnął się. To nie musi wyglądać na wypadek. Mogą być świadkowie. Nawet gdyby złapała go straż... po pokazaniu zlecenia puściliby go wolno. Kreeth oderwał wzrok od kartki papieru. Musi tylko wyśledzić tego całego Orina. I już wiedział gdzie go szukać. Kreeth wyszedł główną bramą na hałaśliwe i zatłoczone ulice Jesel. Budynki stolicy prezentowały się wspaniale. Były zadbane, doskonale wykończone i ozdobione różnego rodzaju ornamentami, rzeźbami. Gildia skrytobójców mieściła się w posiadłości szlacheckiej nieopodal głównego rynku. Kreeth rozejrzał się, po czym wraz z tłumem skierował się na główny rynek. Zawsze gdy szedł ulicami miasta wokół niego robiła się wolna przestrzeń. Nikt nie chciał iść w pobliżu demona. Ale Kreeth się tym nie przejmował. Przynajmniej jego skrzydła miały dość miejsca... I tu pojawiał się problem. Skrytobójca często potrzebuje wmieszać się w tłum. Przy tym, jak wyglądał Kreeth było to niemożliwe. Skrzydła wystawały nawet spod płaszcza.
Kreeth w końcu doszedł na główny targ. Wszędzie tłoczyli się ludzie, nawoływani przez kupców, stojących przy straganach z najróżniejszymi towarami. Od targu odchodziły tylko cztery uliczki. Kreeth skręcił na południe, gdzie budynki były bardziej zniszczone, a droga już nie tak wspaniała jak w innych częściach miasta. Nawet atmosfera była tutaj mroczniejsza. Ludzie omijali to miejsce, a ci którzy tutaj mieszkali nie wychodzili z domów, bojąc się złodziei i bandytów. Teraz jedynie żebrak był tutaj obecny. Kreeth podszedł do niego.
- Witaj czcigodny panie. Czy nie wspomógłbyś biednego człowieka? – powiedział żebrak wyciągając przed siebie dłonie i kaszląc teatralnie.
- Przestań udawać, Hua. Poszukuję informacji. – powiedział Kreeth. – O człowieku, który nazywa się Orin Saras.
- Przykro mi, ale nie znam tego człowieka. – powiedział Hua, wyciągając ręce lekko do przodu.
- Nigdy się nie zmienisz, co? – Kreeth wyjął z sakiewki kilka monet. Rzucił jedną żebrakowi. – Dostaniesz więcej jak mi powiesz gdzie mogę go znaleźć.
- Ma dom w północnej części miasta. Zaraz przy murach. Jest dobrze chroniony. – spojrzał na Kreeth’a.
- Coś jeszcze? – rzucił mu kolejną monetę.
- Teraz powinien kończyć swoją przemowę w pałacu.
- Dobrze masz. – Kreeth rzucił mu pięć dodatkowych monet.
- Dziękuję o czcigodny. Niech fortuna ci sprzyja! – krzyknął gdy Kreeth oddalił się nieco.
Demon skierował się na wschód od targu. Przeszedł brukowaną drogą aż do wielkiego placu. Znajdowała się tutaj fontanna, a wokół niej stały pomniki bohaterów. Było tutaj mniej ludzi niż w okolicach targu. Najwspanialszą budowlą tutaj, jak i w całej stolicy był pałac. Wydawać by się mogło iż sięga chmur. Kilka wież stanowiło raczej dekorację niż element obrony. Kreeth wszedł po marmurowych schodach i oparł się o ścianę zamku, niedaleko bramy. Po chwili wrota otworzyły się. Kreeth przyjrzał się uważnie osobom, które wychodziły. Zauważył swój cel. Siwy, nikłej postury staruszek. Miał na sobie czerwone szaty. Otaczało go trzech ochroniarzy. Mieli na sobie ciężkie zbroje, a w dłoniach dzierżyli halabardy. Kreeth podszedł bliżej. Spojrzał na Orina i pospiesznie zszedł po schodach. Niech to szlag... Staruszek nie miał na sobie żadnej biżuterii. Kreeth stanął przy fontannie i obrócił od niechcenia głowę. Orin zsedł wraz ze swymi ochroniarzami do swojej posiadłości. Kreeth zaczął iść za nimi. Demon nie spuszczał swojego celu z oczu. W końcu doszli przed główną bramę posiadłości doradcy imperialnego. Kreeth wszedł w zacienioną uliczkę kawałek obok. Było z niej wszystko widać. Orin wszedł do środka zostawiając swoich ochroniarzy na zewnątrz. Zbrojni natychmiast rozpoczęli patrol. Dookoła posesji szli wolnym, leniwym krokiem. Kreeth spojrzał na mury miasta, przy których zbudowana była posiadłość. Mógłby bez problemu przeskoczyć z nich na balkon sypialni Orina. Kreeth uśmiechnął się. Demon wyszedł cienia i zaczął iść uliczką prowadzącą do siedziby gildii skrytobójców. Po dotarciu na miejsce wszedł do głównego holu. Pospiesznie wszedł po schodach, ignorując wszelkie powitania i pytania. Otworzył drzwi prowadzące do swojego pokoju. Z pod łóżka wyjął mały kuferek. Otworzył go. Znajdowały się w nim sztylety, buteleczki z różnego rodzaju truciznami, zioła oraz wytrychy. „Czeka mnie dużo przygotowań”, pomyślał Kreeth, zaczynając się szykować do wykonania zlecenia.
Noc zapadła nad imperialną stolicą. Większość mieszkańców była pogrążona w głębokim śnie. Tylko strażnicy ukarani nocną służbą zmuszali się do zachowania przytomności. Tylko kilka z istot znajdujących się w mieście było w stanie trzeźwo myśleć. Jedną z nich był skrytobójca. Wdrapał się na miejskie mury i zaczął biec po nich, starając się pozostać niezauważonym. Po chwili dotarł do swojego celu. Posiadłość Orina Sarasa majestatycznie prezentowała się wśrób blasku księżyca. Przez okna sypialni z daleka widać było światło świec. We wszystkich innych pomieszczeniach panowała ciemność. Skrytobójca zaczął powoli podchodzić do fragmentu, z którego spokojnie można wskoczyć na balkon sypialni.
- Na twoim miejscu zostawiłabym to zlecenie w spokoju, Kreeth. – powiedział cicho i spokojnie damski głos. Należał do zgrabnej kobiety ubranej w czarny płaszcz. Pod kapturem skrywały się jasne włosy i twarz o łagodnych, okrągłych rysach.
- Nie ma takiej możliwości. – odpowiedział Kreeth. – Czyżby gildia złodziei wysłała cię, aby mi przeszkodzić? Wiem, że wasza gildia też dostała to zlecenie.
- To moja osobista inicjatywa, by cię ostrzec. Nasza gildia nie służy zdrajcom.
- Chyba coś ci się pomyliło, Aziro. Zostałem wysłany by zabić zdrajcę. Zlecenie zostało podpisane przez samego dowódcę wywiadu imperialnego. Więc bądź tak łaskawa i zejdź mi z drogi.
- Proszę bardzo. Nie będę cię powstrzymywać. Pamiętaj jednak moje słowa. Nie znasz swojego mistrza tak dobrze jak my i nasi szpiedzy.
- A co to ma niby znaczyć?
- Wkrótce sam się dowiesz. Żegnaj i pamiętaj, że gildia złodziei zawsze chętnie cię przyjmie. – Azira zniknęła w cieniu, uśmiechając się tajemniczo.
Kreeth prychnął z pogardą. Spojrzał na okno sypialni. Światło świecy zgasło. Demon przeszedł kawałek w stronę domu. Stał teraz przed balustradą balkonu. Skoczył. Kreeth wylądował cicho na balkonie sypialni. Podszedł do szklanych drzwi. Ostrożnie nacisnął na klamkę. Zamknięte. Tego się spodziewał. Wyciągnął zza paska wytrych i włożył go w dziurkę od klucza. Obracał go przez chwilę, aż w końcu drzwi się otworzyły. Kreeth wszedł do środka. W ciemności widział stół, szafę, łóżko, kilka krzeseł i ramy obrazów. Kreeth podszedł do łóżka. Wyciągnął sztylet. Wbił broń w wypukłe miejsce na łóżku. Odciągnął kołdrę.
- Spodziewałem się ciebie. Myślałeś, że jak będziesz się skradać po murach to cięnikt nie zauważy? – powiedział spokojny, przepełniony życiową mądrością głos. Drżał lekko. Nagle pokój wypełniło światło świecy. Kreeth zobaczył przed sobą przebitą poduszkę. – Po co tu jesteś? Jakie powody masz by mnie zabić? Mów albo wezwę straże.
- Mam na ciebie zlecenie. – powiedział Kreeth.
- Naprawdę? Kto byłby na tyle głupi by dać nagrodę za moją głowę? Czyżby nie wiedział, że zabijanie polityków jest karane śmiercią? Tak samo karany jest skrytobójca wykonujący zlecenie.
- Dowódca wywiadu imperialnego miał powody by dać gildii to zlecenie. Jesteś zdrajcą.
- Ja zdrajcą? To naprawdę niedorzeczne. Jestem jednym z najbardziej zaufanych doradców imperatora. Nie macie podstaw by mnie zabić. A teraz proszę cię o opuszczenie mojej posiadłości.
- Naprawdę nie możesz zrozumieć, że cię zdemaskowaliśmy? Przykro mi ale muszę cię zabić. – Kreeth zaczął iść w stronę Orina.
- Nie zabijesz mnie! Straż! Straż! – Orin zaczął krzyczeć i uciekać ku wyjściu.
Kreeth szybko podbiegł do swojej ofiary i wbił jej w plecy sztylet. Bezwładne ciało padło na ziemię. Z dołu było słychać krzątaninę strażników. Przy zwłokach nie było kryształu. Kreeth podbiegł do szafki. Otworzył pierwszą szufladę. Znajdował się tam amulet z błękitnym kryształem. Kreeth włożył go do sakiewki i wyszedł na balkon. Strażnicy weszli do sypialni. Demon skoczył i z pewnym wysiłkiem wdrapał się na miejskie mury. Zaczął biec. W końcu, kiedy znalazł się bezpiecznej odległości od posiadłości Orina, zszedł na ulice miasta. Kreeth skierował swe kroki do siedziby gildii skrytobójców. W końcu dotarł do posiadłości i wszedł do głównego hollu. Z ulicy dobiegały krzyki strażników, którzy poszukiwali zabójcy. Kreeth przeszedł do gabinetu Sekarthisa. Zapukał. Nacisnął klamkę. Gabinet był otwarty. W środku siedział Sekarthis. Wypełniał jakieś dokumenty.
- Kreeth? Co tu robisz tak późno? Masz dla mnie ten klejnot?
- Tak, mistrzu. – Kreeth położył amulet na biurku. – Orin nie żyje.
- Tak, bardzo dobrze. – powiedział Sekarthis oglądając amulet. – Oto twoja zapłata. Równe dwa tysiące sztuk złota. – rzucił sakiewkę Kreeth’owi. – A teraz idź już. Mam jeszcze wiele do zrobienia. Tak... Naprawdę cudowny. Nareszcie mój... – dodał szeptem Sekarthis
- Oczywiście, mistrzu. – powiedział Kreeth, nie zwracając uwagi na ostatnie słowa swojego mistrza.
Demon wyszedł i skierował się do swojego pokoju. Nie zwracał uwagi na chaos panujący za oknami. Gdy wreszcie znalazł się w swoim pokoju, zdjął zbroję, odłożył sztylet i wytrychy na stół, a sam padł na łóżko. Po chwili dołączył do reszty śpiących, niczym się nie przejmujących mieszkańców Jesel.
Rozdział Czwarty
Kreeth obudził się nad ranem. Po wydarzeniach ostatniej nocy spał dobrze, co często mu się nie zdarzało. Nie nawiedził go też ten sen, którydręczył go od dłuższego czasu. Demon uznał to za miłą odmianę, lecz odczuł pewną obawę. Może sen i jego powtarzanie się, aż do teraz, było symboliczne?
Mimo wszystko Kreeth postanowił nie przejmować się tym. W końcu był skrytobójcą, a oglądanie się za siebie, tak samo, jak poczucie winy, nie należało do zawodu.
Demon wstał z łóżka i przeciągnął się, rozprostowując przy okazji skrzydła. „Za dużo czasu spędzają złożone pod płaszczem”, myślał, gdy mył się przed śniadaniem.
Po kąpieli nadszedł czas na ogólną ocenę wyglądu. Po nałożeniu swojego „codziennego” stroju, Kreeth podszedł do lustra. To, co zobaczył, wzbudziło w nim strach. Zamiast swego odbicia ujrzał Galiesa. Demon przetarł oczy i zamrugał kilka razy. Wojownik, którego zabił, wcale nie zniknął. Galies uśmiechnął się tylko jadowicie i pomachał. Jego usta poruszyły się, jakby mówił: „Na zawsze razem, demonie”.
Galies zniknął z kolejnym mrugnięciem. W lustrze zostało tylko odbicie przerażonego demona.
„Dziwne”, pomyślał Kreeth.
„Pewnie zwidy. Jestem przemęczony”, nasunęła się kolejna myśl.
„A jeśli nie?”, wtrąciłą siętrzecia.
„Przecież on nie żyje”, upierała się druga.
„Ale...”, zająknęła się pierwsza.
„Martwy, czy nie, było to dość dziwne”, dorzuciła od siebie pierwsza, kończąc tym samym tę dyskusję myśli.
Nie zwracając uwagi na dalsze błądzenie myśli, Kreeth zaczął jeść śniadanie. Było ono złożone z chleba i jakiegoś aromatycznego, choć zimnego już kawałka mięsa. Był też pomidor.
Po skończonym posiłku, demon zszedł na dół. Przechodząc przez hol, Kreeth czuł na sobie nieufne spojrzenia innych członków gildii. Nikt nawet nie odpowiedział mu na zwykłe „cześć”. Było zupełnie jakby został wyrzucony z jakiegoś wykwintnego przyjęcia i wrócił nieproszony. Pod ciężarem spojrzeń wszedł do gabinetu Sekarthisa.
Mistrz gildii siedział za biurkiem i przeglądał jakieś papiery. Wyglądał, jakby nie przespał kilku nocy.
- Witaj, Kreeth. – powiedział życzliwie i w skazał krzesło naprzeciw siebie. – Siadaj, chłopcze.
Demon usiadł i już otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz Sekarthis uniósł dłoń.
- Zanim przejdziemy do konkretów, chciałbym jeszcze raz ci pogratulować dobrze wykonanej roboty. – otworzył szufladę biurka i wyjął z niej sakiewkę, którą położył przed Kreeth’em. Wyglądała na wypełnioną do granic możliwości. Gdyby mogła, pewnie by pękła. – Pięć tysięcy. Mała premia za pozbycie się tego – zawahał się na moment – zdrajcy.
- Dziękuję, mistrzu. – powiedział wdzięcznym głosem demon, chowając sakiewkę. – Masz dla mnie, mistrzu, kolejne zlecenie.
Sekarthis uśmiechnął się i położył przed Kreeth’em kartkę papieru.
- Przepraszam cię, ale mam mnóstwo roboty. – rzekł zmęczonym głosem. – Powodzenia.
Demon wziął zlecenie i wyszedł. Oparł się o kolumnę w holu i zaczął czytać:
„Imię: Radgard Veln
Miejsce pobytu: Gdzieś w Jesel
Specjalne warunki: Brak
Nagroda: Do uzgodnienia
Specjalne:
Radgard Veln winien jest nielegalnego skrytobójstwa na terenie Jesel. Najprawdopodobniej przybył z Har, odległej krainy barbarzyńców. Jest postawnie zbudowanym mężczyzną, skrywa się pod czarnym płaszczem. Zapewne w krótkim czasie opuści miasto. Zbrodni dopuścił się niedawno, więc jest podejrzewane, że nie odebrał jeszcze nagrody. Prawdopodobnie, według zebranych informacji, ze zleceniodawcą spotka się w karczmie „Śkrzydlaty byk”.”
Na tym zlecenie się kończyło. Kreeth przeczytał je jeszcze raz. Nie było ono takie jak te, które dostawał poprzednio. Różniło się formą, a także wszystko było opisane... mniej poprawnie. Może to tylko jego odczucie? Mimo wszystko warto spróbować.
Demon schował zlecenie w jednej z wewnętrznych kieszeni płaszcza i, z niejakim wysiłkiem oraz dyskomfortem, złożył skrzydła, aby wyglądały jak niewielki garb. Potem wyszedł z budynku gildii i skierował swe kroki, przez zatłoczone ulice Jesel, ku karczmie „Skrzydlaty byk”.
Po kilku minutach szybkiego marszu, Kreeth dotarł pod karczmę. Znajdowała się ona w bogatszej części miasta, gdzie z dumą i wyższością, przechadzali się możni, sami siebie określający „lepszymi” lub „dobrze urodzonymi”. Wchodzili oni do środka, a wyprowadzać musiało ich zazwyczaj kilku ludzi. Potem „dobrze urodzonych” czekał tylko marsz pełen zakrętów i nagłych zmian pionu.
Szyldem karczmy była głowa byka z której, oprócz rogów, wyrastały skrzydła. Rysunek był namalowany czerwoną i białą farbą, które wydawały się rozmyte po wielu deszczach.
Kreeth pchnął ozdobne drewniane drzwi i wszedł do środka. Wnętrze karczmy było takie, jak każdej innej. Stoły, krzesła, a przy nich siedzieli ludzie, którzy bawili się. Rozrywka uwzględniała alkohol i szczypanie kelnerek w pośladki. W powietrzu unosił się zapach trunków i pieczonego mięsa. Od czasu do czasu dało się słyszeć okrzyki i toasty możnych, którzy zdawali się być jedynymi klientami karczmy.
Kreeth rozejrzał się. W odległym, ciemnym kącie siedział człowiek ubrany w czarny płaszcz. Zdawał się na kogoś czekać. Demon usiadł przy jednym ze stolików i zaczął obserwować dziwnego osobnika. Po chwili podeszła kelnerka.
- Podać coś? – zapytała.
- Wodę. – odparł Kreeth, nie odrywając wzroku od obserwowanego przez siebie człowieka.
Gdy nadeszło zamówienie, demon wziął szklankę i wręczył kelnerce o wile więcej, niż woda rzeczywiście kosztowała.
Czas upływał, a osobnik czekał. Kreeth cierpliwie go obserwował, popijając wodę. W końcu do obserwowanego podeszła kelnerka i pochyliła się, zapewne mówiąc mu coś na ucho. Człowiek wyszedł z karczmy.
Kreeth wstał, wyminął kilku pijanych możnych i podążył za osobnikiem.
To było zbyt proste. Człowiek szedł, nie zwracając na nic uwagi, a demon śledził go. W końcu dotarli przed wejście starego i opuszczonego budynku w biednej części miasta. O ile Kreeth dobrze sobie przypominał, był to nieużywany już magazyn. Ponoć kiedyś był tam jakiś cech albo coś. Co się z nim stało, było dla demona tajemnicą.
Śledzony wszedł do środka. Drzwi zostawił otwarte, co było dość dziwne. Kreeth ostrożnie podszedł do wejścia, zaglądając do środka. Magazyn był pusty, a osobnik, którego śledził demon, stał na środku, tyłem do drzwi. Kreeth uśmiechnął się i ostrożnie zaczął skradać się w stronę swojej ofiary.
- Spóźniłeś się. – rozległ się głos, który odbił się echem po pustej hali.
W tej chwili nastąpił moment nieoznaczoności. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a demon został wyrzucony w powietrze przez jakąś niewidzialną siłę. Kreeth wylądował w chmurze kurzu kilka metrów przed postacią, która zrzuciłą płaszcz. To, co demon zobaczył, było najbardziej nieoczekiwaną rzeczą w jego życiu. Przed nim stał Sekarthis, mistrz gildii skrytobójców.
- Zaskoczony, Kreeth? – w jego głosie dało się słyszeć mieszankę drwiny i rozbawienia.
- Tak. – wydusił z siebie demon. Próbował wstać, ale coś trzymało go przy ziemi.
Sekarthis uśmiechnął się i zaczął krążyć wokół Kreeth’a.
- Muszę przyznać, że bardzo dobrze się spisałeś. Zrobiłeś wszystko, co zaplanowałem. Jakże łatwo jest manipulować kimś takim jak ty.
Kreeth miał już zadać pytanie w stylu „Dlaczego to zrobiłeś?”, albo „Czemu ja?”, ale krzyknął:
- Zapłacisz mi za to! – demon czuł, jakby coś powiedziało to za niego.
- Naprawdę? Zabiłeś ważnego arystokratę nielegalnie, ukradłeś pieniądze gildii... na pewno cię zabiją, albo dadzą ci przynajmniej dożywocie.
- Co?! Przecież ja nie... – zaczął demon, ale Sekarthi przerwał mu śmiechem.
- Obudź się, głupcze! Sfałszowałem zlecenie i dałem ci pieniądze, które „ukradłeś”. Byłeś doskonałym pionkiem. Jestem z ciebie dumny. – na zewnątrz słychać było krzątaninę strażniów. Starali się wejść do środka. – Żegnaj, Kreeth. – rzekł tylko Sekarthis, a jego sylwetka rozmyła się i zniknęła.
Chwilę potem do środka wbiegł oddział strażników.
Rozdział Piąty
Noc. Ciemne niebo o kolorze atramentu było zasłane chmurami, które przesłaniały gwiazdy. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, jeśli nie fakt, że w chmurach powstała dziura. Był to otwór idealnie pasujący do rozmiarów księżyca, który wysyłał przez niego blade światło, oświetlając Thrau i ukazując sceny, które normalnie w taką noc zostałyby niezauważone. Pewnie byłoby lepiej, gdyby obserwator nie ujrzał pewnych rzeczy, jednak złośliwy los tylko czeka na odpowiednich obserwatorów, którzy znajdą się w odpowiednim czasie i miejscu, aby wdrożyć kolejną część planu bogów. A raczej wyniki ich niekończących się gier.
Historia kołem się toczy. To stwierdzenie zostało wyryte w naszych świadomościach jako oczywista prawda wszechświata. Tylko niektórzy postanowili to zbadać. A potem, gdy koło historii wykonało pełny obrót, robił to ktoś inny, w ten sam, prowadzący do niczego sposób. Dlaczego nikomu się nie udało do tej pory rozgryźć tej zagadki? Odpowiedz jest prosta. Bogowie nie lubią, gdy istoty śmiertelne, a przynajmniej bardziej śmiertelne od nich samych, mieszają się w ich sprawy. A mianowicie chodzi o mieszanie się do ich gier. Jeden rzut kośćmi, czy ruch pionkiem na szachownicy świata może zmienić pogląd i mentalność całych narodów. Bogowie nie stworzyli ludzi, aby zostawić ich samym sobie, prawda? A poprawki trzeba wykonywać zawsze, gdy twór wymyka się spod kontroli lub schodzi na drogę niezgodną z tą, którą wyznaczyli bogowie.
Koło historii wystartowało po raz kolejny. Doszło do momentu pełnego obrotu i znów zaczęło powolny bieg. Rzeczywistość została już nagięta, aby wszystko wypełniło się tak, jak ostatnio. Przy wykorzystaniu innych pionków oczywiście. Kolejny z nich przesunął się na szachownicy wieczności.
Ciemny kształt biegł po dachach budynków. Zwinnie omijał przeszkody i skakał na kolejne, coraz niższe przeszkody. Trasa była wyznaczona bezbłędnie... Postać zatrzymała się i spojrzała na niebo. Przez chmury przebijał się księżyc, a jego światło padało prosto na imperialną stolicę. Po chwili bezruchu i nasłuchiwania odgłosów miasta, postać zaczęła biec dalej. Po kilku chwilach wypełnionych skokami i kilkoma innymi wyczynami akrobatycznymi stała na jednej z brukowanych ulic Jesel. Ruszyła szybkim krokiem w stronę Bramy Północnej, zastanawiając się, czego może chcieć on. Wysłał jej kodowaną wiadomość. W Gildii Złodziei nie można ufać nikomu i on o tym wiedział.
W końcu postać dotarła do zamkniętej bramy. Strażnicy, którzy powinni jej pilnować, spali spokojnie. Postać rozejrzała się i ostrożnie ukradła ich sakiewki.
- Stare przyzwyczajenia? - zapytał głos za nią.
- Co jak co, ale jestem złodziejką. - odparła Azira. - Takie zachowanie jest jak nawyk. Poza tym muszę za coś żyć.
Jej rozmówca stał blisko niej. Prawie czuła jego oddech.
- Wiem. - odpowiedział jej szept tuż przy uchu.
Azira odwróciła się i spojrzała w oczy rozmówcy. Uśmiechnęła się i pocałowała go w usta. Po chwili wypełnionej ciszą, Sekarthis zdjął kaptur, ujawniając swoją pozbawioną emocji twarz.
- Wyjeżdżam. - oznajmił.
- Po to mnie wzywałeś? Żeby się pożegnać?
- I tak, i nie. Muszę zająć się sprawą, o której ci mówiłem.
- Tak, tej której szczegółów mi nie chciałeś zdradzić. - przerwała mu złodziejka.
Sekarthis uśmiechnął się tylko i kontynuował dalej:
- Nie wrócę już, wątpię, abyśmy się kiedykolwiek jeszcze zobaczyli.
- Dlaczego nie mogę jechać z tobą?
- Bo muszę to wszystko zrobić sam. Są pewne rzeczy, które potrzebują specyficzne jednostki i nikogo więcej. Poza tym będziesz potrzebna tutaj. - Azira już miała się o coś spytać, gdy Sekarthis uniósł dłoń i mówił dalej: - Kreeth trafił do aresztu. Jutro będą chcieli go powiesić. Nie pozwól, aby stała mu się krzywda, dobrze? Jest bardzo ważny. Nie wiem jeszcze czemu, ale odegra ważną rolę w tym, co wkrótce się stanie.
- Dobrze, ale...
- Żadnych "ale". Nie daj mu zrobić krzywdy. Tylko tyle od ciebie wymagam. A teraz żegnaj, najdroższa.
Raz jeszcze ich usta połączyły się w pocałunku. Potem Sekarthis rozmył się w ciemności i opuścił miasto. Jego rozmazana sylwetka przeszła przez bramę niczym widmo. Azira stała jeszcze w milczeniu, wpatrując się w miejsce, gdzie ostatnio był jej kochanek. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku na bruk. Potem złodziejka skierowała swe kroki w głąb miasta...
Światło świtu wdarło się do jednej z cel. Znajdowała się ona w podziemiach Siedziby Głównej Wywiadu Imperialnego Thrau. Było to ciasne, kamienne pomieszczenie, w którym znajdowała się tylko pojedyncza prycza. Na podłodze walały się różne śmieci i pozostałości po poprzednich lokatorach pokoju. Drzwi zaś były wykonane z mocnego drewna, a dla pewności ktoś jeszcze umocnił je stalą.
Świało świtu padało dokłądnie na pryczę, na której leżała skrzydlata postać. Budziła się ona powoli. Po chwili przyjęła pozycję siedzącą i spojrzała przez zakratowane okno na niebo. Dla wszystkich prócz Kreeth'a zapowiadał się piękny dzień. Demon po raz kolejny rozejrzał się po swojej "kwaterze". Jego myśli błądziły. Demon był zdezorientowany, a gniew i pragnienie zemsty płonęło w nim, przemieniając jego duszę w popiół. Dziś miało okazać się jak zginie... Jak mógł wogóle dopóścić do takiej sytuacji! To niemożliwe, przecież gdy tylko widział te zlecenia coś wydawało mu się nie tak! Mógł zareagować, mógł posłuchać ostrzeżenia Aziry... Jednak wybrał bezmyślną lojalność wobec mistrza gildii. Zaufał mu... i teraz sziedział w celi, czekając na wyrok. To dzięki Sekarthisowi miał dzisiaj zginąć... Jeśli z tego wyjdzie, na pewno się zemści. Choćby miało mu to zająć dziesiątki lat.
Kreeth wstał i rozprostwoał skrzydła na tyle, na ile pozwalał mu rozmiar pomieszczenia. Spojrzał na drzwi dokłądnie w tym samym momencie, w którym otworzyły się one. Stanęła w nich kobieta, a raczej dziewczyna, o długich, uwiązanych w warkoczyki blond włosach. Jej twarz była niewinna. Miała na sobie srebrny napierśnik i brązowe spodnie, które opinały jej zgrabne nogi. Na oko była w wieku Kreeth'a.
- Pójdziesz ze mną. - powiedziała.
Demon nie odpowiedział. Skrzywił się tylko i niechętnie wyszedł na korytarz. Nawet uroda tej, która prowadziła go do ewidentnej zagłady nie poprawiła mu humory. Wręcz przeciwnie nawet. Przytłaczała go świadomość, że nie dostanie szansy kontaktu z kimś takim.
Strażniczka zamknęła za Kreeth'em drzwi. Na moment ich spojrzenia spotkały się, a cisza przyjęła tę złośliwie niewygodną formę, która zamieniała powietrze w zimną masę. Kreeth był zmuszony do odwrócenia spojrzenia. Strażniczka uśmiechnęła się i razem z Kreeth'em ruszyli ciemnym korytarzem, po którego obu stronahc znajdowały się niezliczone drzwi i odnogi do innych sekcji więzienia. Z oddali słychać było stłumione jęki zamkniętych w ciasnych celach przestępców.
- Nie zakujesz mnie w kajdanki? - zdobył się na odwagę zadania pytania.
- A po co? - zdziwiła się strażniczka, gdy skręcili w jakąś odnogę korytarza.
- Mógłbym spróbować cię zabić i uciec. Nie boicie się takiego obrotu sprawy?
- Spróbować to dobre słowo. - strażniczka uśmiechnęła się do niego. - Poza tym wątpię, aby ktoś taki jak ty mógł zranić kobietę. Nie wyglądasz na takiego.
Kreeth milczał. Rzeczywiście, nie był w stanie do zranienia kobiety "tak po prostu". Gdyby był do tego zmuszony, w ostateczności zrobiłby krzywdę przedstawicielce płci przeciwnej. Jednak i tak zostawiłoby to w nim pewną odrazę do samego siebie. Są rzeczy, których po prostu nie wypada. Poza tym sytuacja nie była ostatecznością, a przynajmniej Kreeth chciał w to wierzyć. Jednak to nie bajka i żaden królewicz nie przyjedzie na białym koniu, aby go uratować...
W końcu doszli do kamiennych, spiralnych schodów. Wspinli się po nich dość długo, mijając przejścia na poszczególne piętra budynku. Kreeth zaczął podejrzewać, że schody nie mają końca.
- Czy tak wygląda tu egzekucja? - zapytał.
Strażniczka zachichotała, ale nic nie odpowiedziała. Po kilku kolejnych chwilach dotarli do drewnianych, ozdobnych drzwi. Kobieta zapukała i otworzyła je.
Następne pomieszczenie było przestronnym biurem. Kreeth rozejrzał się ostrożnie i wszedł za strażniczką do środka. Znajdowało się tu biurko, a przy nim kilka krzeseł, oraz parę szafek. Wolne miejsca na ścianie były zajęte przez obrazy przedstawiające naturę oraz jakieś dokumenty i dyplomy. Wszystkie meble sprawiały wrażenie wyjętych z gustownego salony arystokracji.
Za biurkiem, na wygodnym fotelu, siedział mężczyzna o siwych włosach i pokrytej bliznami twarzy. Na sobie miał zbroję płytową.
- Siadaj. - polecił chrypliwie mężczyzna. Dopiero potem spojrzał na strażniczkę i uśmiechnął się, powstrzymując śmiech. - Ładna fryzura. - wykrztusił tylko.
Strażniczka zmrużyła oczy i przeszyłą go nienawistnym spojrzeniem.
- Dlaczego wszyscy się śmiejecie! Jejku, czy tu nie można już mieć normalnej fryzury?
Wyszła, zostawiając ich samych. Kreeth przeszedł po czerwono-żółtym dywanie i usiadł na niewygodnym krześle.
- Przeskrobałeś sobie, nie ma co. - powiedział meżczyzna, czytając jakiś dokument. - Fałszowanie zleceń, nielegalne skrytobójstwo, kradzież pieniędzy... Nieładnie.
- To nie ja! - oburzył się Kreeth.
- Czy pozwoliłem ci mi przerywać? Nie? To siedź cicho. Na czym to ja... Ach. Mam tu nakaz egzekucji, chłopcze. - pomachał kartką papieru. - Ścięcie. Nieładna sprawa. Najpierw cię obiją, a potem dopiero zetną łeb. I jeszcze to, co rzuci w ciebie publika. Pewnie chciałbyś tego uniknąć, co? I dam ci taką szansę.
Te słowa były dla Kreeth'a jak uderzenie cepa. W ciemnym tunelu jego życiap ojawiło się światełko nadziei.
- Co muszę zrobić? - zapytał szybko.
- Nie tak szybko, chłopcze. Opowiedz mi swoją wersję wydarzeń. Powiedz mi wszystko o Sekarthisie.
Kreeth opowiedział swoją historię, zaczynając od momentu dołączenia do gildii. Ominął część o ostrzeżeniu Aziry.
- ...i wtedy wtargnęli strażnicy i mnie aresztowali. - zakończył.
- Nikt nigdy nie uwierzyłby w podobną historię, wiesz o tym. Jednak to twój szczęśliwy dzień. Mam dowody potwierdzające twoje zeznania.
- Jakie dowody?
- To cię nie powinno interesować. Jednak jesteś jedynym, którego możemy poddać egzekucji. Kat całą noc ostrzył topór. Nie często zdarza mu się występować przed szerszym gronem. - mężczyzna uśmiechnął się paskudnie. - Twój mistrz podrobił mój podpis, użył mojego nazwiska. A po twoim aresztowaniu zniknął. Będziemy szukać i na pewno damy ci szansę na pomstę. Jednak nie ocalę cię bezinteresownie. Sam imperator chce, abyś służył w Wywiadzie Imperialnym. - Arkanz, jak domyślił się Kreeth, przypominając sobie podpis na jednym ze zleceń, westchnął. - Nie mogę odmówić. Ty też nie, jeśli nie chcesz zginąć. I nie licz na jakąkolwiek pensję. Jesteś zwolnionym kryminalistą i odpracowujesz to, co przeskrobałeś.
- Ale przecież powiedziałeś, że macie dowody, że to nie ja.
- Ale mieszkańcy tego nie wiedzą. Poza tym dowodów nikt oprócz, mnie i kilku zaufanych ludzi, nie widział.
Kreeth westchnął. Naprawdę nei miał wyboru.
- Zgadzam się. - powiedział w końcu. - Co mam robić?
- To, co ci powiem. - odparł jego rozmówca z uśmiechem. - Na razie zatrzymasz się w jednej ze specjalnych kwater. Tam przenieśliśmy twoje rzeczy. Twoja zbroja i miecz nie są magiczne, a nie mam zamiaru marnować na ciebie naszego ekwipunku. Chcieliśmy wyjąć rubin, ale nie dało się. Przetopić też nie dało rady. Księżycowe srebro to porządny materiał. Divisha, czyli ta warkoczykowa wariatka, która cię przyprowadziła, odprowadzi cię do kwater, gdzie będzesz cierpliwie czekał na rozkazy.
Jakby na rozkaz, drzwi otworzyły się. Stanęła w nich ta sama strażniczka, jednak teraz jej włosy były całkowicie rozpuszczone. Były długie do ramion, a grzywka zasłaniała czoło.
- Nie jestem wariatką. - powiedziała.
Kreeth bez słowa wyszedł. Divisha zatrzasnęła za nimi drzwi i ruszyła bez słowa po schodach.
- Witaj w Wywiadzie Imperialnym. - powiedziała, gdy schodzili na dół. - Najgorszej placówce na jaką mógłyś kiedykolwiek trafić.
- Eeee, dzięki. - odparł Kreeth. - Naprawdę jest tu tak źle.
- Nie. Jest gorzej. Małe zarobki, roboty tyle, że starczyłoby na całe miasto... Jednak to zaszczyt pracować tu, wiesz? Praca tutaj daje uczucie spełnienia. Robienia czegoś dla Thrau.
- Tak, to naprawdę wspaniałe. - odparł ponuro Kreeth.
- To głupie, nikt nie czuje podobnie...
- Wcale nie. Myślę, że to dobrze, gdy ktoś spełnia się w pracy.
- Dzięki. - powiedziała Divisha.
Resztę drogi milczeli. Gdy zeszli na jedno z pięter, minęli kolejny, pusty korytarz wykuty w kamieniu. Znajdowały się tu okna, przez które widać było całą stolicę. Kreeth zauważył, że byli dość wysoko.
Na końcu korytarza znajdowały się drewniane drzwi. Divisha otworzyła je i wpuściłą Kreeth'a do środka. Potem zamknęła za nim drzwi i odeszła.
Jego kwatera była mniej więcej rozmariów jego celi. Różnica polegała na tym, że pokój był schludniejszy i dodano w nim kufer, który po otworzeniu ukazał demonowi jego rzeczy. Było tam wszystko. Zbroja, miecz, zestaw wytrychów...
Kreeth zamknął kufer i spojrzał przez okno. Wychodziło ono na dach sąsiedniego budynku. Był on na tyle blisko, aby mógł na niego wskoczyć.
Wtedy drzwi otworzyły się. Stanął w nich Arkanz. Rozejrzał się po pokoju uśmiechnięty.
- Widzę, że się rozgościłeś. - powiedział i usiadł na łóżku. Wyjrzał przez okno. - Pewnie zauważyłeś, że możesz przeskoczyć na sąsiedni dach. Specjalnie wybrałem ci właśnie ten pokój. To twoja droga do wyjścia z budynku i zajęcia się naszymi sprawami. Dzisiaj nie dostaniesz zleceń. Jutro prześlę ci rozkazy. Na razie zajmij się wypełnianiem papierów.
Arkanz rzucił mu na łóżko plik kartek sczepionych razem. Były całe pokryte drobnym pismem.
- Czy mogę stąd wyjść? - zapytał demon.
- Tylko jak ja ci pozwolę. Czyli odpowiedź brzmi "nie". I nie próbuj uciekać. Cały czas jesteś pod obserwacją. Jak zrobisz coś głupiego to egzekucja zostanie przeprowazdona bez kata.
Dowódca Wywiadu Imperialnego wyszedł z pokoju, zostawiając Kreeth'a sam na sam z dokumentami. Demon westchnął i zaczął je przeglądać.
"Wygląda na to, że zamieniłem jedną celę na drugą.", pomyślał jeszcze.
Nie ma znaczenia, jak silny jesteś. Zawsze będzie ktoś potężniejszy.
-

Kreeth - Posty: 12
- Dołączył(a): 2008-10-21 21:06
Re: Płomień Duszy
Ze zdziwieniem odkryłem, ze nie czytałem jeszcze piątego rozdziału
Od nieczytania czegokolwiek zanikł mi zmysł (a raczej nawyk) poprawiania, więc powiem jedynie, że nieźle. Szkoda, że nie zamierzasz wrócić.
Aż mnie korciło, żeby się włączyć, ale to twoje opowiadanie, więc zostawię je w spokoju.
Od nieczytania czegokolwiek zanikł mi zmysł (a raczej nawyk) poprawiania, więc powiem jedynie, że nieźle. Szkoda, że nie zamierzasz wrócić. Aż mnie korciło, żeby się włączyć, ale to twoje opowiadanie, więc zostawię je w spokoju.

Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: Płomień Duszy
Hmmm. Piąty rozdział dałem jedynie na DW i poprzednim TF'ie. Mogłeś go nie zauważyć 
A powroty mają różne oblicza. Jeśli nie Płomień Duszy to może coś innego w tym świecie? Nigdy nic nie wiadomo.
A nie kontynuuję, bo nie mam hmmm nie tyle pomysłu ogólnego, ile pomysłu na dalszy ciąg następujący po tym, co napisałem teraz (pułapka "pisarstwa"). Więc powinienem zastosować jakiś, powiedzmy, trick literacki (inne, powiązane opowiadanie).
Jeśli chcesz, możemy zrobić grupówkę rozgrywającą się w Thrau (świat przedstawiony w tym opowiadaniu).

A powroty mają różne oblicza. Jeśli nie Płomień Duszy to może coś innego w tym świecie? Nigdy nic nie wiadomo.
A nie kontynuuję, bo nie mam hmmm nie tyle pomysłu ogólnego, ile pomysłu na dalszy ciąg następujący po tym, co napisałem teraz (pułapka "pisarstwa"). Więc powinienem zastosować jakiś, powiedzmy, trick literacki (inne, powiązane opowiadanie).
Jeśli chcesz, możemy zrobić grupówkę rozgrywającą się w Thrau (świat przedstawiony w tym opowiadaniu).
Nie ma znaczenia, jak silny jesteś. Zawsze będzie ktoś potężniejszy.
-

Kreeth - Posty: 12
- Dołączył(a): 2008-10-21 21:06
Re: Płomień Duszy
O ile dobrze pamiętam, świat Płomienia Duszy jest raczej słabo opisany (niby jest Otchłań, ten lasek, w którym wychowywał się Kreeth, i jakaś tam stolica, ale w zasadzie ciężko byłoby się do czegoś nawiązać w grupówce). No chyba, że opowiadanie grupowe miałoby za zadanie samo w sobie rozbudować świat, a nie z niego korzystać. Zaproponowałbym raczej świat Vackell, ale ten również jest mało opisany (będę musiał nad tym jeszcze popracować).
Ponoć w przyszłym tygodniu Rafka coś zacznie. Zobaczymy ile z tego wyjdzie.
Ponoć w przyszłym tygodniu Rafka coś zacznie. Zobaczymy ile z tego wyjdzie.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: Płomień Duszy
Niestety wiem, że Thrau nie jest dobrze opisane. Co chciałbym zmienić. Taka grupówka mogłaby w tym pomóc. No ale cóż. Zobaczymy co będzie 

Nie ma znaczenia, jak silny jesteś. Zawsze będzie ktoś potężniejszy.
-

Kreeth - Posty: 12
- Dołączył(a): 2008-10-21 21:06
Re: Płomień Duszy
Klonus Wysoki napisał(a):Ponoć w przyszłym tygodniu Rafka coś zacznie. Zobaczymy ile z tego wyjdzie.
A dostałeś Wiadomość na gg? Bo jak nie dostanę odpowiedzi to nic z tego nie będzie...
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: Płomień Duszy
Ja dostałem, to Ty nie dostałeś 
Urodziło się (przez przypadek) opowiadanie w świecie Vackell. Kreeth, przyłączysz się? Możesz też zrobić grupówkę w Thrau - pomogę Ci.

Urodziło się (przez przypadek) opowiadanie w świecie Vackell. Kreeth, przyłączysz się? Możesz też zrobić grupówkę w Thrau - pomogę Ci.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: Płomień Duszy
Cóż, z własną grupówką poczekam. Na razie wolę się skupić na innych "projektach". Czyli najpierw nowa grupówka w Vackell. A w międzyczasie może napiszę coś o Thrau sam. Tak, żeby przybliżyć świat i, ewentualnie, pchnąć ten świat nieco do przodu.
Nie ma znaczenia, jak silny jesteś. Zawsze będzie ktoś potężniejszy.
-

Kreeth - Posty: 12
- Dołączył(a): 2008-10-21 21:06
8 posty(ów) • Strona 1 z 1
Kto przegląda forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości