Strona główna forum → Twórczość → Twórczość inna → Opowiadania
Male
Moderator: Mecenasi sztuki
1 post • Strona 1 z 1
Male
-Panie admirale, studenci czekają – powiedziała młoda asystentka wyłaniając się zza lnianej płachty przesłaniającej wejście do namiotu.
-Tak, tak. Już idę. – odpowiedział mężczyzna nie podnosząc na nią swoich jasnych oczu. Utkwił je bowiem w mapie przedstawiającej labirynt korytarzy z żeliwa i lnu łączących porozstawiane w geometrycznym porządku namioty. Patrząc na pergamin wszystko wydawało się proste i niezbyt skomplikowane, jednak w połączeniu z mapami kolejnych trzech poziomów, w tym jednego podziemnego, Ośrodek Szkoleniowy Pustynnej Armii Vento stawał się pajęczyną bardzo dokładnego folwera. Jest bardzo niewiele osób potrafiących swobodnie poruszać się po kompleksie bez chociażby jednego spojrzenia na mapę. Jest to tym bardziej trudne dla Arturo, który nie odwiedzał swojej uczelni od czasów pierwszego dyplomu. Miał wtedy zamiast swojej gęstej, równo przystrzyżonej brody tylko pojedyncze jasne zbitki włosów na policzkach, a w jasnych oczach igrały dzikie iskry wypędzone z nich na zawsze przez widok bielejących w promieniach słońc kości towarzyszy.
Teraz jednak to już nie jego wojna. Po wielu latach walki wśród piasków pustyni i skał pobliskich gór przyszła kolej, by pokazać innym jak przetrwać. W końcu to on znał ją najlepiej. Czuł się w pewien sposób winny porażki, jaką poniósł nie sprostając jej wymaganiom, gdy była ku temu sposobność, jednak nikt, zwłaszcza on, młody, jeszcze zwykły dzieciak, nie wiedzący nawet z której strony trzyma się falcione, nie mógł wiedzieć jak bardzo jest niebezpieczna. Interesowały go inne sprawy. Pełen ambicji i marzeń, odważny, nie bojący się niczego poza własną śmiercią, nie sądził by kiedykolwiek znalazł się w sytuacji, w której błagałby pustynię o śmierć. Życie wydawało się zbyt proste, by nie szukać w nim przygód. Chciał działać, nie mógł nawet minuty usiedzieć w jednym miejscu. Co ciekawe, miał przy tym szlachetne serce, dość czyste, ale też kruche by jedno, drobne na pozór wydarzenie zupełnie zmieniło jego postrzeganie ówczesnej rzeczywistości. Z początku chciał wstąpić do Pustynnej Armii by wraz z caravane podróżować między osadami, walczyć z ladri, bronić bezbronnych. To miało być takie proste. I w jego marzeniach rzeczywiście było. Wstąpił do Armii z pasji. Tej pozytywnej pasji która popycha ludzi do działania i wznosi ich ponad wszystkimi przeszkodami. Jak to jednak bywa, nigdy nie jest tak łatwo jakbyśmy tego pragnęli, a marzenia, to tylko złudne mrzonki. Są jak rysunek na pustynnym piasku, nie trzeba wielkiego wiatru by rozmył obraz w nieistotną nierówność zbocza dune. Jak wielu w jego wieku nie zdawał sobie sprawy jak trudno jest wyryć w kamieniu po sobie wyraźny ślad. Wyraźny i czytelny na tyle, by ktokolwiek pamiętał, kim był Arturo Inizio. Jemu przydarzyło się to przez przypadek. Za to najbardziej obwiniał déi, że wszystko, o czym marzył dostał przez zwykły przypadek.
Teraz wiedzę, którą zdobył przypadkiem miał przekazać adeptom. Zniesmaczony ruszył w labirynt drabin i płacht. Proste korytarze, zbudowane z żeliwnej, bardzo wytrzymałej konstrukcji i narzuconych na nie niedbale grubych warstw lnu chroniły przed parzącym wiatrem pustyni. Nigdy nieprzestające świecić słońca właśnie nad tą pustynią upatrzyły sobie miejsce zmiany warty, tak, by zawsze przynajmniej jedno ogrzewało jej białe piaski, gdy inne giną w cieniu księżyców. Nigdy nie zapadająca noc wymaga od mieszkańców Sabbia Bianca wiecznej czujności. Już od najmłodszych lat przystosowuje ich do braku snu, odpoczynku bez zamykania jasnych jak piasek pustyni oczu i spokojnego, ale niezwykle intensywnego życia. Przetrwanie w najbardziej niesprzyjających warunkach, jakie może znieść uomo hartuje ich na najwytrzymalszą z ras ich gatunku. Bardzo jasna karnacja, platynowe włosy i oczy koloru pustynnego piasku czynią ich prawie niewidzialnymi wśród dune i skał. Arturo byłby najpospolitszym, niemal schematycznym ideałem urody tego kraju, gdyby nie prostokąt ciemniejszej skóry wokół oczu. To nie kwestia makijażu dozwolonego tylko dla członków Vento. To efekt działania promieni słońc na jedyną odsłoniętą część ciała wojowników, którzy zbyt wiele czasu spędzili na polu pustynnej bitwy. Niestety jest ich coraz więcej i wciąż potrzebni będą nowi, tak długo, aż na nowo nie powrócą do łask reszty świata.
Adepci, ludzie znacznie młodsi od niego, gdy sam zaczynał naukę w Ośrodku, siedzieli na losowo rozrzuconych matach. Jako, że był on ustawiony na drugiej kondygnacji gorąc z zewnątrz przebijał się przez materiał ścian wraz z delikatnym dźwiękiem pierwszoporannego wichru. Najmniejsze ze słońc powolutku wznosiło się ponad szczyty pustynnych gór pozwalając trzeciemu, największemu z nich zajść za swoją częścią horyzontu. Najprzyjemniejsza pora wiecznych dni. Najlepsza również na pierwsze wykłady z nieprzystosowanymi jeszcze do ciężkich warunków obozu uczniów. Osady, w większości położone pod powierzchnią gruntu dają mieszkańcom wygodę chłodu i schronienia przed wichrem. Życie w nich płynie spokojnie. Ludzie pustyni nie śpieszą się, wiedzą jak bardzo są uzależnieni od kaprysów ich „matki”-pustyni. Tu, w Ośrodku, celowo zahartowuje się ciała przyszłych wojowników.
Po dość sporym namiocie rozeszła się charakterystyczna cisza zawsze towarzysząca obecności wykładowcy. Arturo rozejrzał się po obecnych podchodząc do przeznaczonej mu ławy. Nie zatrzymał wzroku na nikim. Wiedział, że nie może zdradzić, zainteresowania żadnym z nowych studentów. Jednak nie było to łatwe. Ułamek sekundy poświęcił by przyjrzeć się jednej z dziewczyn. Wzrok odwrócił aż nazbyt szybko. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy te oczy. Duże. Niemal okrągłe migdały. Cienie wśród pustynnych wydm. Cienie które nie skryły ciała jego towarzysza. Jego towarzysza, i jego córki, która nożem wyjętym zza ojcowskiego pasa zniszczyła reputację, szacunek i wiarę w ludzi pustyni. Podobieństwo było przerażające. Oczywiście niemożliwe było jakiekolwiek pokrewieństwo dziewczyn, jednak samo wspomnienie tych przepięknych, przepełnionych mordem oczu dziesięciolatki przyprawiło Arturo o dreszcze jakich nie czół od powrotu z miejsca gdzie znaleziono jej ciało.
Zapewne nie skrzywdziłaby nikogo, gdyby nie to, że tak jak i on stała się ofiarą przypadku. Przypadek począł ją w ciele Meretrice. Przypadek zabił matkę przy porodzie. Przypadek przyprawił ojca o szaleństwo. Przypadek sprowadził na nią gwałt trwający nieprzerwanie przez 5 lat i w reszcie przypadek zmienił ją w idealnego mordercę. Przeklęty los pozbawił ją wszystkiego co mogła otrzymać od ludzi, poza nienawiścią i śmiercią którą im zadawała. Déi zakpili sobie zsyłając nieszczęście ludu w postaci dziecka. Równie niewinnego co przeklętego i pozbawionego czuć. Male, tak ją nazwali, pozbawiła życia ponad 100 niewinnych mieszkańców nie tylko pustyni, ale i krain sąsiednich roznosząc wśród nich świadectwo okrucieństwa tych ziem. Jej szybkie jak szpony ręce sprowadziły na Białe Piaski wojnę trwającą nieprzerwanie już 30 lat. Ironia sprawiła, że nie zabili ją ludzie, lecz jej rodowita matka, pustynia. Najgorszym jest fakt, że to wszystko stało się przez przypadek.
-Najlepszym zabójcą jest ten – rozpoczął Arturo, nie patrząc na adeptów, spokojnym, ale stanowczym głosem – który zabija, bo nie widzi innej drogi by przetrwać. Myśli logicznie i prosto. Naiwnie. Wyobraźcie więc sobie umysł nie skażony religią, zasadami moralnymi, ale działający jak lupino, zwierzęcym instynktem. Umysł więc bardzo młody, może nawet i dziecka. Naiwne dziecko nieznające ludzkiej miłości, którego jedynym doświadczeniem z ta rasą są ból, cierpienie, gwałt i porzucenie na pastwę pustyni w zbyt młodym wieku, by móc wykorzystać ludzką dobroć inaczej, niż jako przynętę. – obrzucił spojrzeniem adeptów, wiedzieli doskonale, do czego zmierza wykładowca, milczeli wpatrzeni w niego w skupieniu, czekając na kontynuację modląc się by na nowo odwrócił od nich wzrok zmęczonych życiem oczu. Widzieli w nich doskonale to, co czeka ich już za kilka lat. Ból. Cierpienie. Strach. Nienawiść. To wszystko w dwóch niewielkich paciorkach obserwujących ich spod półprzymkniętych powiek.
- Zapewne macie już przed oczami jej wyobrażenie. – ironicznie uniósł kącik ust – Obrazek opowiadany wam przez wasze matki. Zmierzwione krótkie włosy, opadające na czoło, podcinane nożem zabitego we wczesnym dzieciństwie ojca. Ręce wprawione w delikatnych, ale szybkich cięciach. Nogi zwinne i gotowe do ucieczki lub skoku w każdej chwili. Bystre oczy pełne nienawiści do najbardziej niebezpiecznego gatunku którego jest dzieckiem. Gówno prawda! – warknął nagle i spojrzał na siedzącą w tyle dziewczynę – W jej oczach nie było nienawiści. W jej oczach nie było chęci mordu, gwałtu, śmieci. W jej oczach nie było niczego!
Cisza jeszcze przez kilka chwil niosła w sobie echo jego słów. Nikt nie miał odwagi się odezwać. Nawet najlżejszy oddech zakłócał atmosferę gęściejszą od wnętrza wydm.
-Opis ten przedstawiam każdemu, kto wstępuje do Vento. Nie ma on na celu przerażenia was, chociaż taki zapewne jest tego efekt. – jego głos na nowo przybrał spokojny, niemal melodyjny wydźwięk – Chcę, żebyście już od początku wiedzieli, kim się staniecie. By przetrwać na pustyni, by przetrwać w życiu, możecie być lepsi od niej. Możecie być zwinniejsi, szybsi ale... – westchnął – nic wam to nie da, jeśli nie będziecie ludźmi. Nigdy nie możecie pozwolić by chęć zwycięstwa, zamieniła się w chęć mordu. By nie stracić panowania nad sobą jest tylko jeden sposób. Musicie wykorzystać prezent, którego Male nie dostała w dzieciństwie. Wiecie jaki to prezent, jaki to dar?
-Miłości – odpowiedziała.
Po raz pierwszy, od kiedy wykładał w Ośrodku odpowiedź padła z wśród uczniów. Co więcej od ostatniej osoby od której mógłby się tego spodziewać i dzięki której na nowo w oczach Arturo zabłysły iskry. Takie same jak w oczach dziewczyny po drugiej stronie namiotu, a które nigdy nie zagościły w migdałach oczodołów Male.
-Tak, tak. Już idę. – odpowiedział mężczyzna nie podnosząc na nią swoich jasnych oczu. Utkwił je bowiem w mapie przedstawiającej labirynt korytarzy z żeliwa i lnu łączących porozstawiane w geometrycznym porządku namioty. Patrząc na pergamin wszystko wydawało się proste i niezbyt skomplikowane, jednak w połączeniu z mapami kolejnych trzech poziomów, w tym jednego podziemnego, Ośrodek Szkoleniowy Pustynnej Armii Vento stawał się pajęczyną bardzo dokładnego folwera. Jest bardzo niewiele osób potrafiących swobodnie poruszać się po kompleksie bez chociażby jednego spojrzenia na mapę. Jest to tym bardziej trudne dla Arturo, który nie odwiedzał swojej uczelni od czasów pierwszego dyplomu. Miał wtedy zamiast swojej gęstej, równo przystrzyżonej brody tylko pojedyncze jasne zbitki włosów na policzkach, a w jasnych oczach igrały dzikie iskry wypędzone z nich na zawsze przez widok bielejących w promieniach słońc kości towarzyszy.
Teraz jednak to już nie jego wojna. Po wielu latach walki wśród piasków pustyni i skał pobliskich gór przyszła kolej, by pokazać innym jak przetrwać. W końcu to on znał ją najlepiej. Czuł się w pewien sposób winny porażki, jaką poniósł nie sprostając jej wymaganiom, gdy była ku temu sposobność, jednak nikt, zwłaszcza on, młody, jeszcze zwykły dzieciak, nie wiedzący nawet z której strony trzyma się falcione, nie mógł wiedzieć jak bardzo jest niebezpieczna. Interesowały go inne sprawy. Pełen ambicji i marzeń, odważny, nie bojący się niczego poza własną śmiercią, nie sądził by kiedykolwiek znalazł się w sytuacji, w której błagałby pustynię o śmierć. Życie wydawało się zbyt proste, by nie szukać w nim przygód. Chciał działać, nie mógł nawet minuty usiedzieć w jednym miejscu. Co ciekawe, miał przy tym szlachetne serce, dość czyste, ale też kruche by jedno, drobne na pozór wydarzenie zupełnie zmieniło jego postrzeganie ówczesnej rzeczywistości. Z początku chciał wstąpić do Pustynnej Armii by wraz z caravane podróżować między osadami, walczyć z ladri, bronić bezbronnych. To miało być takie proste. I w jego marzeniach rzeczywiście było. Wstąpił do Armii z pasji. Tej pozytywnej pasji która popycha ludzi do działania i wznosi ich ponad wszystkimi przeszkodami. Jak to jednak bywa, nigdy nie jest tak łatwo jakbyśmy tego pragnęli, a marzenia, to tylko złudne mrzonki. Są jak rysunek na pustynnym piasku, nie trzeba wielkiego wiatru by rozmył obraz w nieistotną nierówność zbocza dune. Jak wielu w jego wieku nie zdawał sobie sprawy jak trudno jest wyryć w kamieniu po sobie wyraźny ślad. Wyraźny i czytelny na tyle, by ktokolwiek pamiętał, kim był Arturo Inizio. Jemu przydarzyło się to przez przypadek. Za to najbardziej obwiniał déi, że wszystko, o czym marzył dostał przez zwykły przypadek.
Teraz wiedzę, którą zdobył przypadkiem miał przekazać adeptom. Zniesmaczony ruszył w labirynt drabin i płacht. Proste korytarze, zbudowane z żeliwnej, bardzo wytrzymałej konstrukcji i narzuconych na nie niedbale grubych warstw lnu chroniły przed parzącym wiatrem pustyni. Nigdy nieprzestające świecić słońca właśnie nad tą pustynią upatrzyły sobie miejsce zmiany warty, tak, by zawsze przynajmniej jedno ogrzewało jej białe piaski, gdy inne giną w cieniu księżyców. Nigdy nie zapadająca noc wymaga od mieszkańców Sabbia Bianca wiecznej czujności. Już od najmłodszych lat przystosowuje ich do braku snu, odpoczynku bez zamykania jasnych jak piasek pustyni oczu i spokojnego, ale niezwykle intensywnego życia. Przetrwanie w najbardziej niesprzyjających warunkach, jakie może znieść uomo hartuje ich na najwytrzymalszą z ras ich gatunku. Bardzo jasna karnacja, platynowe włosy i oczy koloru pustynnego piasku czynią ich prawie niewidzialnymi wśród dune i skał. Arturo byłby najpospolitszym, niemal schematycznym ideałem urody tego kraju, gdyby nie prostokąt ciemniejszej skóry wokół oczu. To nie kwestia makijażu dozwolonego tylko dla członków Vento. To efekt działania promieni słońc na jedyną odsłoniętą część ciała wojowników, którzy zbyt wiele czasu spędzili na polu pustynnej bitwy. Niestety jest ich coraz więcej i wciąż potrzebni będą nowi, tak długo, aż na nowo nie powrócą do łask reszty świata.
Adepci, ludzie znacznie młodsi od niego, gdy sam zaczynał naukę w Ośrodku, siedzieli na losowo rozrzuconych matach. Jako, że był on ustawiony na drugiej kondygnacji gorąc z zewnątrz przebijał się przez materiał ścian wraz z delikatnym dźwiękiem pierwszoporannego wichru. Najmniejsze ze słońc powolutku wznosiło się ponad szczyty pustynnych gór pozwalając trzeciemu, największemu z nich zajść za swoją częścią horyzontu. Najprzyjemniejsza pora wiecznych dni. Najlepsza również na pierwsze wykłady z nieprzystosowanymi jeszcze do ciężkich warunków obozu uczniów. Osady, w większości położone pod powierzchnią gruntu dają mieszkańcom wygodę chłodu i schronienia przed wichrem. Życie w nich płynie spokojnie. Ludzie pustyni nie śpieszą się, wiedzą jak bardzo są uzależnieni od kaprysów ich „matki”-pustyni. Tu, w Ośrodku, celowo zahartowuje się ciała przyszłych wojowników.
Po dość sporym namiocie rozeszła się charakterystyczna cisza zawsze towarzysząca obecności wykładowcy. Arturo rozejrzał się po obecnych podchodząc do przeznaczonej mu ławy. Nie zatrzymał wzroku na nikim. Wiedział, że nie może zdradzić, zainteresowania żadnym z nowych studentów. Jednak nie było to łatwe. Ułamek sekundy poświęcił by przyjrzeć się jednej z dziewczyn. Wzrok odwrócił aż nazbyt szybko. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy te oczy. Duże. Niemal okrągłe migdały. Cienie wśród pustynnych wydm. Cienie które nie skryły ciała jego towarzysza. Jego towarzysza, i jego córki, która nożem wyjętym zza ojcowskiego pasa zniszczyła reputację, szacunek i wiarę w ludzi pustyni. Podobieństwo było przerażające. Oczywiście niemożliwe było jakiekolwiek pokrewieństwo dziewczyn, jednak samo wspomnienie tych przepięknych, przepełnionych mordem oczu dziesięciolatki przyprawiło Arturo o dreszcze jakich nie czół od powrotu z miejsca gdzie znaleziono jej ciało.
Zapewne nie skrzywdziłaby nikogo, gdyby nie to, że tak jak i on stała się ofiarą przypadku. Przypadek począł ją w ciele Meretrice. Przypadek zabił matkę przy porodzie. Przypadek przyprawił ojca o szaleństwo. Przypadek sprowadził na nią gwałt trwający nieprzerwanie przez 5 lat i w reszcie przypadek zmienił ją w idealnego mordercę. Przeklęty los pozbawił ją wszystkiego co mogła otrzymać od ludzi, poza nienawiścią i śmiercią którą im zadawała. Déi zakpili sobie zsyłając nieszczęście ludu w postaci dziecka. Równie niewinnego co przeklętego i pozbawionego czuć. Male, tak ją nazwali, pozbawiła życia ponad 100 niewinnych mieszkańców nie tylko pustyni, ale i krain sąsiednich roznosząc wśród nich świadectwo okrucieństwa tych ziem. Jej szybkie jak szpony ręce sprowadziły na Białe Piaski wojnę trwającą nieprzerwanie już 30 lat. Ironia sprawiła, że nie zabili ją ludzie, lecz jej rodowita matka, pustynia. Najgorszym jest fakt, że to wszystko stało się przez przypadek.
-Najlepszym zabójcą jest ten – rozpoczął Arturo, nie patrząc na adeptów, spokojnym, ale stanowczym głosem – który zabija, bo nie widzi innej drogi by przetrwać. Myśli logicznie i prosto. Naiwnie. Wyobraźcie więc sobie umysł nie skażony religią, zasadami moralnymi, ale działający jak lupino, zwierzęcym instynktem. Umysł więc bardzo młody, może nawet i dziecka. Naiwne dziecko nieznające ludzkiej miłości, którego jedynym doświadczeniem z ta rasą są ból, cierpienie, gwałt i porzucenie na pastwę pustyni w zbyt młodym wieku, by móc wykorzystać ludzką dobroć inaczej, niż jako przynętę. – obrzucił spojrzeniem adeptów, wiedzieli doskonale, do czego zmierza wykładowca, milczeli wpatrzeni w niego w skupieniu, czekając na kontynuację modląc się by na nowo odwrócił od nich wzrok zmęczonych życiem oczu. Widzieli w nich doskonale to, co czeka ich już za kilka lat. Ból. Cierpienie. Strach. Nienawiść. To wszystko w dwóch niewielkich paciorkach obserwujących ich spod półprzymkniętych powiek.
- Zapewne macie już przed oczami jej wyobrażenie. – ironicznie uniósł kącik ust – Obrazek opowiadany wam przez wasze matki. Zmierzwione krótkie włosy, opadające na czoło, podcinane nożem zabitego we wczesnym dzieciństwie ojca. Ręce wprawione w delikatnych, ale szybkich cięciach. Nogi zwinne i gotowe do ucieczki lub skoku w każdej chwili. Bystre oczy pełne nienawiści do najbardziej niebezpiecznego gatunku którego jest dzieckiem. Gówno prawda! – warknął nagle i spojrzał na siedzącą w tyle dziewczynę – W jej oczach nie było nienawiści. W jej oczach nie było chęci mordu, gwałtu, śmieci. W jej oczach nie było niczego!
Cisza jeszcze przez kilka chwil niosła w sobie echo jego słów. Nikt nie miał odwagi się odezwać. Nawet najlżejszy oddech zakłócał atmosferę gęściejszą od wnętrza wydm.
-Opis ten przedstawiam każdemu, kto wstępuje do Vento. Nie ma on na celu przerażenia was, chociaż taki zapewne jest tego efekt. – jego głos na nowo przybrał spokojny, niemal melodyjny wydźwięk – Chcę, żebyście już od początku wiedzieli, kim się staniecie. By przetrwać na pustyni, by przetrwać w życiu, możecie być lepsi od niej. Możecie być zwinniejsi, szybsi ale... – westchnął – nic wam to nie da, jeśli nie będziecie ludźmi. Nigdy nie możecie pozwolić by chęć zwycięstwa, zamieniła się w chęć mordu. By nie stracić panowania nad sobą jest tylko jeden sposób. Musicie wykorzystać prezent, którego Male nie dostała w dzieciństwie. Wiecie jaki to prezent, jaki to dar?
-Miłości – odpowiedziała.
Po raz pierwszy, od kiedy wykładał w Ośrodku odpowiedź padła z wśród uczniów. Co więcej od ostatniej osoby od której mógłby się tego spodziewać i dzięki której na nowo w oczach Arturo zabłysły iskry. Takie same jak w oczach dziewczyny po drugiej stronie namiotu, a które nigdy nie zagościły w migdałach oczodołów Male.
- Aveline
- Posty: 39
- Dołączył(a): 2008-10-19 23:26
1 post • Strona 1 z 1
Kto przegląda forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości