Grzyby na parze
Ależ tu pusto. W sumie sam nie zaglądam, więc czemu się dziwić. Oto dzieło ostatnich kilku dni, a może początek czegoś większego. W zamyśle steampunk.
Szum dobiegający zza drzwi dowodził, że hałas wewnątrz może zbić człowieka z nóg. W społeczeństwie w tak dużym stopniu opanowanym przez maszyny jednym z priorytetów stało się zapewnienie względnej ochrony przed nieustannym łomotem silników. Choć każdy mieszkaniec miasta był przyzwyczajony, że niezliczonymi rurami, przewodami czy choćby przez sam materiał ścian dochodzi do niego niekończący się szum, ci, którzy pracują przy prawdziwych molochach, zawsze bardzo ostrożnie podchodzili do kurtyn akustycznych. Olaf stał przy jednej z takich śluz. Choć wiedział, że nie zostanie usłyszany, odruchowo zapukał. Na Uniwersytecie dobre wychowanie było równie ważne co wiedza techniczna.
Ofal chwilę odczekał po otwarciu drzwi. Pozwolił uszom, a przy tym natężeniu dźwięku również i reszcie organizmu, przywyknąć do hałasu panującego wewnątrz. Dopiero wówczas nieśmiało wszedł do pomieszczenia. Wnętrze, dużo większe niż inne pracownie czy nawet sala gimnastyczna, prawie w całości wypełniał komputer. Wały i przekładnie, płyty perforowane i zębatki, wszystko to kręciło się w zawrotnym tempie osnute lekką mgiełką ulatującą z silników parowych. Olaf chłonął chwilę ten obraz. Nigdy nie był przy głównym komputerze. Urządzenie to było zbyt delikatne, zbyt złożone i zbyt kosztowne by zwykły pomocnik mechanika miał się nim zajmować. Doskonale rozpoznawał działy pamięci operacyjnej, wały z kartami pamięci trwałej. Bez trudu zidentyfikował olbrzymią drukarkę. Na koniec dostrzegł coś, o czym słyszał jedynie w czasie studiów, a co stanowiło dla studentów niemal legendę– ekran. Wielkie urządzenie zajmowało powierzchnię kilku tablic wykładowych i składało się z niezliczonej ilości maleńkich kątowniczków. Te, z jedną ścianką białą, a drugą czarną, obracane przez zawiły gąszcz maleńkich tłoków i trybów, dawał czarno-biały obraz równie wyraźny co karta z drukarki.
Przed ekranem stała postać. Była oddalona od tablicy o kilka metrów by móc ją objąć wzrokiem. Olaf rozpoznał w nim jednego z wykładowców Wydziału Mechaniki Stosowanej, doktora Wodana. Jego kruczo czarne włosy były dostatecznej długości by zasłonić szyję, więc widziany od tyłu jawił się w swym fraku niczym bazaltowy obelisk. Wszędobylska para jeszcze bardziej rozmywała detale jego postury, lecz Olaf wiedział, że jest to człowiek smukły choć przeciętnego wzrostu.
Młody mechanik niepewnie zrobił kilka kroków w przód. Dopiero wówczas doktor zauważył go i zwrócił się ku młodzieńcowi. We mgle, choć nie były dostrzegalne jego ostre rysy twarzy, doskonale widoczna była czarna bródka formowana w szpic.
- Przepraszam, panie doktorze – zaczął niepewnie chłopak korzystając z chwili uwagi wykładowcy – Jestem młodszym mechanikiem. Wzywał mnie pan?
Po chwili milczenia usłyszał krótkie „Tak” mówione jakby nie było uwieńczeniem jakiegoś toku myślowego, lecz zaledwie jego częścią. Doktor zbliżył się, jakby chciał się przyjrzeć młodzieńcowi.
- Lampka nad wejściem nie działa – wskazał laską, której istnienia Olaf wcześniej nie zauważył, niewielką lampkę nad drzwiami. Chłopak zdziwił się, gdyż całe pomieszczenie oświetlane było przez liczne świetliki wykonane w dachu hali, zaś same drzwi nikły wśród mgły, gdy się na nie spojrzało spod ekranu. Olafowi nie zostało jednak nic innego, jak powiedzieć posłusznie:
- Już się tym zajmuję. – i wziąć się do roboty.
Wpierw zabezpieczył przewód doprowadzający ciecz cieplną do lampy. Ciecz ta tak naprawdę sama w sobie niekoniecznie musiała być ciepła. Nawet dbano często, by jej przepływ odbywał się w niskich temperaturach, gdyż rozgrzane rury stwarzały niebezpieczeństwo i miały tendencję do deformacji. Jedynie w samych lampach ciecz cieplna, sama w sobie dość gęsta, natrafiała na wystarczający opór na ściankach, by rozgrzać się. Przy podwyższonej temperaturze zewnętrzny materiał żarówki zaczynał się jarzyć dając trochę światła. Nie były to może jasności porównywalne ze światłem słonecznym czy choćby lampą naftową, lecz rozwiązanie to stało się popularne zwłaszcza w układach liniowych jak na przykład korytarze Uniwersytetu.
Olaf zdemontował szybko żarówkę. Przyjrzał jej się uważnie i stwierdził z zadowoleniem, że zgodnie z jego przewidywaniami, po prostu się zapchała. Naprawa jej nie była trudna, lecz lepiej było robić takie rzeczy w pracowni. Dlatego sięgnął do torby po nową żarówkę. Problemy z oświetleniem nie należały do rzadkości toteż noszenie ze sobą zapasowej żarówki oszczędzało wiele problemu. Zamontował część w lampie i z dumą odwrócił się do doktora. Ten cały czas wpatrywał się w młodzieńca.
- Bardzo ładnie – rzekł w końcu – Mam jeszcze jeden problem i mam nadzieję, że mi pomożesz. Otóż coś w komputerze działa źle. Nie wiem co. Nie wiem nawet jak dowieść, że coś jest źle, ale coś działa nie tak. Możesz sprawdzić co to?
W pierwszej chwili chłopak chciał powiedzieć, że to zadanie dla wyspecjalizowanych mechaników, którzy zajmowali się serwisem komputera. On nie był upoważniony do dotykania tu czegokolwiek. W ostatniej chwili powstrzymał się. W końcu na taką szansę czekał całe życie. Już jako dzieciak chciał być taki jak dziadek – budować i naprawiać maszyny. Po to przecież poszedł na studia. Dlatego przyjął dziwaczną pracę pomocnika mechanika, choć z jego wykształceniem łączyło ten etat jedynie słowo „mechanika”. Teraz jednak jest jego szansa.
- Postaram się – powiedział pewnie i ruszył w kierunku komputera.
Na pierwszy rzut oka wszystko było sprawne. Oczywiście pierwszy rzut oka dawał niewielki pogląd, gdyż para uniemożliwiała przyjrzenie się jakimkolwiek szczegółom. Dziadek nauczył go jednak, że prawdziwy mechanik nie tylko ogląda maszynę. Powinien odczuwać ją wszystkimi zmysłami. Wsłuchać się w jej rytm, poczuć zapach jej pary, dotykiem sprawdzić, czy się nie przegrzewa lub wyziębia. „Zamknij oczy” – mówił chłopakowi dziadek – „Zamknij je a zobaczysz, co kryje się pod pancerzem, który zasłania prawdę oczom”.
Chłopak przypomniał sobie radę dziadka. Przymknął oczy i wsłuchał się w huk pracującego komputera. Dźwięk go przytłaczał. Zdawał się być jednostajny, identyczny. Chłopak zrobić kilka kroków do przodu. Zmiana pozycji nie pomogła. Nadal nie dostrzegał ani różnicy w pracy działów ani tym bardziej niesprawności całości układu. Po chwili, w której modlił się o cud, odwrócił się zrezygnowany by powiedzieć doktorowi, że musiałby przejrzeć wszystkie układy, co zajmie pewnie z miesiąc. Wtedy jednak coś się zmieniło. Znów zamknął oczy. Przytłaczający huk obracanych i zatrzymywanych tłoków, turbin, trybów i zębatek zlał się w całość uniemożliwiając identyfikację jakiejkolwiek ze swoich części. Tym razem obrócił się z zamkniętymi oczyma. Starał się zrobić to jak najbardziej gwałtownie i omal nie stracił równowagi, ale zdołał zauważyć różnicę. Zdecydowanie jeden z układów dawał nieco cichsze brzmienie.
Póki co chłopak znalazł kierunek. Wiedział, że przed nim daleka jeszcze droga, lecz przekonany o swojej racji i dumny, że coś już zdołał osiągnąć, ruszył drabinką w górę na jedną z antresol technicznych. Stal aż drżała od wibracji i w pewnym momencie Olaf zaczął się zastanawiać, czy ten stan wynika z przenoszenia się drgań z maszyny po gruncie, czy też dźwięk ma tak duży wpływ na wszystko wokoło. W końcu stanął przy jednym z układów pamięci lokalnej. Olbrzymi element był jakby miniaturą całego komputera. Wirujące zębatki i trybiki przypominały jakieś niezwykle zaawansowane narzędzie tortur. Z tłoków co rusz buchała para. Podszedł do nich i szybkim dotknięciem sprawdził pobieżnie temperaturę każdego. Badanie to nie należało do dokładnych i groziło niebezpiecznymi poparzeniami, ale Olafowi zależało, by wykonać zadanie, a z racji braku specjalistycznych narzędzi wybrał jedyny dostępny rodzaj diagnostyki.
Ryzyko opłaciło się. Jeden z tłoków okazał się jedynie ciepły, podczas gdy inne mogły służyć do podgrzewania wody miejskiej w mroźną zimę. Sprawdził rury dochodzące. Nie miał wielkiej wprawy tego typu usterkach, ale w porównaniu z innymi tłokami, z tego wydobywało się bardzo dużo pary. Olafowi tylko jeden wniosek przeszedł na myśl – musiała puścić uszczelka przy rurze napędowej. Nie do końca wiedział, która to rura, więc zabrał się za odkręcanie pierwszej, jaka podeszła mu pod rękę. Ostry zapach gazu, jaki wypełnił nagle otaczającą przestrzeń ostrzegł go, że popełnił błąd.
Informacje między układami przenoszone były na różne sposoby. Jednym z nich był „wymiennik gazowy”. Komputer radził sobie z identyfikacją dziewiętnastu różnych związków chemicznych toteż niektóre informacje przesyłano jako mieszaninę tych gazów uzyskując w ten sposób szybki przesył w układzie dziewiętnastkowym. Olaf szybko pozbył się natrętnej myśli, by przypomnieć sobie sposób zamiany liczby z układu binarnego (charakterystycznego dla płyt perforowanych) na dziewiętnastkowy. Przykręcił szczelnie rurę informacyjną i z dużą dozą prawdopodobieństwa określił, która z pozostałych służy do napędu.
Uszczelka rzeczywiście okazała się zmurszała, więc młodzieniec, zadowolony z siebie, szybko ją wymienił i ruszył w drogę powrotną. Na poziomie podstawowym już czekał na niego doktor.
- Teraz działa o wiele lepiej – powiedział z zadowoleniem – Powiedz mi, co ktoś taki jak ty robi w roli woźnego?
- Była to jedyna droga do pozostania na uczelni po skończeniu studiów. Staram się o przeniesienie na posadę adiunkta, ale póki co bezskutecznie.
- Może chciałbyś więc pomóc mi w jeszcze jednej sprawie? – doktor wciąż badawczo wpatrywał się w młodzieńca.
- O co chodzi, panie doktorze? – chłopak już zdołał ochłonąć z pierwotnej dumy i teraz czuł się co najmniej niepewnie w rozmowie z wykładowcą.
- Wyjeżdżam. Dość daleko. I potrzebuję takiego sprytnego pomocnika jak ty. Co ty na to?
Olaf od razu wspomniał liczne opowieści z podróży dziadka. Teraz miał wyruszyć we własną.
- Tak! – krzyknął.
- To dobrze – powiedział doktor z lekkim uśmieszkiem, jaki cechuje starego wygę patrzącego na żółtodzioba, i odwrócił się do ekranu.
- A można spytać, co pan tam liczy? – Olaf postanowił skorzystać z okazji by móc zagadnąć kogoś na tematy techniczne. W końcu miał wyruszyć na wyprawę.
- Datę końca świata – odparł doktor, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
- Co? – krzyknął ze zdziwienia Olaf. Po chwili opamiętał się i poprawił – Znaczy słucham?
Doktor odwrócił się, a na jego twarzy widać było rozbawienie.
- Po smarowaniu powinniśmy rozruszać całą maszynerię. Dlatego dajemy jej wówczas jakieś bardzo trudne zadanie do policzenia albo pętlę bez danej wyjściowej. Nazywamy to obliczaniem daty końca świata, bo być może właśnie taki wynik uzyskamy.
Wychodząc Olaf zdobył się na jeszcze jedno pytanie.
- Pan wiedział, co nie działa w komputerze, prawda?
Doktor chyba go nie usłyszał, gdyż nawet nie drgnął wpatrując się w ekran komputera.
Szum dobiegający zza drzwi dowodził, że hałas wewnątrz może zbić człowieka z nóg. W społeczeństwie w tak dużym stopniu opanowanym przez maszyny jednym z priorytetów stało się zapewnienie względnej ochrony przed nieustannym łomotem silników. Choć każdy mieszkaniec miasta był przyzwyczajony, że niezliczonymi rurami, przewodami czy choćby przez sam materiał ścian dochodzi do niego niekończący się szum, ci, którzy pracują przy prawdziwych molochach, zawsze bardzo ostrożnie podchodzili do kurtyn akustycznych. Olaf stał przy jednej z takich śluz. Choć wiedział, że nie zostanie usłyszany, odruchowo zapukał. Na Uniwersytecie dobre wychowanie było równie ważne co wiedza techniczna.
Ofal chwilę odczekał po otwarciu drzwi. Pozwolił uszom, a przy tym natężeniu dźwięku również i reszcie organizmu, przywyknąć do hałasu panującego wewnątrz. Dopiero wówczas nieśmiało wszedł do pomieszczenia. Wnętrze, dużo większe niż inne pracownie czy nawet sala gimnastyczna, prawie w całości wypełniał komputer. Wały i przekładnie, płyty perforowane i zębatki, wszystko to kręciło się w zawrotnym tempie osnute lekką mgiełką ulatującą z silników parowych. Olaf chłonął chwilę ten obraz. Nigdy nie był przy głównym komputerze. Urządzenie to było zbyt delikatne, zbyt złożone i zbyt kosztowne by zwykły pomocnik mechanika miał się nim zajmować. Doskonale rozpoznawał działy pamięci operacyjnej, wały z kartami pamięci trwałej. Bez trudu zidentyfikował olbrzymią drukarkę. Na koniec dostrzegł coś, o czym słyszał jedynie w czasie studiów, a co stanowiło dla studentów niemal legendę– ekran. Wielkie urządzenie zajmowało powierzchnię kilku tablic wykładowych i składało się z niezliczonej ilości maleńkich kątowniczków. Te, z jedną ścianką białą, a drugą czarną, obracane przez zawiły gąszcz maleńkich tłoków i trybów, dawał czarno-biały obraz równie wyraźny co karta z drukarki.
Przed ekranem stała postać. Była oddalona od tablicy o kilka metrów by móc ją objąć wzrokiem. Olaf rozpoznał w nim jednego z wykładowców Wydziału Mechaniki Stosowanej, doktora Wodana. Jego kruczo czarne włosy były dostatecznej długości by zasłonić szyję, więc widziany od tyłu jawił się w swym fraku niczym bazaltowy obelisk. Wszędobylska para jeszcze bardziej rozmywała detale jego postury, lecz Olaf wiedział, że jest to człowiek smukły choć przeciętnego wzrostu.
Młody mechanik niepewnie zrobił kilka kroków w przód. Dopiero wówczas doktor zauważył go i zwrócił się ku młodzieńcowi. We mgle, choć nie były dostrzegalne jego ostre rysy twarzy, doskonale widoczna była czarna bródka formowana w szpic.
- Przepraszam, panie doktorze – zaczął niepewnie chłopak korzystając z chwili uwagi wykładowcy – Jestem młodszym mechanikiem. Wzywał mnie pan?
Po chwili milczenia usłyszał krótkie „Tak” mówione jakby nie było uwieńczeniem jakiegoś toku myślowego, lecz zaledwie jego częścią. Doktor zbliżył się, jakby chciał się przyjrzeć młodzieńcowi.
- Lampka nad wejściem nie działa – wskazał laską, której istnienia Olaf wcześniej nie zauważył, niewielką lampkę nad drzwiami. Chłopak zdziwił się, gdyż całe pomieszczenie oświetlane było przez liczne świetliki wykonane w dachu hali, zaś same drzwi nikły wśród mgły, gdy się na nie spojrzało spod ekranu. Olafowi nie zostało jednak nic innego, jak powiedzieć posłusznie:
- Już się tym zajmuję. – i wziąć się do roboty.
Wpierw zabezpieczył przewód doprowadzający ciecz cieplną do lampy. Ciecz ta tak naprawdę sama w sobie niekoniecznie musiała być ciepła. Nawet dbano często, by jej przepływ odbywał się w niskich temperaturach, gdyż rozgrzane rury stwarzały niebezpieczeństwo i miały tendencję do deformacji. Jedynie w samych lampach ciecz cieplna, sama w sobie dość gęsta, natrafiała na wystarczający opór na ściankach, by rozgrzać się. Przy podwyższonej temperaturze zewnętrzny materiał żarówki zaczynał się jarzyć dając trochę światła. Nie były to może jasności porównywalne ze światłem słonecznym czy choćby lampą naftową, lecz rozwiązanie to stało się popularne zwłaszcza w układach liniowych jak na przykład korytarze Uniwersytetu.
Olaf zdemontował szybko żarówkę. Przyjrzał jej się uważnie i stwierdził z zadowoleniem, że zgodnie z jego przewidywaniami, po prostu się zapchała. Naprawa jej nie była trudna, lecz lepiej było robić takie rzeczy w pracowni. Dlatego sięgnął do torby po nową żarówkę. Problemy z oświetleniem nie należały do rzadkości toteż noszenie ze sobą zapasowej żarówki oszczędzało wiele problemu. Zamontował część w lampie i z dumą odwrócił się do doktora. Ten cały czas wpatrywał się w młodzieńca.
- Bardzo ładnie – rzekł w końcu – Mam jeszcze jeden problem i mam nadzieję, że mi pomożesz. Otóż coś w komputerze działa źle. Nie wiem co. Nie wiem nawet jak dowieść, że coś jest źle, ale coś działa nie tak. Możesz sprawdzić co to?
W pierwszej chwili chłopak chciał powiedzieć, że to zadanie dla wyspecjalizowanych mechaników, którzy zajmowali się serwisem komputera. On nie był upoważniony do dotykania tu czegokolwiek. W ostatniej chwili powstrzymał się. W końcu na taką szansę czekał całe życie. Już jako dzieciak chciał być taki jak dziadek – budować i naprawiać maszyny. Po to przecież poszedł na studia. Dlatego przyjął dziwaczną pracę pomocnika mechanika, choć z jego wykształceniem łączyło ten etat jedynie słowo „mechanika”. Teraz jednak jest jego szansa.
- Postaram się – powiedział pewnie i ruszył w kierunku komputera.
Na pierwszy rzut oka wszystko było sprawne. Oczywiście pierwszy rzut oka dawał niewielki pogląd, gdyż para uniemożliwiała przyjrzenie się jakimkolwiek szczegółom. Dziadek nauczył go jednak, że prawdziwy mechanik nie tylko ogląda maszynę. Powinien odczuwać ją wszystkimi zmysłami. Wsłuchać się w jej rytm, poczuć zapach jej pary, dotykiem sprawdzić, czy się nie przegrzewa lub wyziębia. „Zamknij oczy” – mówił chłopakowi dziadek – „Zamknij je a zobaczysz, co kryje się pod pancerzem, który zasłania prawdę oczom”.
Chłopak przypomniał sobie radę dziadka. Przymknął oczy i wsłuchał się w huk pracującego komputera. Dźwięk go przytłaczał. Zdawał się być jednostajny, identyczny. Chłopak zrobić kilka kroków do przodu. Zmiana pozycji nie pomogła. Nadal nie dostrzegał ani różnicy w pracy działów ani tym bardziej niesprawności całości układu. Po chwili, w której modlił się o cud, odwrócił się zrezygnowany by powiedzieć doktorowi, że musiałby przejrzeć wszystkie układy, co zajmie pewnie z miesiąc. Wtedy jednak coś się zmieniło. Znów zamknął oczy. Przytłaczający huk obracanych i zatrzymywanych tłoków, turbin, trybów i zębatek zlał się w całość uniemożliwiając identyfikację jakiejkolwiek ze swoich części. Tym razem obrócił się z zamkniętymi oczyma. Starał się zrobić to jak najbardziej gwałtownie i omal nie stracił równowagi, ale zdołał zauważyć różnicę. Zdecydowanie jeden z układów dawał nieco cichsze brzmienie.
Póki co chłopak znalazł kierunek. Wiedział, że przed nim daleka jeszcze droga, lecz przekonany o swojej racji i dumny, że coś już zdołał osiągnąć, ruszył drabinką w górę na jedną z antresol technicznych. Stal aż drżała od wibracji i w pewnym momencie Olaf zaczął się zastanawiać, czy ten stan wynika z przenoszenia się drgań z maszyny po gruncie, czy też dźwięk ma tak duży wpływ na wszystko wokoło. W końcu stanął przy jednym z układów pamięci lokalnej. Olbrzymi element był jakby miniaturą całego komputera. Wirujące zębatki i trybiki przypominały jakieś niezwykle zaawansowane narzędzie tortur. Z tłoków co rusz buchała para. Podszedł do nich i szybkim dotknięciem sprawdził pobieżnie temperaturę każdego. Badanie to nie należało do dokładnych i groziło niebezpiecznymi poparzeniami, ale Olafowi zależało, by wykonać zadanie, a z racji braku specjalistycznych narzędzi wybrał jedyny dostępny rodzaj diagnostyki.
Ryzyko opłaciło się. Jeden z tłoków okazał się jedynie ciepły, podczas gdy inne mogły służyć do podgrzewania wody miejskiej w mroźną zimę. Sprawdził rury dochodzące. Nie miał wielkiej wprawy tego typu usterkach, ale w porównaniu z innymi tłokami, z tego wydobywało się bardzo dużo pary. Olafowi tylko jeden wniosek przeszedł na myśl – musiała puścić uszczelka przy rurze napędowej. Nie do końca wiedział, która to rura, więc zabrał się za odkręcanie pierwszej, jaka podeszła mu pod rękę. Ostry zapach gazu, jaki wypełnił nagle otaczającą przestrzeń ostrzegł go, że popełnił błąd.
Informacje między układami przenoszone były na różne sposoby. Jednym z nich był „wymiennik gazowy”. Komputer radził sobie z identyfikacją dziewiętnastu różnych związków chemicznych toteż niektóre informacje przesyłano jako mieszaninę tych gazów uzyskując w ten sposób szybki przesył w układzie dziewiętnastkowym. Olaf szybko pozbył się natrętnej myśli, by przypomnieć sobie sposób zamiany liczby z układu binarnego (charakterystycznego dla płyt perforowanych) na dziewiętnastkowy. Przykręcił szczelnie rurę informacyjną i z dużą dozą prawdopodobieństwa określił, która z pozostałych służy do napędu.
Uszczelka rzeczywiście okazała się zmurszała, więc młodzieniec, zadowolony z siebie, szybko ją wymienił i ruszył w drogę powrotną. Na poziomie podstawowym już czekał na niego doktor.
- Teraz działa o wiele lepiej – powiedział z zadowoleniem – Powiedz mi, co ktoś taki jak ty robi w roli woźnego?
- Była to jedyna droga do pozostania na uczelni po skończeniu studiów. Staram się o przeniesienie na posadę adiunkta, ale póki co bezskutecznie.
- Może chciałbyś więc pomóc mi w jeszcze jednej sprawie? – doktor wciąż badawczo wpatrywał się w młodzieńca.
- O co chodzi, panie doktorze? – chłopak już zdołał ochłonąć z pierwotnej dumy i teraz czuł się co najmniej niepewnie w rozmowie z wykładowcą.
- Wyjeżdżam. Dość daleko. I potrzebuję takiego sprytnego pomocnika jak ty. Co ty na to?
Olaf od razu wspomniał liczne opowieści z podróży dziadka. Teraz miał wyruszyć we własną.
- Tak! – krzyknął.
- To dobrze – powiedział doktor z lekkim uśmieszkiem, jaki cechuje starego wygę patrzącego na żółtodzioba, i odwrócił się do ekranu.
- A można spytać, co pan tam liczy? – Olaf postanowił skorzystać z okazji by móc zagadnąć kogoś na tematy techniczne. W końcu miał wyruszyć na wyprawę.
- Datę końca świata – odparł doktor, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
- Co? – krzyknął ze zdziwienia Olaf. Po chwili opamiętał się i poprawił – Znaczy słucham?
Doktor odwrócił się, a na jego twarzy widać było rozbawienie.
- Po smarowaniu powinniśmy rozruszać całą maszynerię. Dlatego dajemy jej wówczas jakieś bardzo trudne zadanie do policzenia albo pętlę bez danej wyjściowej. Nazywamy to obliczaniem daty końca świata, bo być może właśnie taki wynik uzyskamy.
Wychodząc Olaf zdobył się na jeszcze jedno pytanie.
- Pan wiedział, co nie działa w komputerze, prawda?
Doktor chyba go nie usłyszał, gdyż nawet nie drgnął wpatrując się w ekran komputera.