Magiczna Kapituła, czyli uważaj, co mówisz...
No to może dla odmiany coś dłuższego
Oto fragment (jeden z najnowszych) mojej powieści, traktujący o wizycie maga Daemara w siedzibie śmiertelnych czarodziejów na Wyspie Świtu
jakkolwiek by to nie brzmiało na pierwszy rzut oka, to jednak mam nadzieję, że kiedyś będziecie mieli okazję zobaczyć to w szerszym kontekście w wydaniu papierowym i (najprawdopodobniej) w miękkiej okładce 
Zapraszam do lektury i krytyki!!
* * *
Daemar ruszył w kierunku żeliwnych wrót. Kiedy chwycił ciężką, wyrzeźbioną na kształt demonicznego skrzydlaka kołatkę, poczuł silny strumień mocy, którą były na wskroś przesycone. O ile sama jej obecność była dla maga dość niespodziewana, to już dźwięk wydawany przez zaklętą kołatkę, naśladujący piskliwy wrzask uriorskiego gada, nie tak bardzo. Dużo zabawniejsza była natomiast reakcja Thurgona, który zaczął się nerwowo rozglądać po nieboskłonie i okolicznych dachach w poszukiwaniu złowieszczej poczwary.
-Spokojnie, panie krasnoludzie – rzekł Kirvas nieco rozbawionym głosem. – To tylko jedna ze sztuczek tutejszych czarodziejów…
-Czarodziejów? – zdumiał się Daemar. – Jakże to? Jest ich tutaj więcej?
-Tak. Wielu ich tu zamieszkuje – odparł kapitan z niezmąconym spokojem. – Zwą to miejsce Kapitułą. Tutaj się spotykają. Pomyślałem, że tu najpewniej znajdziecie swego przyjaciela.
Wtem zazgrzytały masywne wrota. Z błękitnawego półmroku wionęło rześkim ozonowym powietrzem, w którym mag wyczuwał znamiona mocy wielu śmiertelnych czarodziejów. Nie podobało mu się to. Już zdołał sobie przypomnieć, że Loth Endei od dawna była miejscem upatrzonym sobie przez śmiertelników obdarzonych mocą magiczną. Był niemal całkowicie pewien, iż nie znajdzie tu Agenora. Do tego wątpił także, by spotkanie z człowieczymi czarodziejami mogło mu w czymkolwiek pomóc. Zdecydowanie prędzej zaszkodzić.
Wszystkich śmiertelnych adeptów sztuk magicznych, jakich znał, niezaprzeczalnie łączyło kilka cech wspólnych – nieskrępowana pycha, zadufanie, oraz przekonanie o swej mądrości i nieomylności, stanowiły zaledwie czubek góry lodowej. Już one jednak w zupełności wystarczały, by mag wolał unikać wchodzenia z nimi w jakiekolwiek bliższe stosunki. Szczęściem, na ogół byli nieszkodliwi, jednak zdarzali się i tacy, którzy potrafili być niebezpieczni. Z sobie tylko właściwą arogancją uwielbiali wpychać nos w nie swoje sprawy i doszukiwać się w nich własnych korzyści.
Oczywiście, jak od każdej reguły, i tu bywały wyjątki, ale Daemar raczej nie spodziewał się ich spotkać w miejscu takim, jak to.
W Magicznej Kapitule. W Świątyni Arvionów - jak sami siebie zwykli nazywać obdarzeni magicznymi talentami.
Daemara ogarnął gniew na myśl, że niczym dziecko dał się tu poprowadzić, bez uprzedniego upewnienia się, dokąd jest prowadzony. Nie mógł mieć przy tym pretensji do Kirvasa, który po prostu wykazał nad wyraz dużo dobrej woli. Poza tym, jak na prostego człowieka przystało, kapitan nie mógł mieć rozeznania, jaka jest różnica pomiędzy poszukiwanym magiem, a owymi czarodziejami.
Z mroku korytarza powoli wyłoniła się zakapturzona postać. Stanąwszy w progu bramy wykonała lekki dworski pokłon i splotła dłonie wewnątrz szerokich rękawów, jakby obawiając się, że ktoś może obserwować jej dłonie.
-Bądźcie pozdrowieni, nieznajomi. W czymże mogę wam pomóc, kiedy przybywacie pod te drzwi? Nie dla wszystkich bowiem są one otwarte… - rozległ się miękki, nienaturalnie jedwabisty męski głos. Daemar niespodziewanie odczuł lekkie ukłucie świadomości, co mogło świadczyć jedynie o zuchwałej próbie odczytania jego myśli. Błyskawicznie zareagował i odbił telepatyczne zaklęcie, po czym zorientował się, iż przypadkiem przebił się przez ochronną barierę czarodzieja. Rozsierdzony zaistniałą sytuacją, postanowił to wykorzystać i zagłębić się nieco w świadomości bezczelnego adepta, w poszukiwaniu wiadomości o Agenorze, bądź też Kamieniu. Jako że od wieków nie robił niczego podobnego, a i wcześniej nie przepadał za takimi metodami pozyskiwania informacji, trwało to dosyć długo. W tym czasie zakapturzona postać niesłychanie zaintrygowała nieświadomego całego zajścia Thurgona, ponieważ wypowiedziawszy swą powitalną formułkę nagle zastygła w bezruchu z wyjątkowo dziwacznym wyrazem twarzy i nieobecnym spojrzeniem. Milczenie przedłużało się, gdyż ani Daemar, ani Kirvas nijak nie reagowali na powitanie, toteż zniecierpliwiony krasnolud podszedł do maga i ukradkiem trącił go łokciem.
-…Coś z nim chyba nie tak… Ci czarownicy wszyscy tak mają? – szepnął półgębkiem do Daemara, czym nieświadomie kompletnie zniweczył jego telepatyczne poszukiwania. Mag szybko wycofał się z zakamarków jaźni nieszczęśnika i zatarł ślady swojej inwazji, by uniknąć jakichkolwiek nieporozumień.
-…O czym mówisz? – także szeptem zwrócił się do Thurgona z udawanym niezrozumieniem.
-…dla… Dla wszystkich bowiem są one otwarte… - ocknął się zakapturzony adept, jakby owych kilka minut wcale nie upłynęło.
-Przybywamy, by spotkać się z Mistrzem Kapituły – odparł głośno i spokojnie Daemar, jak gdyby nigdy nic. - Potrzebujemy wsparcia Jego mądrości i wiedzy. Także przynosimy pozdrowienia od Selima z dworu króla Alavira – improwizował, przypomniawszy sobie imię starego czarodzieja, który niegdyś pomagał mu w pracach nad kronikami w Galedorze.
-A więc z bardzo daleka przybywacie… - odparł mężczyzna, podejmując w międzyczasie próby sforsowania mentalnej bariery, za jaką skrył się mag. Wyraźnie zniesmaczony porażką zaniechał dalszych prób i skoncentrował się na samych gościach. - …Z bardzo daleka. Czy zapowiedziane było wasze przybycie?
-Nie, Mistrz nie spodziewa się naszej wizyty.
-Zdradźcie zatem swoje imiona, bym mógł uprzedzić Go o waszym przybyciu – lekko skłonił głowę, kryjąc twarz w cieniu kaptura.
-Jestem Olian z Galedoru – odparł Daemar bez mrugnięcia okiem. – A to Thurgon, mój towarzysz.
-Ach tak… - zamyślił się czarodziej w sposób, który krasnoludowi wydał się mocno podejrzany. – Raczcie, proszę, zaczekać. Za chwilę zostaniecie wprowadzeni, Olianie z Galedoru. Obwieszczę wasze przybycie.
Kiedy zakapturzona postać zniknęła w ciemnym korytarzu, Thurgon rzucił Daemarowi pytające spojrzenie. Starzec delikatnie pokręcił głową, dając mu do zrozumienia, żeby nie zadawał pytań. Krasnolud skrzywił się lekceważąco, ale nic nie powiedział. Kirvas także powstrzymał się od pytań widząc wymianę niemych komunikatów, zatem stali w milczeniu przed bramą, aż w korytarzu przed nimi zamajaczyło delikatne światło, któremu towarzyszyły trzy postacie w podobnych ornatach.
-Możecie wejść – rozległ się inny głos, ale modulowany w dokładnie taki sam sposób, jak u poprzedniego czarodzieja. – Mistrz was oczekuje.
-A więc chodźmy – nieco wymuszony uśmiech przemknął przez twarz Daemara, gdy wsparłszy się na kosturze postąpił w kierunku progu. – Prowadź nas, przyjacielu…
-Nie, stać! – syknął niespodziewanie drugi z czarodziejów wskazując dłonią na Kirvasa, który zatrzymał się wpół kroku i zbladł jak ściana. – Żadni Heole nie mają wstępu do Kapituły! Tylko wy dwaj. Heol musi zostać.
Daemar spojrzał na niego z takim wstrętem, jakim mógłby obdarzyć jedynie zamieszkującego kloaczny dół szczura.
Ludzie mieli wyjątkową tendencję do doszukiwania się i manifestowania swojej wyższości. Nie miało żadnego znaczenia, skąd się ona brała i czym objawiała – najważniejsze, by dało się ją nazwać i wyeksponować. Najlepiej poprzez odizolowanie się od „tych gorszych”, co Daemara napawało szczerym obrzydzeniem. Pomimo iż ludzie z natury nie mogli równać się z ludem Solwirów pod kątem magicznych zdolności, nijak nie przeszkadzało im to w dokonywaniu wewnętrznych podziałów na takich, którzy owe talenty posiadali, bądź też nie. Tych, dla których sztuki magiczne pozostawały poza zasięgiem, zwano Heolami, traktując ich jednocześnie, jako gorszą odmianę ludzi. Czynili to głównie Arvioni, czyli Uzdolnieni. Była to kolejna cecha czarodziejów, której Daemar wyjątkowo nie lubił.
-Wobec tego muszę cię prosić, Kirvasie, byś pozostał tutaj – zwrócił się do kapitana Ullenbelethu. – Dziękuję za twą pomoc. Spotkamy się później w gospodzie. Chodźmy, Thurgonie.
Przestępując wrota Kapituły, Daemar poczuł silny przepływ energii magicznej, jakby przekraczał ścianę wodospadu. Wraz z następnym krokiem ściana energii ustąpiła, jakby pozostała z tyłu, czym zwróciła na siebie ciekawość maga. Thurgon niewątpliwie też ją odczuł, co znalazło swoje odzwierciedlenie w jego brodzie, która wyraźnie się nastroszyła i zesztywniała. Poirytowany krasnolud zaczął ją nerwowo ugłaskiwać i przyklepywać, mrucząc dodatkowo pod nosem jakieś przekleństwa. Prowadzący ich czarodziej spojrzał na niego z wyraźną irytacją, jakby nie tylko Heole nie byli tu mile widziani.
-Prawdziwie niezwykła magia strzeże wejścia do waszej siedziby – rzekł po chwili Daemar, spoglądając w tył w kierunku zatrzaskujących się wrót. – Przed kim potrzebujecie tak silnej ochrony tu na wyspie?
-Nie potrzebujemy przed nikim ochrony, Olianie z Galedoru – odparł buńczucznie zakapturzony czarodziej. – To Wrota Ehalkosa. Jedyna pozostałość po twierdzy zbuntowanego Arviona, która przetrwała Schizmę.
-Jaką znowu schizmę? – prychnął krasnolud, wciąż próbujący uładzić zmierzwioną brodę.
-Schizmę Airalską, jeśli dobrze zgaduję – odpowiedział mu Daemar, patrząc na wyraźnie zaskoczonego jego wiedzą adepta.
-Moje uznanie, widzę, że historia nie jest ci obca. Otóż podczas Schizmy Arvioni podzielili się na dwie frakcje. Spór o Zakazane Runy doprowadził do bratobójczej bitwy tu na wyspie. Na kontynencie rozgorzała nawet wojna z ich powodu. Pałac pierwszej Kapituły stał się siedzibą buntowników i w bitwie został zrównany z ziemią. Ostały się tylko te wrota, które wcześniej Ehalkos obłożył bardzo potężnymi zaklęciami w obawie przed szturmem…
-Spór o Zakazane Runy? – powtórzył Thurgon drwiąco. – Nasi Mistrzowie znają je od wieków i nigdy nie musieli się o nie spierać…
-Wasi Mistrzowie Runów, krasnoludzie, otrzymali je właśnie od nas i zdążyli już wielokrotnie dowieść, że nie była to słuszna decyzja – syknął lekceważąco adept. – Znaki stworzone przez Airala powinny pozostać tajemnicą. Są zbyt potężne, by z nich korzystać.
-Dobre sobie… Nie sądzę, by ten wasz Ai… Arial miał jakikolwiek udział w osiągnięciach naszych kapłanów – nadął się krasnolud i ścisnął pięścią brodę.
-Obawiam się, Thurgonie, że te runy, które zniszczyły Qorion, zrodziły się właśnie w jego umyśle – niespodziewanie wtrącił się mag. – Historia nie zna zbyt wielu jemu podobnych szaleńców.
-Doprawdy, Olianie, jestem pod wrażeniem – czarodziej zatrzymał się przed wysokimi opalizującymi drzwiami, nad którymi wisiała spora kryształowa kula. Emanował od niej przyjemny perłowy blask, tworzący na nierównej powierzchni drzwi zadziwiające refleksy światła. Dłuższe wpatrywanie się w nie pozwalało doszukiwać się zaklętych słów i symboli runicznych, mających zapewne chronić to miejsce. – To Komnata Zgromadzeń. Mistrz Fontar was oczekuje.
Wrota rozwarły się bezszelestnie, ukazując wnętrze osobliwej komnaty. Wydawała się niezwykle przestronna, bardziej nawet, niż sugerowałyby to zewnętrzne gabaryty budynku. Ściany ozdabiane były niezliczonymi gobelinami, obrazami i płaskorzeźbami. Ciągnąca się z trzech stron kolumnada przesłonięta była krystaliczną kurtyną wody, spływającej z powyższego gzymsu do wykutych w posadzce koryt, i wypełniającej przestrzeń delikatnym, srebrzystym szmerem. Szczególną uwagę Thurgona zwróciły cztery kryształowe pylony, niemalże wielkości człowieka, rozpraszające ciemność jasnym magicznym światłem.
-A niech mnie… - szepnął krasnolud, wlepiwszy wytrzeszczone oczy w monstrualne klejnoty. – Nigdy o takich cudach nie słyszałem!...
-Rzeczywiście – przytaknął cicho mag, wpatrzony w majestatycznie wirujące na ciemnym sklepieniu konstelacje nienaturalnie świecących gwiazd. Nad samym środkiem sali widniał olbrzymi księżyc, niepomny na to, iż dopiero niedawno minęło południe. - …Prawdziwie mistrzowska iluzja!
Gdzieś ze środka komnaty rozległo się w odpowiedzi ciche i jakby znudzone klaskanie. Dopiero teraz zdołali obydwaj dostrzec stojący tam stół, przy którym zasiadały trzy postacie na wyjątkowo wysokich krzesłach. Stół był bogato zastawiony i oświetlony świecami pokaźnych kandelabrów.
Ruszyli powoli w tamtym kierunku. Ku wielkiemu zdziwieniu Thurgona, zaledwie kilka kroków wystarczyło do pokonania znacznej odległości oddzielającej ich od stołu. To zaskakujące odkrycie tak go zdezorientowało, że zaczął się ukradkiem oglądać w kierunku drzwi, którymi przyszli, a które teraz znajdowały się dobre kilkadziesiąt kroków za nimi.
-Gratuluję domyślności i wprawnego oka – zaczął siedzący po lewej stronie stołu mężczyzna w szerokiej, obszytej złotem, granatowej szacie. Wyglądał dostojnie i dosyć młodo, choć jego oczy zdradzały, że był zdecydowanie starszy, niż mogłoby się wydawać. Ostatni raz klasnął w dłonie, po czym splótł ramiona na piersi. – Dziękuję także za słowa uznania. Mało kto potrafi docenić włożony w nią trud.
-Cała przyjemność po mojej stronie – Daemar wykonał lekki pokłon w kierunku każdej z trzech zasiadających przy stole postaci. – Bądźcie pozdrowieni.
-Wy także – odparł dość niefrasobliwie mężczyzna i nalał wina do pucharu siedzącej obok niego kobiety w podobnym stroju w kolorze ciemnej purpury. – Poznajcie Golan, Pierwszą Damę zgromadzenia. A także Mistrza Fontara – wskazał czarodzieja zasiadającego na drugim końcu stołu. – Ja jestem Mistrz Magnus.
-Witamy w progach Magicznej Kapituły – odezwała się kobieta, nieustannie lustrując Daemara swoimi zimnymi jak lód oczami. – W tym miejscu spotyka się elita Arvionów z niemal całego świata, od zachodniego Soriadenu i Dorgadu, aż po wybrzeża Aneratu i Ankhalionu. Nie każdy z przybywających w te strony ma podobną sposobność stanąć przed nami, Lektorami owej Kapituły – ciągnęła niezmiennie zimnym i wyniosłym tonem.
-Na ogół nikt nie ma takiej sposobności – bezceremonialnie przerwał jej brodaty mężczyzna, przedstawiony jako Fontar. Brak sprzeciwu ze strony pozostałej dwójki mógł świadczyć, iż to właśnie on był przewodniczącym zgromadzenia, chociaż jego wygląd, wbrew oczekiwaniom Daemara, wcale nie wyróżniał go z grona. – Możecie być zatem pewni, że macie wyjątkowe szczęście…
-Powiedzmy, że udało ci się nas zaintrygować swoim przybyciem, Olianie – podchwycił ponownie Magnus i uniósł swój puchar do ust. – Przejdźmy zatem do rzeczy…
-Niezwykle rad jestem to słyszeć. Otóż przybyłem do was aż z Galedoru, gdyż wiem, jak daleko sięgają oczy i uszy Magicznej Kapituły. Wielka jest wasza potęga i mądrość, zatem przychodzę, by prosić was o pomoc – wyrecytował nieco pokornym tonem mag. Fakt, że znalazł się wśród Arvionów, i to tak prominentnych, postanowił jak najlepiej wykorzystać, pomimo iż szczerze wolałby uniknąć owego spotkania. Niemniej ich wiedza rzeczywiście mogła być przydatna. – Wiele niepokojących rzeczy dzieje się w Rozległych Krainach ostatnimi czasy. Przypuszczam, że ruchy trolli i nagorów po zachodniej stronie Tar Belianu są wam znane – kontynuował. – Gromadzą się. Schodzą z gór i ciągną na południe. Niczego to wprawdzie nie dowodzi, ale niewątpliwie może być znakiem, że dzieje się coś niepokojącego. Zbierają siły. Być może odpowiadają na wezwanie swojego Pana…
-Podobnych „znaków” jest więcej, niż ci się wydaje – przerwał mu pobłażliwie czarodziej w granatowej szacie. – Jak choćby duża liczba mrocznych plemion plądrujących od niedawna przygraniczne rubieże Aneratu i południowy Qertan. Porywają ludzi, kradną bydło i konie, rabują broń… Sam rzekłeś, że niczego to nie dowodzi, wiemy jednak, iż może o czymś świadczyć…
-Są także inne znaki, nie mniej niepokojące – podjął ponownie Daemar. – Trudno jednak zgadnąć, z czym one mogą się wiązać. A mówię teraz o pojawieniu się w Eltarze dawno niewidzianych gości… Skrzydlaków.
-Jesteś nadzwyczaj spostrzegawczy i dobrze poinformowany, Olianie z Galedoru – tym razem przemówił Fontar. W jego głosie dało się wyczuć niezbyt przyjazną nutę. – Nie spodziewaliśmy się, że ktoś prócz nas będzie w stanie to odkryć.
-Kilka tych stworzeń rzeczywiście pojawiło się w okolicach Ghotarilldu i Dolnego Rionanu – zamyślił się Magnus i splótł palce pod brodą. – Nie wiadomo jednak skąd przybyły, ani… - umilkł, zgromiony wzrokiem zasiadającej obok kobiety.
-Nie wiadomo? – szybko podchwycił Daemar. – Czyli nie pochodzą z ruin krasnoludzkiego Khargazoru… - wydedukował głośno, wiedząc, że jest to jedno z miejsc usilniej obserwowanych przez rozproszonych po Eltarze czarodziejów.
Thurgon wyraźnie się ożywił usłyszawszy nazwę zniszczonego królestwa, ale u pozostałej trójki reakcja była raczej przeciwna. Kobieta w purpurze wbiła w maga jeszcze bardziej lodowate spojrzenie, dwaj czarodzieje popatrzyli po sobie porozumiewawczo, a ich oblicza sposępniały, niczym gradowe chmury.
-Tak… - mruknął Fontar złowróżbnie po dłuższym milczeniu. – Trzeba ci to przyznać, Olianie, że potrafisz zaintrygować. Niechętnie zgodziłem się na to spotkanie, ale widzę, że może być nad wyraz interesujące. Jakiej rady może potrzebować ktoś, kto tak dużo wie i… tak dobrze chroni swą wiedzę?... – przeciągnął wzrokiem wpierw po zasiadających za stołem towarzyszach, a następnie po krasnoludzie i magu. Jego oczy zdawały się widzieć znacznie więcej, niż oczy zwykłego człowieka. Przewiercały na wylot i budziły lęk. Thurgon poczuł, jak mimowolnie jeżą mu się włosy na karku. – Jakiej pomocy od nas oczekujesz?
-W istocie – odparł znacznie pewniej niż poprzednio Daemar – oczekuję od was pomocy. Oczekuję, że pomożecie mi znaleźć kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania…
-…Nie tylko odpowiedzi! – podszepnął krasnolud, chcąc niejako przypomnieć magowi o innym, bardziej konkretnym obiekcie poszukiwań. Gdyby nie był w owym momencie tak skupiony na osobach czarodziejów, mógłby dostrzec na twarzy maga mieszaninę lęku i wściekłości, wymierzonej w niego samego. Ale nie dostrzegł. Ów moment jednak został bezbłędnie wychwycony przez przewodzącego Kapitule Fontara, który nie omieszkał zainteresować się spostrzeżeniem.
-Cóż więc jeszcze, poza odpowiedziami na nurtujące pytania, możemy dla was uczynić? – błysk w jego oku nie mógł wróżyć niczego dobrego.
-Może dla odmiany pan krasnolud zechce nam przybliżyć cel tej wizyty? – wtrąciła się Golan wyraźnie zainteresowana nowymi okolicznościami. – Jak sam Olian rzekł, wiele wiemy i wiele możemy. Czego więc tak naprawdę poszukujecie?
Thurgon nagle poczuł na sobie ciężar spojrzeń wszystkich zebranych w Komnacie Zgromadzeń. Słyszał w głowie szum porannego piwa i nie był do końca pewien, czy powinien był się odzywać, czy też nie. Dodatkowo w jego świadomości ni stąd, ni z owąd pojawił się uporczywy głos, nieustannie powtarzający pytanie czarodziejki w purpurze, która teraz całą swoją uwagę przeniosła na niego. Jej oczy przypominały zamarznięte iskry i nie pozwalały oderwać od nich wzroku.
-Tak naprawdę – zabrał głos Daemar, nie czekając, aż ktoś go uprzedzi – potrzebuję odszukać pewną osobę. Dawnego przyjaciela. Dowiedziałem się, że właśnie tutaj mogę go znaleźć…
-Jest członkiem Kapituły? – wyraźnie zdziwił się Magnus.
-Nie jest – odpowiedziała mu Golan z całkowitą pewnością w głosie, jakby dobrze wiedziała, o kim mowa.
-Dawny przyjaciel Oliana nie może należeć do Kapituły, Magnusie… – uśmiechnął się Fontar triumfalnie.
Pod spojrzeniem czarodzieja Daemar wyczuł przepływ energii, a po chwili gwiazdy z iluzorycznego sklepienia spłynęły na dół, wypełniając całą przestrzeń komnaty. Ich migotliwy blask przyćmił wszystko poza postaciami Daemara i Fontara, które wydawały się teraz wisieć w otaczającej je pustce. Wszystko i wszyscy pozostali zniknęli w mroku, jakby rozpłynęli się we mgle.
-…Przecież nasz „Nieznajomy” posiada innych, niż my, przyjaciół. Czyż nie tak, Magu? – czarodziej nie krył swego zadowolenia. – Już wiem, kim jesteś. Czy naprawdę myślałeś, że mistrzowie Magicznej Kapituły nie pamiętają już Mowy Eilorów i nie odczytają znaczenia tego imienia? „Nieznajomy”… Doprawdy, mało wyszukane – z dezaprobatą pokręcił głową. – Czy wszyscy Soridiani równie nisko cenią nas, śmiertelnych?
-Bynajmniej – odparł spokojnie Daemar. – Bardziej na uwadze miałem dobro waszego odźwiernego. Po cóż go tak niepokoić, gdy jest to zupełnie niepotrzebnie?
-W rzeczy samej. Dużo spokojniejszy będzie, kiedy wpuści w progi kogoś, kto nie tylko obronił się przed sondowaniem, ale i przesondował jego samego… Lecz zostawmy to. Nadal ciekawi mnie, z którym z Wielkich Magów mam niewątpliwy zaszczyt rozmawiać. Z pewnością nie z Ortanosem, ani Dorgonem. Oni chyba nigdy nie opuścili swoich wież… - pogładził brodę w zamyśleniu. – Też nie z Agenorem i raczej nie z Wolmurem. Ich raczej potrafiłbym rozpoznać. Zostaje więc Daemar, albo Agir…
W odpowiedzi mag wykonał płynny gest dłonią, jakby delikatnie chwytał szybujące piórko. Otaczające ich gwiazdy zaczęły migotać i słabnąć, niczym płomień gasnącej świecy, aż zgasły zupełnie. Jedynym źródłem światła w ciemności pozostały pojedyncze promienie, uciekające między kościstymi palcami zaciśniętej pięści maga.
-A więc witaj, władający światłem i cieniem Daemarze – Fontar rozłożył ręce w powitalnym geście. – Miło gościć w swoich progach największego podróżnika tych ziem – skomplikowanym ruchem niespodziewanie przywołał burzowy wiatr, który silnym porywem zmusił Daemara do wypuszczenia z dłoni świetlistej kuli. Ta zawisła pomiędzy nimi, niczym małe słońce.
-Dość tej nonszalancji – nachmurzył się mag i rozbił kosturem sferę, która, rozprysnąwszy się na tysiące cząstek, uwolniła zamkniętą w niej jasność. – Nie przybyłem tutaj dla własnej przyjemności, niewątpliwie wiesz o tym, Fontarze.
-Niewątpliwie wiem. Szukasz odpowiedzi na nurtujące cię pytania – postać czarodzieja rozpłynęła się w powietrzu i znikła, by po chwili zmaterializować się za plecami Daemara. - Od kiedy to wspaniali Soridiani szukają pomocy u takich zapatrzonych w siebie śmiertelników, za jakich zawsze nas mieliście?
-Poszukuję Agenora, a wy możecie pomóc mi go znaleźć. Nie musicie. Nie mam wam nic do zaoferowania w zamian.
-Ach tak, zapomniałbym, że Uzdolnieni nie są zdolni do altruizmu… - gniewnie zmrużył oczy. – …Nie wiedzą, co to bezinteresowna pomoc. Być może to przyzwyczajenie z czasów, kiedy postanowiliście Solwirów nauczyć władania Mocą, a my tego nie byliśmy warci…? Sami sobie zostawieni, sami doszliśmy do tego, czym dzisiaj jesteśmy! …Ale skoro już o tym wspomniałeś, to owszem, może jednak masz coś do zaoferowania…
-Powiedzieć, że jesteście pod tym względem niepoprawni, byłoby zdecydowanym komplementem – prychnął poirytowany mag. – Widzę, że z czasem przechodzicie nawet samych siebie. A zatem mów, czego chcesz?
-Tego samego, co ty, Daemarze – odparł z uśmiechem Fontar i usiadł na fotelu, który pojawił się tuż za nim, jakby tam stał od zawsze. – Odpowiedzi na kilka nurtujących pytań. Wymiany informacji, albowiem, jak zdążyłem zauważyć, twoim oczom i uszom także niczego nie brakuje.
-Niech więc tak będzie… – po chwili namysłu Daemar odpowiedział głosem tak ponurym i złowróżbnym, jakby właśnie ogłaszał koniec świata. – …Gdzie jest Agenor?
-Nie bądź tak pochopny, magu – Fontar uśmiechnął się przebiegle i zatarł dłonie. – Ty już otrzymałeś od nas jedną informację. Chociaż może raczej wskazówkę. Resztę odkryłeś sam, ale jednak wymiana to wymiana. Pozwolisz więc, że ja zadam moje pytanie… Przypuszczam, że niezamierzenie, ale trafiłeś do tej Kapituły, by znaleźć Agenora. Czy dobrze wnioskuję, że się wzajemnie odszukać nie możecie? Gdzież się zatem podział wasz wierny posłaniec, Orinin, który od zawsze był ogniwem spajającym Soridianów?...
-Niech ci odpowiem według zasad twojej własnej gry, Fontarze… - warknął mag. - Rzeczywiście, słusznie wnioskujesz, że muszę odszukać Agenora bez pomocy Orinina. I wiedz, że to jest moja odpowiedź na twoje pytanie. Resztę sam odkryj, jeśli zdołasz. Dostałeś wskazówkę…
W odpowiedzi czarodziej gniewnie zmrużył oczy, a jego twarz sposępniała i nabrała wyraźnie pogardliwego wyrazu.
-Gdzież bym śmiał wciągać w jakieś niepoważne gry jednego z Wielkich Magów? – zadrwił. – Cóż, widzę, że jednak nie zależy ci na odnalezieniu towarzysza…
-Są i inne sposoby… - padła spokojna odpowiedź. – Magiczna Kapituła w niczym nie jest mi niezbędna. Nie mam zamiaru tracić tu więcej czasu.
Odwrócił się i wyciągnął ramię, kreśląc w powietrzu znak mający rozproszyć iluzję. Nim skończył, uderzyła w niego fala brutalnej energii magicznej, próbująca boleśnie unieruchomić jego ciało.
-Stój, Daemarze! Nie pozwolę ci tak odejść – syknął czarodziej składając dłonie do kolejnego czaru. – Wiem, że nie tylko Agenor cię interesuje. Zdradź mi, czego naprawdę szukasz, a i ja tobie pomogę… - nie dokończył. Zajęczał boleśnie i zawisł w powietrzu, kiedy Daemar gwałtownym ruchem spętał mu całe ciało magicznymi więzami. Zastygł w bezruchu. Nie mógł poruszyć nawet palcem, a grymas wściekłej bezsilności wykrzywił mu twarz.
-Za kogo ty się masz, głupcze? – mag spojrzał na niego iskrzącym z gniewu wzrokiem, a całe otoczenie zdawało się pogrążyć w nieprzeniknionej ciemności. – Odkąd świat stoi, a słońce kroczy po niebie, nie z takimi musiałem się mierzyć! Kim myślisz, że jesteś? Co próbujesz osiągnąć? – Daemar wbił swoje spojrzenie w duszę czarodzieja tak głęboko, że ten poczuł się niemal całkowicie nagi. Spróbował się szarpnąć, wyzwolić, ale zaciśnięta pięść maga trzymała go mocno niewidzialną siłą, nie dając szans na najmniejszy nawet ruch. -…Czasami zaczynam myśleć, że to nie Ortanos, lecz ja się mylę co do was – mruknął ponuro mag, a magiczny uścisk nieco zelżał.
Czerwony z wysiłku Fontar poruszył lekko ramieniem, zachwiał się i opadł na kolana, oswobodzony. Zaczerpnął kilka głębokich oddechów i skierował oczy na Daemara, który nakreślił kosturem szeroki łuk i mocno uderzył w przestrzeń przed sobą. Głośny huk przeszył powietrze, a ciemność zdawała się zadrżeć i rozpęknąć w miejscu trafienia.
-Nie…! – syknął Fontar na widok rozrastającej się świetlistej pajęczyny pęknięć, pokrywającej coraz większą część otaczającej ich przestrzeni. – Nie!
Nagle iluzja rozsypała się na tysiące odłamków, niczym roztrzaskany witraż. Zapadł półmrok kamiennej komnaty, w której się znajdowali. Nieopodal stał stół, przy którym zasiadały trzy postacie.
* * *
Oto fragment (jeden z najnowszych) mojej powieści, traktujący o wizycie maga Daemara w siedzibie śmiertelnych czarodziejów na Wyspie Świtu
jakkolwiek by to nie brzmiało na pierwszy rzut oka, to jednak mam nadzieję, że kiedyś będziecie mieli okazję zobaczyć to w szerszym kontekście w wydaniu papierowym i (najprawdopodobniej) w miękkiej okładce 
Zapraszam do lektury i krytyki!!
* * *
Daemar ruszył w kierunku żeliwnych wrót. Kiedy chwycił ciężką, wyrzeźbioną na kształt demonicznego skrzydlaka kołatkę, poczuł silny strumień mocy, którą były na wskroś przesycone. O ile sama jej obecność była dla maga dość niespodziewana, to już dźwięk wydawany przez zaklętą kołatkę, naśladujący piskliwy wrzask uriorskiego gada, nie tak bardzo. Dużo zabawniejsza była natomiast reakcja Thurgona, który zaczął się nerwowo rozglądać po nieboskłonie i okolicznych dachach w poszukiwaniu złowieszczej poczwary.
-Spokojnie, panie krasnoludzie – rzekł Kirvas nieco rozbawionym głosem. – To tylko jedna ze sztuczek tutejszych czarodziejów…
-Czarodziejów? – zdumiał się Daemar. – Jakże to? Jest ich tutaj więcej?
-Tak. Wielu ich tu zamieszkuje – odparł kapitan z niezmąconym spokojem. – Zwą to miejsce Kapitułą. Tutaj się spotykają. Pomyślałem, że tu najpewniej znajdziecie swego przyjaciela.
Wtem zazgrzytały masywne wrota. Z błękitnawego półmroku wionęło rześkim ozonowym powietrzem, w którym mag wyczuwał znamiona mocy wielu śmiertelnych czarodziejów. Nie podobało mu się to. Już zdołał sobie przypomnieć, że Loth Endei od dawna była miejscem upatrzonym sobie przez śmiertelników obdarzonych mocą magiczną. Był niemal całkowicie pewien, iż nie znajdzie tu Agenora. Do tego wątpił także, by spotkanie z człowieczymi czarodziejami mogło mu w czymkolwiek pomóc. Zdecydowanie prędzej zaszkodzić.
Wszystkich śmiertelnych adeptów sztuk magicznych, jakich znał, niezaprzeczalnie łączyło kilka cech wspólnych – nieskrępowana pycha, zadufanie, oraz przekonanie o swej mądrości i nieomylności, stanowiły zaledwie czubek góry lodowej. Już one jednak w zupełności wystarczały, by mag wolał unikać wchodzenia z nimi w jakiekolwiek bliższe stosunki. Szczęściem, na ogół byli nieszkodliwi, jednak zdarzali się i tacy, którzy potrafili być niebezpieczni. Z sobie tylko właściwą arogancją uwielbiali wpychać nos w nie swoje sprawy i doszukiwać się w nich własnych korzyści.
Oczywiście, jak od każdej reguły, i tu bywały wyjątki, ale Daemar raczej nie spodziewał się ich spotkać w miejscu takim, jak to.
W Magicznej Kapitule. W Świątyni Arvionów - jak sami siebie zwykli nazywać obdarzeni magicznymi talentami.
Daemara ogarnął gniew na myśl, że niczym dziecko dał się tu poprowadzić, bez uprzedniego upewnienia się, dokąd jest prowadzony. Nie mógł mieć przy tym pretensji do Kirvasa, który po prostu wykazał nad wyraz dużo dobrej woli. Poza tym, jak na prostego człowieka przystało, kapitan nie mógł mieć rozeznania, jaka jest różnica pomiędzy poszukiwanym magiem, a owymi czarodziejami.
Z mroku korytarza powoli wyłoniła się zakapturzona postać. Stanąwszy w progu bramy wykonała lekki dworski pokłon i splotła dłonie wewnątrz szerokich rękawów, jakby obawiając się, że ktoś może obserwować jej dłonie.
-Bądźcie pozdrowieni, nieznajomi. W czymże mogę wam pomóc, kiedy przybywacie pod te drzwi? Nie dla wszystkich bowiem są one otwarte… - rozległ się miękki, nienaturalnie jedwabisty męski głos. Daemar niespodziewanie odczuł lekkie ukłucie świadomości, co mogło świadczyć jedynie o zuchwałej próbie odczytania jego myśli. Błyskawicznie zareagował i odbił telepatyczne zaklęcie, po czym zorientował się, iż przypadkiem przebił się przez ochronną barierę czarodzieja. Rozsierdzony zaistniałą sytuacją, postanowił to wykorzystać i zagłębić się nieco w świadomości bezczelnego adepta, w poszukiwaniu wiadomości o Agenorze, bądź też Kamieniu. Jako że od wieków nie robił niczego podobnego, a i wcześniej nie przepadał za takimi metodami pozyskiwania informacji, trwało to dosyć długo. W tym czasie zakapturzona postać niesłychanie zaintrygowała nieświadomego całego zajścia Thurgona, ponieważ wypowiedziawszy swą powitalną formułkę nagle zastygła w bezruchu z wyjątkowo dziwacznym wyrazem twarzy i nieobecnym spojrzeniem. Milczenie przedłużało się, gdyż ani Daemar, ani Kirvas nijak nie reagowali na powitanie, toteż zniecierpliwiony krasnolud podszedł do maga i ukradkiem trącił go łokciem.
-…Coś z nim chyba nie tak… Ci czarownicy wszyscy tak mają? – szepnął półgębkiem do Daemara, czym nieświadomie kompletnie zniweczył jego telepatyczne poszukiwania. Mag szybko wycofał się z zakamarków jaźni nieszczęśnika i zatarł ślady swojej inwazji, by uniknąć jakichkolwiek nieporozumień.
-…O czym mówisz? – także szeptem zwrócił się do Thurgona z udawanym niezrozumieniem.
-…dla… Dla wszystkich bowiem są one otwarte… - ocknął się zakapturzony adept, jakby owych kilka minut wcale nie upłynęło.
-Przybywamy, by spotkać się z Mistrzem Kapituły – odparł głośno i spokojnie Daemar, jak gdyby nigdy nic. - Potrzebujemy wsparcia Jego mądrości i wiedzy. Także przynosimy pozdrowienia od Selima z dworu króla Alavira – improwizował, przypomniawszy sobie imię starego czarodzieja, który niegdyś pomagał mu w pracach nad kronikami w Galedorze.
-A więc z bardzo daleka przybywacie… - odparł mężczyzna, podejmując w międzyczasie próby sforsowania mentalnej bariery, za jaką skrył się mag. Wyraźnie zniesmaczony porażką zaniechał dalszych prób i skoncentrował się na samych gościach. - …Z bardzo daleka. Czy zapowiedziane było wasze przybycie?
-Nie, Mistrz nie spodziewa się naszej wizyty.
-Zdradźcie zatem swoje imiona, bym mógł uprzedzić Go o waszym przybyciu – lekko skłonił głowę, kryjąc twarz w cieniu kaptura.
-Jestem Olian z Galedoru – odparł Daemar bez mrugnięcia okiem. – A to Thurgon, mój towarzysz.
-Ach tak… - zamyślił się czarodziej w sposób, który krasnoludowi wydał się mocno podejrzany. – Raczcie, proszę, zaczekać. Za chwilę zostaniecie wprowadzeni, Olianie z Galedoru. Obwieszczę wasze przybycie.
Kiedy zakapturzona postać zniknęła w ciemnym korytarzu, Thurgon rzucił Daemarowi pytające spojrzenie. Starzec delikatnie pokręcił głową, dając mu do zrozumienia, żeby nie zadawał pytań. Krasnolud skrzywił się lekceważąco, ale nic nie powiedział. Kirvas także powstrzymał się od pytań widząc wymianę niemych komunikatów, zatem stali w milczeniu przed bramą, aż w korytarzu przed nimi zamajaczyło delikatne światło, któremu towarzyszyły trzy postacie w podobnych ornatach.
-Możecie wejść – rozległ się inny głos, ale modulowany w dokładnie taki sam sposób, jak u poprzedniego czarodzieja. – Mistrz was oczekuje.
-A więc chodźmy – nieco wymuszony uśmiech przemknął przez twarz Daemara, gdy wsparłszy się na kosturze postąpił w kierunku progu. – Prowadź nas, przyjacielu…
-Nie, stać! – syknął niespodziewanie drugi z czarodziejów wskazując dłonią na Kirvasa, który zatrzymał się wpół kroku i zbladł jak ściana. – Żadni Heole nie mają wstępu do Kapituły! Tylko wy dwaj. Heol musi zostać.
Daemar spojrzał na niego z takim wstrętem, jakim mógłby obdarzyć jedynie zamieszkującego kloaczny dół szczura.
Ludzie mieli wyjątkową tendencję do doszukiwania się i manifestowania swojej wyższości. Nie miało żadnego znaczenia, skąd się ona brała i czym objawiała – najważniejsze, by dało się ją nazwać i wyeksponować. Najlepiej poprzez odizolowanie się od „tych gorszych”, co Daemara napawało szczerym obrzydzeniem. Pomimo iż ludzie z natury nie mogli równać się z ludem Solwirów pod kątem magicznych zdolności, nijak nie przeszkadzało im to w dokonywaniu wewnętrznych podziałów na takich, którzy owe talenty posiadali, bądź też nie. Tych, dla których sztuki magiczne pozostawały poza zasięgiem, zwano Heolami, traktując ich jednocześnie, jako gorszą odmianę ludzi. Czynili to głównie Arvioni, czyli Uzdolnieni. Była to kolejna cecha czarodziejów, której Daemar wyjątkowo nie lubił.
-Wobec tego muszę cię prosić, Kirvasie, byś pozostał tutaj – zwrócił się do kapitana Ullenbelethu. – Dziękuję za twą pomoc. Spotkamy się później w gospodzie. Chodźmy, Thurgonie.
Przestępując wrota Kapituły, Daemar poczuł silny przepływ energii magicznej, jakby przekraczał ścianę wodospadu. Wraz z następnym krokiem ściana energii ustąpiła, jakby pozostała z tyłu, czym zwróciła na siebie ciekawość maga. Thurgon niewątpliwie też ją odczuł, co znalazło swoje odzwierciedlenie w jego brodzie, która wyraźnie się nastroszyła i zesztywniała. Poirytowany krasnolud zaczął ją nerwowo ugłaskiwać i przyklepywać, mrucząc dodatkowo pod nosem jakieś przekleństwa. Prowadzący ich czarodziej spojrzał na niego z wyraźną irytacją, jakby nie tylko Heole nie byli tu mile widziani.
-Prawdziwie niezwykła magia strzeże wejścia do waszej siedziby – rzekł po chwili Daemar, spoglądając w tył w kierunku zatrzaskujących się wrót. – Przed kim potrzebujecie tak silnej ochrony tu na wyspie?
-Nie potrzebujemy przed nikim ochrony, Olianie z Galedoru – odparł buńczucznie zakapturzony czarodziej. – To Wrota Ehalkosa. Jedyna pozostałość po twierdzy zbuntowanego Arviona, która przetrwała Schizmę.
-Jaką znowu schizmę? – prychnął krasnolud, wciąż próbujący uładzić zmierzwioną brodę.
-Schizmę Airalską, jeśli dobrze zgaduję – odpowiedział mu Daemar, patrząc na wyraźnie zaskoczonego jego wiedzą adepta.
-Moje uznanie, widzę, że historia nie jest ci obca. Otóż podczas Schizmy Arvioni podzielili się na dwie frakcje. Spór o Zakazane Runy doprowadził do bratobójczej bitwy tu na wyspie. Na kontynencie rozgorzała nawet wojna z ich powodu. Pałac pierwszej Kapituły stał się siedzibą buntowników i w bitwie został zrównany z ziemią. Ostały się tylko te wrota, które wcześniej Ehalkos obłożył bardzo potężnymi zaklęciami w obawie przed szturmem…
-Spór o Zakazane Runy? – powtórzył Thurgon drwiąco. – Nasi Mistrzowie znają je od wieków i nigdy nie musieli się o nie spierać…
-Wasi Mistrzowie Runów, krasnoludzie, otrzymali je właśnie od nas i zdążyli już wielokrotnie dowieść, że nie była to słuszna decyzja – syknął lekceważąco adept. – Znaki stworzone przez Airala powinny pozostać tajemnicą. Są zbyt potężne, by z nich korzystać.
-Dobre sobie… Nie sądzę, by ten wasz Ai… Arial miał jakikolwiek udział w osiągnięciach naszych kapłanów – nadął się krasnolud i ścisnął pięścią brodę.
-Obawiam się, Thurgonie, że te runy, które zniszczyły Qorion, zrodziły się właśnie w jego umyśle – niespodziewanie wtrącił się mag. – Historia nie zna zbyt wielu jemu podobnych szaleńców.
-Doprawdy, Olianie, jestem pod wrażeniem – czarodziej zatrzymał się przed wysokimi opalizującymi drzwiami, nad którymi wisiała spora kryształowa kula. Emanował od niej przyjemny perłowy blask, tworzący na nierównej powierzchni drzwi zadziwiające refleksy światła. Dłuższe wpatrywanie się w nie pozwalało doszukiwać się zaklętych słów i symboli runicznych, mających zapewne chronić to miejsce. – To Komnata Zgromadzeń. Mistrz Fontar was oczekuje.
Wrota rozwarły się bezszelestnie, ukazując wnętrze osobliwej komnaty. Wydawała się niezwykle przestronna, bardziej nawet, niż sugerowałyby to zewnętrzne gabaryty budynku. Ściany ozdabiane były niezliczonymi gobelinami, obrazami i płaskorzeźbami. Ciągnąca się z trzech stron kolumnada przesłonięta była krystaliczną kurtyną wody, spływającej z powyższego gzymsu do wykutych w posadzce koryt, i wypełniającej przestrzeń delikatnym, srebrzystym szmerem. Szczególną uwagę Thurgona zwróciły cztery kryształowe pylony, niemalże wielkości człowieka, rozpraszające ciemność jasnym magicznym światłem.
-A niech mnie… - szepnął krasnolud, wlepiwszy wytrzeszczone oczy w monstrualne klejnoty. – Nigdy o takich cudach nie słyszałem!...
-Rzeczywiście – przytaknął cicho mag, wpatrzony w majestatycznie wirujące na ciemnym sklepieniu konstelacje nienaturalnie świecących gwiazd. Nad samym środkiem sali widniał olbrzymi księżyc, niepomny na to, iż dopiero niedawno minęło południe. - …Prawdziwie mistrzowska iluzja!
Gdzieś ze środka komnaty rozległo się w odpowiedzi ciche i jakby znudzone klaskanie. Dopiero teraz zdołali obydwaj dostrzec stojący tam stół, przy którym zasiadały trzy postacie na wyjątkowo wysokich krzesłach. Stół był bogato zastawiony i oświetlony świecami pokaźnych kandelabrów.
Ruszyli powoli w tamtym kierunku. Ku wielkiemu zdziwieniu Thurgona, zaledwie kilka kroków wystarczyło do pokonania znacznej odległości oddzielającej ich od stołu. To zaskakujące odkrycie tak go zdezorientowało, że zaczął się ukradkiem oglądać w kierunku drzwi, którymi przyszli, a które teraz znajdowały się dobre kilkadziesiąt kroków za nimi.
-Gratuluję domyślności i wprawnego oka – zaczął siedzący po lewej stronie stołu mężczyzna w szerokiej, obszytej złotem, granatowej szacie. Wyglądał dostojnie i dosyć młodo, choć jego oczy zdradzały, że był zdecydowanie starszy, niż mogłoby się wydawać. Ostatni raz klasnął w dłonie, po czym splótł ramiona na piersi. – Dziękuję także za słowa uznania. Mało kto potrafi docenić włożony w nią trud.
-Cała przyjemność po mojej stronie – Daemar wykonał lekki pokłon w kierunku każdej z trzech zasiadających przy stole postaci. – Bądźcie pozdrowieni.
-Wy także – odparł dość niefrasobliwie mężczyzna i nalał wina do pucharu siedzącej obok niego kobiety w podobnym stroju w kolorze ciemnej purpury. – Poznajcie Golan, Pierwszą Damę zgromadzenia. A także Mistrza Fontara – wskazał czarodzieja zasiadającego na drugim końcu stołu. – Ja jestem Mistrz Magnus.
-Witamy w progach Magicznej Kapituły – odezwała się kobieta, nieustannie lustrując Daemara swoimi zimnymi jak lód oczami. – W tym miejscu spotyka się elita Arvionów z niemal całego świata, od zachodniego Soriadenu i Dorgadu, aż po wybrzeża Aneratu i Ankhalionu. Nie każdy z przybywających w te strony ma podobną sposobność stanąć przed nami, Lektorami owej Kapituły – ciągnęła niezmiennie zimnym i wyniosłym tonem.
-Na ogół nikt nie ma takiej sposobności – bezceremonialnie przerwał jej brodaty mężczyzna, przedstawiony jako Fontar. Brak sprzeciwu ze strony pozostałej dwójki mógł świadczyć, iż to właśnie on był przewodniczącym zgromadzenia, chociaż jego wygląd, wbrew oczekiwaniom Daemara, wcale nie wyróżniał go z grona. – Możecie być zatem pewni, że macie wyjątkowe szczęście…
-Powiedzmy, że udało ci się nas zaintrygować swoim przybyciem, Olianie – podchwycił ponownie Magnus i uniósł swój puchar do ust. – Przejdźmy zatem do rzeczy…
-Niezwykle rad jestem to słyszeć. Otóż przybyłem do was aż z Galedoru, gdyż wiem, jak daleko sięgają oczy i uszy Magicznej Kapituły. Wielka jest wasza potęga i mądrość, zatem przychodzę, by prosić was o pomoc – wyrecytował nieco pokornym tonem mag. Fakt, że znalazł się wśród Arvionów, i to tak prominentnych, postanowił jak najlepiej wykorzystać, pomimo iż szczerze wolałby uniknąć owego spotkania. Niemniej ich wiedza rzeczywiście mogła być przydatna. – Wiele niepokojących rzeczy dzieje się w Rozległych Krainach ostatnimi czasy. Przypuszczam, że ruchy trolli i nagorów po zachodniej stronie Tar Belianu są wam znane – kontynuował. – Gromadzą się. Schodzą z gór i ciągną na południe. Niczego to wprawdzie nie dowodzi, ale niewątpliwie może być znakiem, że dzieje się coś niepokojącego. Zbierają siły. Być może odpowiadają na wezwanie swojego Pana…
-Podobnych „znaków” jest więcej, niż ci się wydaje – przerwał mu pobłażliwie czarodziej w granatowej szacie. – Jak choćby duża liczba mrocznych plemion plądrujących od niedawna przygraniczne rubieże Aneratu i południowy Qertan. Porywają ludzi, kradną bydło i konie, rabują broń… Sam rzekłeś, że niczego to nie dowodzi, wiemy jednak, iż może o czymś świadczyć…
-Są także inne znaki, nie mniej niepokojące – podjął ponownie Daemar. – Trudno jednak zgadnąć, z czym one mogą się wiązać. A mówię teraz o pojawieniu się w Eltarze dawno niewidzianych gości… Skrzydlaków.
-Jesteś nadzwyczaj spostrzegawczy i dobrze poinformowany, Olianie z Galedoru – tym razem przemówił Fontar. W jego głosie dało się wyczuć niezbyt przyjazną nutę. – Nie spodziewaliśmy się, że ktoś prócz nas będzie w stanie to odkryć.
-Kilka tych stworzeń rzeczywiście pojawiło się w okolicach Ghotarilldu i Dolnego Rionanu – zamyślił się Magnus i splótł palce pod brodą. – Nie wiadomo jednak skąd przybyły, ani… - umilkł, zgromiony wzrokiem zasiadającej obok kobiety.
-Nie wiadomo? – szybko podchwycił Daemar. – Czyli nie pochodzą z ruin krasnoludzkiego Khargazoru… - wydedukował głośno, wiedząc, że jest to jedno z miejsc usilniej obserwowanych przez rozproszonych po Eltarze czarodziejów.
Thurgon wyraźnie się ożywił usłyszawszy nazwę zniszczonego królestwa, ale u pozostałej trójki reakcja była raczej przeciwna. Kobieta w purpurze wbiła w maga jeszcze bardziej lodowate spojrzenie, dwaj czarodzieje popatrzyli po sobie porozumiewawczo, a ich oblicza sposępniały, niczym gradowe chmury.
-Tak… - mruknął Fontar złowróżbnie po dłuższym milczeniu. – Trzeba ci to przyznać, Olianie, że potrafisz zaintrygować. Niechętnie zgodziłem się na to spotkanie, ale widzę, że może być nad wyraz interesujące. Jakiej rady może potrzebować ktoś, kto tak dużo wie i… tak dobrze chroni swą wiedzę?... – przeciągnął wzrokiem wpierw po zasiadających za stołem towarzyszach, a następnie po krasnoludzie i magu. Jego oczy zdawały się widzieć znacznie więcej, niż oczy zwykłego człowieka. Przewiercały na wylot i budziły lęk. Thurgon poczuł, jak mimowolnie jeżą mu się włosy na karku. – Jakiej pomocy od nas oczekujesz?
-W istocie – odparł znacznie pewniej niż poprzednio Daemar – oczekuję od was pomocy. Oczekuję, że pomożecie mi znaleźć kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania…
-…Nie tylko odpowiedzi! – podszepnął krasnolud, chcąc niejako przypomnieć magowi o innym, bardziej konkretnym obiekcie poszukiwań. Gdyby nie był w owym momencie tak skupiony na osobach czarodziejów, mógłby dostrzec na twarzy maga mieszaninę lęku i wściekłości, wymierzonej w niego samego. Ale nie dostrzegł. Ów moment jednak został bezbłędnie wychwycony przez przewodzącego Kapitule Fontara, który nie omieszkał zainteresować się spostrzeżeniem.
-Cóż więc jeszcze, poza odpowiedziami na nurtujące pytania, możemy dla was uczynić? – błysk w jego oku nie mógł wróżyć niczego dobrego.
-Może dla odmiany pan krasnolud zechce nam przybliżyć cel tej wizyty? – wtrąciła się Golan wyraźnie zainteresowana nowymi okolicznościami. – Jak sam Olian rzekł, wiele wiemy i wiele możemy. Czego więc tak naprawdę poszukujecie?
Thurgon nagle poczuł na sobie ciężar spojrzeń wszystkich zebranych w Komnacie Zgromadzeń. Słyszał w głowie szum porannego piwa i nie był do końca pewien, czy powinien był się odzywać, czy też nie. Dodatkowo w jego świadomości ni stąd, ni z owąd pojawił się uporczywy głos, nieustannie powtarzający pytanie czarodziejki w purpurze, która teraz całą swoją uwagę przeniosła na niego. Jej oczy przypominały zamarznięte iskry i nie pozwalały oderwać od nich wzroku.
-Tak naprawdę – zabrał głos Daemar, nie czekając, aż ktoś go uprzedzi – potrzebuję odszukać pewną osobę. Dawnego przyjaciela. Dowiedziałem się, że właśnie tutaj mogę go znaleźć…
-Jest członkiem Kapituły? – wyraźnie zdziwił się Magnus.
-Nie jest – odpowiedziała mu Golan z całkowitą pewnością w głosie, jakby dobrze wiedziała, o kim mowa.
-Dawny przyjaciel Oliana nie może należeć do Kapituły, Magnusie… – uśmiechnął się Fontar triumfalnie.
Pod spojrzeniem czarodzieja Daemar wyczuł przepływ energii, a po chwili gwiazdy z iluzorycznego sklepienia spłynęły na dół, wypełniając całą przestrzeń komnaty. Ich migotliwy blask przyćmił wszystko poza postaciami Daemara i Fontara, które wydawały się teraz wisieć w otaczającej je pustce. Wszystko i wszyscy pozostali zniknęli w mroku, jakby rozpłynęli się we mgle.
-…Przecież nasz „Nieznajomy” posiada innych, niż my, przyjaciół. Czyż nie tak, Magu? – czarodziej nie krył swego zadowolenia. – Już wiem, kim jesteś. Czy naprawdę myślałeś, że mistrzowie Magicznej Kapituły nie pamiętają już Mowy Eilorów i nie odczytają znaczenia tego imienia? „Nieznajomy”… Doprawdy, mało wyszukane – z dezaprobatą pokręcił głową. – Czy wszyscy Soridiani równie nisko cenią nas, śmiertelnych?
-Bynajmniej – odparł spokojnie Daemar. – Bardziej na uwadze miałem dobro waszego odźwiernego. Po cóż go tak niepokoić, gdy jest to zupełnie niepotrzebnie?
-W rzeczy samej. Dużo spokojniejszy będzie, kiedy wpuści w progi kogoś, kto nie tylko obronił się przed sondowaniem, ale i przesondował jego samego… Lecz zostawmy to. Nadal ciekawi mnie, z którym z Wielkich Magów mam niewątpliwy zaszczyt rozmawiać. Z pewnością nie z Ortanosem, ani Dorgonem. Oni chyba nigdy nie opuścili swoich wież… - pogładził brodę w zamyśleniu. – Też nie z Agenorem i raczej nie z Wolmurem. Ich raczej potrafiłbym rozpoznać. Zostaje więc Daemar, albo Agir…
W odpowiedzi mag wykonał płynny gest dłonią, jakby delikatnie chwytał szybujące piórko. Otaczające ich gwiazdy zaczęły migotać i słabnąć, niczym płomień gasnącej świecy, aż zgasły zupełnie. Jedynym źródłem światła w ciemności pozostały pojedyncze promienie, uciekające między kościstymi palcami zaciśniętej pięści maga.
-A więc witaj, władający światłem i cieniem Daemarze – Fontar rozłożył ręce w powitalnym geście. – Miło gościć w swoich progach największego podróżnika tych ziem – skomplikowanym ruchem niespodziewanie przywołał burzowy wiatr, który silnym porywem zmusił Daemara do wypuszczenia z dłoni świetlistej kuli. Ta zawisła pomiędzy nimi, niczym małe słońce.
-Dość tej nonszalancji – nachmurzył się mag i rozbił kosturem sferę, która, rozprysnąwszy się na tysiące cząstek, uwolniła zamkniętą w niej jasność. – Nie przybyłem tutaj dla własnej przyjemności, niewątpliwie wiesz o tym, Fontarze.
-Niewątpliwie wiem. Szukasz odpowiedzi na nurtujące cię pytania – postać czarodzieja rozpłynęła się w powietrzu i znikła, by po chwili zmaterializować się za plecami Daemara. - Od kiedy to wspaniali Soridiani szukają pomocy u takich zapatrzonych w siebie śmiertelników, za jakich zawsze nas mieliście?
-Poszukuję Agenora, a wy możecie pomóc mi go znaleźć. Nie musicie. Nie mam wam nic do zaoferowania w zamian.
-Ach tak, zapomniałbym, że Uzdolnieni nie są zdolni do altruizmu… - gniewnie zmrużył oczy. – …Nie wiedzą, co to bezinteresowna pomoc. Być może to przyzwyczajenie z czasów, kiedy postanowiliście Solwirów nauczyć władania Mocą, a my tego nie byliśmy warci…? Sami sobie zostawieni, sami doszliśmy do tego, czym dzisiaj jesteśmy! …Ale skoro już o tym wspomniałeś, to owszem, może jednak masz coś do zaoferowania…
-Powiedzieć, że jesteście pod tym względem niepoprawni, byłoby zdecydowanym komplementem – prychnął poirytowany mag. – Widzę, że z czasem przechodzicie nawet samych siebie. A zatem mów, czego chcesz?
-Tego samego, co ty, Daemarze – odparł z uśmiechem Fontar i usiadł na fotelu, który pojawił się tuż za nim, jakby tam stał od zawsze. – Odpowiedzi na kilka nurtujących pytań. Wymiany informacji, albowiem, jak zdążyłem zauważyć, twoim oczom i uszom także niczego nie brakuje.
-Niech więc tak będzie… – po chwili namysłu Daemar odpowiedział głosem tak ponurym i złowróżbnym, jakby właśnie ogłaszał koniec świata. – …Gdzie jest Agenor?
-Nie bądź tak pochopny, magu – Fontar uśmiechnął się przebiegle i zatarł dłonie. – Ty już otrzymałeś od nas jedną informację. Chociaż może raczej wskazówkę. Resztę odkryłeś sam, ale jednak wymiana to wymiana. Pozwolisz więc, że ja zadam moje pytanie… Przypuszczam, że niezamierzenie, ale trafiłeś do tej Kapituły, by znaleźć Agenora. Czy dobrze wnioskuję, że się wzajemnie odszukać nie możecie? Gdzież się zatem podział wasz wierny posłaniec, Orinin, który od zawsze był ogniwem spajającym Soridianów?...
-Niech ci odpowiem według zasad twojej własnej gry, Fontarze… - warknął mag. - Rzeczywiście, słusznie wnioskujesz, że muszę odszukać Agenora bez pomocy Orinina. I wiedz, że to jest moja odpowiedź na twoje pytanie. Resztę sam odkryj, jeśli zdołasz. Dostałeś wskazówkę…
W odpowiedzi czarodziej gniewnie zmrużył oczy, a jego twarz sposępniała i nabrała wyraźnie pogardliwego wyrazu.
-Gdzież bym śmiał wciągać w jakieś niepoważne gry jednego z Wielkich Magów? – zadrwił. – Cóż, widzę, że jednak nie zależy ci na odnalezieniu towarzysza…
-Są i inne sposoby… - padła spokojna odpowiedź. – Magiczna Kapituła w niczym nie jest mi niezbędna. Nie mam zamiaru tracić tu więcej czasu.
Odwrócił się i wyciągnął ramię, kreśląc w powietrzu znak mający rozproszyć iluzję. Nim skończył, uderzyła w niego fala brutalnej energii magicznej, próbująca boleśnie unieruchomić jego ciało.
-Stój, Daemarze! Nie pozwolę ci tak odejść – syknął czarodziej składając dłonie do kolejnego czaru. – Wiem, że nie tylko Agenor cię interesuje. Zdradź mi, czego naprawdę szukasz, a i ja tobie pomogę… - nie dokończył. Zajęczał boleśnie i zawisł w powietrzu, kiedy Daemar gwałtownym ruchem spętał mu całe ciało magicznymi więzami. Zastygł w bezruchu. Nie mógł poruszyć nawet palcem, a grymas wściekłej bezsilności wykrzywił mu twarz.
-Za kogo ty się masz, głupcze? – mag spojrzał na niego iskrzącym z gniewu wzrokiem, a całe otoczenie zdawało się pogrążyć w nieprzeniknionej ciemności. – Odkąd świat stoi, a słońce kroczy po niebie, nie z takimi musiałem się mierzyć! Kim myślisz, że jesteś? Co próbujesz osiągnąć? – Daemar wbił swoje spojrzenie w duszę czarodzieja tak głęboko, że ten poczuł się niemal całkowicie nagi. Spróbował się szarpnąć, wyzwolić, ale zaciśnięta pięść maga trzymała go mocno niewidzialną siłą, nie dając szans na najmniejszy nawet ruch. -…Czasami zaczynam myśleć, że to nie Ortanos, lecz ja się mylę co do was – mruknął ponuro mag, a magiczny uścisk nieco zelżał.
Czerwony z wysiłku Fontar poruszył lekko ramieniem, zachwiał się i opadł na kolana, oswobodzony. Zaczerpnął kilka głębokich oddechów i skierował oczy na Daemara, który nakreślił kosturem szeroki łuk i mocno uderzył w przestrzeń przed sobą. Głośny huk przeszył powietrze, a ciemność zdawała się zadrżeć i rozpęknąć w miejscu trafienia.
-Nie…! – syknął Fontar na widok rozrastającej się świetlistej pajęczyny pęknięć, pokrywającej coraz większą część otaczającej ich przestrzeni. – Nie!
Nagle iluzja rozsypała się na tysiące odłamków, niczym roztrzaskany witraż. Zapadł półmrok kamiennej komnaty, w której się znajdowali. Nieopodal stał stół, przy którym zasiadały trzy postacie.
* * *