Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy
Jak miło mi zobaczyć znowu Twierdzę, którą opuściłem tak dawno temu...
Skoro taka okazja się nadarza, spróbuję pomęczyć zainteresowanych dalszą częścią swojej powiastki ![:]](./images/smilies/dwukropek-nawiaskwadratowyz.png)
ot - fragmencik wyrwany z kontekstu (jak zwykle) ZAPRASZAM!
* * *
Różnokolorowe światełka tańczyły na zaspanych powiekach krasnoluda, powoli, ale uparcie budząc go ze snu. Poddawszy się, w końcu otworzył oczy. Przez chwilę poprzyglądał się okrętowi z czerwonym żaglem, walczącemu z wielką błękitną falą na witrażyku w oknie, przez które wpadało do pokoju ostre światło porannego słońca, po czym przeciągle ziewnął. Było cicho. Jedyne dobiegające jego uszu dźwięki pochodziły zza ściany i były tak srogim i głębokim chrapaniem, że Thurgon bez cienia wątpliwości rozpoznał w nich innego przedstawiciela Khazadarowego Ludu.
Pokrzepiony tym spostrzeżeniem, zaczął wygrzebywać się z puchowej pościeli, która – po kilku tygodniach spędzonych w podróży – wydawała mu się teraz zbyt miękka, ciepła i wygodna, by mógł się w niej należycie wyspać.
Obficie złorzecząc doskwierającemu barkowi, ubrał się i zszedł na dół. Nie dostrzegłszy w gospodzie żadnej znajomej twarzy, postanowił wyjść na zewnątrz, gdzie w oczy niespodziewanie ukłuło go oślepiające światło. Wszystko pokrywała cienka warstwa śniegu, który złośliwie odbijał promienie słońca i nieprzyjemnie drążył oczodoły. Biały puch ścielił się równo na bruku ulic, blaszanych dachach kamienic i dworków, miękką czapą przykrywając głowy posągów i zwieńczenia kominów.
Szeroka aleja, przy której znajdował się budynek gospody ozdobiony srebrzystym emblematem orła, była niewątpliwie jedną z ważniejszych i bardziej zamożnych części miasta. Świadczyć o tym mogły zadbane kolorowe ściany kamienic upstrzone rozmaitymi freskami, płaskorzeźbami, bądź ornamentami z żeliwa, mosiądzu i miedzi, jakich Thurgon nigdzie wcześniej nie oglądał. Wzdłuż ich murów wędrowały nieustannie większe i mniejsze grupki wysokich ludzi w różnokolorowych strojach z drogich materiałów, często w jakichś dziwacznych nakryciach głowy i z niemałą ilością biżuterii. Z niekłamanym zainteresowaniem oglądał mieniące się ozdobami wystawne suknie, szale z lisich futer, błyszczące buty oraz koty, prowadzane na smyczach przez wymalowane kobiety.
-Cóż za dziwaczne miejsce – mruknął do siebie, obejrzawszy pstrokatą kamizelkę i pierzasty kapelusz jakiegoś mijanego barda o wyjątkowo dużych uszach.
Szedł z wolna w kierunku placu targowego – tak przynajmniej mógł wnioskować po szybko wzrastającej liczbie kupców i straganów w swoim otoczeniu. Nie mylił się. Minąwszy kilka obładowanych towarami wozów znalazł się na szerokiej płycie rynku, gęsto porośniętej drewnianymi wiatami i kramami. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu stwierdził, iż na tej cudacznej wyspie spotkać można nadspodziewanie wielu jego pobratymców – poza ludźmi była to chyba najliczniejsza grupa, mocno wyprzedzająca solwirów oraz niemal nieobecnych erimów. Niezwykle go ów fakt cieszył, ale jednocześnie nie mógł uwierzyć, jak wielu krasnoludów decydowało się na tę szaloną przeprawę przez morze, która dla niego samego była istnym koszmarem.
Wędrował powoli wzdłóż długiego rzędu kupieckich kramów mieniących się najrozmaitszymi towarami, z których każdy był w stanie przykuć uwagę na na tyle długą chwilę, by sprzedawca zdążył w tym czasie zaoferować dziesięć kolejnych. Thurgon jednak nie był zbyt podatny na proponowane mu z każdej strony najwspanialsze tkaniny, najmagiczniejsze mikstury i najkosztowniejsze bibeloty, których wartość w większości przypadków sam potrafił ocenić już na pierwszy rzut oka. Jedynym, co go tu naprawdę interesowało, była broń, której jednak nijak nie mógł znaleźć. Poza dziwacznymi, przesadnie zdobionymi nożami i sztyletami, próżno było szukać nie tyle sklepu, co straganu – straganiku oferującego coś bardziej zabójczego niż nóż do papieru, czy szpilki do włosów.
W prawdzie Thurgona nie było stać na dokonanie jakichkolwiek zakupów, ale odkąd stracił swój bojowy młot w rwącym nurcie Itaby, jego myśli nieustannie krążyły wokół palącej potrzeby zdobycia jakiegoś nowego oręża. Miecz Daemara był znakomity – nie dało się zaprzeczyć, nawet pomimo widocznych wyszczerbień i przytępionej klingi, jednakże dla Thurgona była to broń zdecydowanie zbyt lekka i wymagająca. Przyzwyczajony był do walki krótkotrwałej i morderczej – topory i młoty bojowe zazwyczaj jednym potężnym ciosem potrafiły rozstrzygać losy przeciwników, podczas gdy walka mieczem z góry zakładała dłuższe, bądź krótsze wymiany ciosów. Wielokrotne parady, kontry i zasłony nie były dla niego ciekawą perspektywą, tym bardziej, iż nie była to sztuka, w której byłby biegły.
Kręcił się zniecierpliwiony pośród tłumu przelewającego się po placu targowym, głodnym wzrokiem poszukując upragnionego oręża, kiedy jego uwagę niespodziewanie ściągnął przejeżdżający nieopodal wóz. Powoli parł przez bezwładne morze głów i kapeluszy w kierunku jednej z bocznych alejek. Woźnica w futrzanej kurtce wymachiwał rękoma, wrzeszczał i odgrażał się zachodzącym mu drogę. Z tyłu na wozie siedziało trzech krasnoludów w wysłużonych napierśnikach, a pod pilnowaną przez nich płachtą wyraźnie pobłyskiwała polerowana stal. Było to wystarczającym powodem, by Thurgon ruszył w tym samym kierunku. Zdrową ręką dzielnie torował sobie drogę w tłumie, lecz niestety pojazd rozwrzeszczanego kupca szybko znikł mu z oczu, zasłonięty przez żywy mur wysokich ludzi. Gdy wreszcie udało mu się przedrzeć do owej alejki, wozu już nie było, ale dostrzegł coś, co zdecydowanie poprawiło mu nastrój. W uliczce będącej niejako przedłużeniem handlowej strefy placu, chociaż cieszącej się znacznie mniejszym zainteresowaniem, radośnie dyndał sobie szyld płatnerza w postaci skrzyżowanego miecza i topora, a w tle rozbrzmiewały dźwięczne uderzenia kowalskiego młota. Uradowany swoim odkryciem, krasnolud dziarskim krokiem ruszył do drzwi.
- Witajże dobrodzieju! –od progu powitał sprzedawcę swoim gromkim głosem. W pomieszczeniu było ciepło i dosyć jasno. Na ścianach wisiały rozmaite miecze, rapiery, kordelasy i koncerze, na półkach zalegały buzdygany, puginały, bogato zdobione piernacze i buławy, gdzieniegdzie pobłyskiwały polerowane tarcze, wisiały łuki. Wszystko to jednak nie było tym, czego szukał. – Poszukuję broni. Najlepiej krasnoludzkiej, jeśli miałbyś takową na stanie.
-Tak, domyślam się – odparł niezbyt chętnie sprzedawca, po czym wstał i odłożył na bok cierpliwie polerowany sztylet. Thurgon dopiero teraz mógł się nieco lepiej przyjrzeć jego twarzy, na której całkiem wyraźne były ślady pokrewieństwa z erimskim rodem. Nie miał w prawdzie typowej dla Łowców fizjonomii z charakterystyczną smukłością twarzy i szarawą karnacją, ale dające się dostrzec zrogowacenia skóry na kościach policzkowych, brodzie i u nasady nosa bezsprzecznie świadczyły o obecności erimskiej krwi w jego żyłach. Rzecz jasna od razu ostudziło to stosunek Thurgona do jego osoby, ale czysta rozwaga i chęć zdobycia jakiegoś oręża z prawdziwego zdarzenia, zatriumfowały chwilowo nad ślepą nienawiścią. Postanowił ją odłożyć na później - przynajmniej do czasu zebrania informacji.
– Czego dokładnie pan poszukuje? – zapytał po chwili sprzedawca widząc rozterkę na twarzy krasnoluda.
-Tak, ekhm… Najchętniej widziałbym jakiś bojowy młot, lub nadziak – odrzekł pospiesznie, rozglądając się po pomieszczeniu. – Ale tutaj chyba żadnego nie uświadczę…?
-No cóż… Spostrzegawczość zawsze jest w cenie – sprzedawca z przekąsem spojrzał na klienta. – Rzeczywiście, nie posiadam tak wysoce wyspecjalizowanych i precyzyjnych narzędzi.
-A może jakiś topór? Najbardziej rad byłbym z jakiegoś ciężkiego, obosiecznego… - nim skończył zadawać pytanie, z twarzy mężczyzny zdążył wyczytać odpowiedź, nieróżniącą się nadmiernie od poprzedniej. Przy okazji twarz ta zaczęła wydawać mu się dziwnie złośliwą, zbywającą jego uprzejme pytania i skrycie szydzącą z jego osoby. – Cóż to więc za sklep? Co mógłby mi „szanowny pan” zaoferować w zamian?
-Nic ponad to, co pańskie bystre oko może tu wypatrzyć – sprzedawca wskazał dłonią półki oraz ściany obwieszone i zastawione gęsto lśniącym żelazem. – Bo raczej wątpię, aby zainteresowało pana coś bardziej wyszukanego...
-Och, doprawdy? A cóż takiego wyszukanego jest pan w stanie zaoferować? – prychnął lekceważąco rozzłoszczony Thurgon i oczekująco nastroszył wąsy.
W oku sprzedawcy pojawił się mały błysk, po którym mężczyzna ochoczo zanurkował w kierunku sporej skrzyni stojącej pod drzwiami na zaplecze.
-Proszę spojrzeć, to prawdziwie niezwykłe urządzenie! To wynalazek mojego brata: kusza wielostrzałowa! – postawił przed Thurgonem wielką i ciężką konstrukcję z czymś na kształt sporego i zupełnie nieporęcznego bębna pod korytem strzały. Za nim znajdował się wyjątkowo duży mechanizm spustowy i dźwignia. – To jest pojemnik na dwanaście bełtów. Sprężyny przesuwają je ku górze po każdym strzale… O, tak! Prawda, że niezwykłe? Spust w prawdzie dosyć ciężko przez to chodzi, bo porusza także ten mechanizm… O! Proszę. Natomiast cięciwę naciąga się tą dźwignią z przekładnią… - mechanizm zatrzeszczał i zaskoczył, wydając przy tym dźwięczne „brzdęk”, gdy stalowa żyłka osiągnęła skrajny stopień naprężenia. – O! No i już jest gotowa do ponownego strzału. I to w podobnym czasie, jak średnio wyszkolony łucznik. Wspaniałe, prawda? Jest tylko jeden mały minusik tej genialnej konstrukcji…
-Tak, rzeczywiście. Teraz widzę… – krasnolud zupełnie bezceremonialnie przerwał sprzedawcy prezentację i zmierzył wzrokiem całą misterną konstrukcję z lekceważącą miną znawcy tematu. - …Nijak nie przypomina młota, ani topora! Chyba przypadkiem to przeoczyliśmy! – mówiąc to, Thurgon wlepił swoje poirytowane spojrzenie w oczy sprzedawcy, który wyraźnie poczuł się dotknięty jego ignorancją i sarkazmem. Sam był nie na żarty rozdrażniony, ale owa ostatnia uwaga sprawiła mu niemało satysfakcji. Jednocześnie przez głowę przebiegła mu myśl, że tak duże i ciężkie ustrojstwo mogłoby się całkiem nieźle nadawać do tłuczenia czerepów z niemniejszą skutecznością, niż prawdziwy bojowy młot. Dopóki by się nie rozleciało, rzecz jasna, ale tę uwagę postanowił zostawić sobie na później.
Sprzedawca w milczeniu odłożył machinę z powrotem do skrzyni i zamknął ją z trzaskiem. Odwrócił się i oparł szeroko ramionami o ladę, patrząc z góry na krasnoluda.
-W rzeczy samej – odparł wyjątkowo chłodnym tonem niedającego się prowokować profesjonalisty. – Tak samo, jak i nie przypomina cepa, pałki, kija i maczugi, chociaż nie wątpię, że potrafiłby PAN wymyślić jakieś ciekawsze, według PANA, zastosowanie tego wyrafinowanego urządzenia – z kolejnymi wymawianymi słowami coraz bardziej znikał zimny profesjonalizm na rzecz narastającej frustracji. – To nie wędrowny kramik z grabiami, tylko ceniony sklep ze znakomitej jakości bronią. Wątpię, aby było PANA stać na cokolwiek, co się tutaj znajduje. Sugeruję zatem, aby oszczędził PAN nam obu czasu oraz nerwów, i udał się w stronę wyjścia!
Thurgon stał na środku pomieszczenia z nastroszoną z nerwów brodą i zaciśniętymi wielkimi pięściami. Przeklinał siebie i swoje szczęście za to, że wszędzie musiał trafiać na jakiś erimski pomiot i wpędzać się w podobne sytuacje. Czuł jednak, że nieodzownie wina leży tu po stronie właściciela sklepu, który od początku nie miał zamiaru sprawiedliwie go obsłużyć. Przecież sam starał się na początku być uprzejmym!
Nagle rozległ się dźwięk małego dzwonka, który sprzedawca podniósł ze stołu. W odpowiedzi z zaplecza wychynęły trzy krępe postacie i podeszły do krasnoluda.
-Pokażcie, proszę, temu panu, którędy trafić do wyjścia – sprzedawca rzucił niedbale i na powrót sięgnął po polerowany wcześniej sztylet.
Na widok krasnoludzkich ochroniarzy, Thurgon poczuł gwałtowny przypływ wściekłości. Tego było już za wiele. Był obrażany i lekceważony przez jakiegoś erimskiego bękarta, po czym miał zostać wyrzucony na ulicę przez służących mu krasnoludów. Tego jego duma już udźwignąć nie mogła. Już zaciskał pięść, by pomimo niesprawnego jednego ramienia napsuć im jak najwięcej krwi, kiedy, spojrzawszy na jednego z nich, całkowicie oniemiał. Był tak zdumiony, że bez najmniejszego znaku protestu dał się wyprowadzić na zewnątrz. Tam dopiero dotarła do niego przyczyna jego wielkiego zdziwienia, a kiedy już dotarła, zrobiła to z niemałą siłą, gdy jeden z owej trójki uścisnął go wylewnie z radosnym wyszczerzem.
-Nie może to być! Thurgon, ha ha! A to ci niespodziewanka! – ryknął lekko podstarzały krasnolud i przycisnął go mocniej do swego wielkiego brzucha. – Góra z górą się nie zejdzie, ale…! A skąd żeś ty tutaj? Na Wąsy Khazadara, dokądże to cię wywiało z Orgrimowej jamy? Nigdy bym nie myślał cię tu spotkać. Dawnoś przybył na wyspę? Ależ niespodziewanka, doprawdy…
Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, Thurgon odwzajemnił powitalne gesty, ostrożnie łypiąc przy tym oczami na pozostałych dwóch krasnoludów, wyglądających obecnie na równie zaskoczonych, jak on sam.
-Zaiste, dla mnie nie mniejsza – odparł nieco mrukliwie i poprawił temblak mrużąc boleśnie oczy. – Witaj Korfenie. Też nie myślałbym cię tu zobaczyć… - posłał wymowne spojrzenie w kierunku sklepowych drzwi.
-…Wiem, winienem ci przeprosiny – krasnolud wyraźnie zmienił ton, próbując ukryć w nim nutkę zażenowania. – Niestety, robota niewdzięczna, ale płacą niezgorzej. A bez tego tutaj ani rusz, więc i na to żem przystał. Żałować mi tylko zostaje, żem za stary na robotę w kopalni, jak to rządca określił. Niech go próchnica zeżre, ale co tam… Siedzę tedy, jak widzisz, i pilnuję rzyci braciom Norsel w ich sklepiku, bo i cóżby innego mógłby tu robić taki stary pierdziel, jak ja? – uśmiechnął się ironicznie, nieskutecznie ukrywając swoje rozżalenie. Wbrew temu, co jednak mówił, wcale nie był tak stary. Niewątpliwie sporo lat ich dzieliło, ale wedle krasnoludzkiej miary, pomimo najszczerszych chęci Thurgon nie mógł nazwać go starcem. Korfen był najstarszym siostrzeńcem jego ojca, którego nie widział na oczy od bardzo wielu lat. Tak wielu, że pewnie sam by go nie potrafił rozpoznać, toteż dziwił się, że Korfen tak łatwo rozpoznał jego. – Wiesz co, chodź, napijemy się piwa. Za tyle lat niewidzenia należy mi się chyba wolny dzień, nieprawdaż? – skinął na pozostałych dwóch krasnoludów stojących przed drzwiami sklepu. – Poradzicie sobie beze mnie. Muszę pokazać mojemu krewniakowi, gdzie może napić się dobrego piwa!
* * *
Skoro taka okazja się nadarza, spróbuję pomęczyć zainteresowanych dalszą częścią swojej powiastki ![:]](./images/smilies/dwukropek-nawiaskwadratowyz.png)
ot - fragmencik wyrwany z kontekstu (jak zwykle) ZAPRASZAM!
* * *
Różnokolorowe światełka tańczyły na zaspanych powiekach krasnoluda, powoli, ale uparcie budząc go ze snu. Poddawszy się, w końcu otworzył oczy. Przez chwilę poprzyglądał się okrętowi z czerwonym żaglem, walczącemu z wielką błękitną falą na witrażyku w oknie, przez które wpadało do pokoju ostre światło porannego słońca, po czym przeciągle ziewnął. Było cicho. Jedyne dobiegające jego uszu dźwięki pochodziły zza ściany i były tak srogim i głębokim chrapaniem, że Thurgon bez cienia wątpliwości rozpoznał w nich innego przedstawiciela Khazadarowego Ludu.
Pokrzepiony tym spostrzeżeniem, zaczął wygrzebywać się z puchowej pościeli, która – po kilku tygodniach spędzonych w podróży – wydawała mu się teraz zbyt miękka, ciepła i wygodna, by mógł się w niej należycie wyspać.
Obficie złorzecząc doskwierającemu barkowi, ubrał się i zszedł na dół. Nie dostrzegłszy w gospodzie żadnej znajomej twarzy, postanowił wyjść na zewnątrz, gdzie w oczy niespodziewanie ukłuło go oślepiające światło. Wszystko pokrywała cienka warstwa śniegu, który złośliwie odbijał promienie słońca i nieprzyjemnie drążył oczodoły. Biały puch ścielił się równo na bruku ulic, blaszanych dachach kamienic i dworków, miękką czapą przykrywając głowy posągów i zwieńczenia kominów.
Szeroka aleja, przy której znajdował się budynek gospody ozdobiony srebrzystym emblematem orła, była niewątpliwie jedną z ważniejszych i bardziej zamożnych części miasta. Świadczyć o tym mogły zadbane kolorowe ściany kamienic upstrzone rozmaitymi freskami, płaskorzeźbami, bądź ornamentami z żeliwa, mosiądzu i miedzi, jakich Thurgon nigdzie wcześniej nie oglądał. Wzdłuż ich murów wędrowały nieustannie większe i mniejsze grupki wysokich ludzi w różnokolorowych strojach z drogich materiałów, często w jakichś dziwacznych nakryciach głowy i z niemałą ilością biżuterii. Z niekłamanym zainteresowaniem oglądał mieniące się ozdobami wystawne suknie, szale z lisich futer, błyszczące buty oraz koty, prowadzane na smyczach przez wymalowane kobiety.
-Cóż za dziwaczne miejsce – mruknął do siebie, obejrzawszy pstrokatą kamizelkę i pierzasty kapelusz jakiegoś mijanego barda o wyjątkowo dużych uszach.
Szedł z wolna w kierunku placu targowego – tak przynajmniej mógł wnioskować po szybko wzrastającej liczbie kupców i straganów w swoim otoczeniu. Nie mylił się. Minąwszy kilka obładowanych towarami wozów znalazł się na szerokiej płycie rynku, gęsto porośniętej drewnianymi wiatami i kramami. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu stwierdził, iż na tej cudacznej wyspie spotkać można nadspodziewanie wielu jego pobratymców – poza ludźmi była to chyba najliczniejsza grupa, mocno wyprzedzająca solwirów oraz niemal nieobecnych erimów. Niezwykle go ów fakt cieszył, ale jednocześnie nie mógł uwierzyć, jak wielu krasnoludów decydowało się na tę szaloną przeprawę przez morze, która dla niego samego była istnym koszmarem.
Wędrował powoli wzdłóż długiego rzędu kupieckich kramów mieniących się najrozmaitszymi towarami, z których każdy był w stanie przykuć uwagę na na tyle długą chwilę, by sprzedawca zdążył w tym czasie zaoferować dziesięć kolejnych. Thurgon jednak nie był zbyt podatny na proponowane mu z każdej strony najwspanialsze tkaniny, najmagiczniejsze mikstury i najkosztowniejsze bibeloty, których wartość w większości przypadków sam potrafił ocenić już na pierwszy rzut oka. Jedynym, co go tu naprawdę interesowało, była broń, której jednak nijak nie mógł znaleźć. Poza dziwacznymi, przesadnie zdobionymi nożami i sztyletami, próżno było szukać nie tyle sklepu, co straganu – straganiku oferującego coś bardziej zabójczego niż nóż do papieru, czy szpilki do włosów.
W prawdzie Thurgona nie było stać na dokonanie jakichkolwiek zakupów, ale odkąd stracił swój bojowy młot w rwącym nurcie Itaby, jego myśli nieustannie krążyły wokół palącej potrzeby zdobycia jakiegoś nowego oręża. Miecz Daemara był znakomity – nie dało się zaprzeczyć, nawet pomimo widocznych wyszczerbień i przytępionej klingi, jednakże dla Thurgona była to broń zdecydowanie zbyt lekka i wymagająca. Przyzwyczajony był do walki krótkotrwałej i morderczej – topory i młoty bojowe zazwyczaj jednym potężnym ciosem potrafiły rozstrzygać losy przeciwników, podczas gdy walka mieczem z góry zakładała dłuższe, bądź krótsze wymiany ciosów. Wielokrotne parady, kontry i zasłony nie były dla niego ciekawą perspektywą, tym bardziej, iż nie była to sztuka, w której byłby biegły.
Kręcił się zniecierpliwiony pośród tłumu przelewającego się po placu targowym, głodnym wzrokiem poszukując upragnionego oręża, kiedy jego uwagę niespodziewanie ściągnął przejeżdżający nieopodal wóz. Powoli parł przez bezwładne morze głów i kapeluszy w kierunku jednej z bocznych alejek. Woźnica w futrzanej kurtce wymachiwał rękoma, wrzeszczał i odgrażał się zachodzącym mu drogę. Z tyłu na wozie siedziało trzech krasnoludów w wysłużonych napierśnikach, a pod pilnowaną przez nich płachtą wyraźnie pobłyskiwała polerowana stal. Było to wystarczającym powodem, by Thurgon ruszył w tym samym kierunku. Zdrową ręką dzielnie torował sobie drogę w tłumie, lecz niestety pojazd rozwrzeszczanego kupca szybko znikł mu z oczu, zasłonięty przez żywy mur wysokich ludzi. Gdy wreszcie udało mu się przedrzeć do owej alejki, wozu już nie było, ale dostrzegł coś, co zdecydowanie poprawiło mu nastrój. W uliczce będącej niejako przedłużeniem handlowej strefy placu, chociaż cieszącej się znacznie mniejszym zainteresowaniem, radośnie dyndał sobie szyld płatnerza w postaci skrzyżowanego miecza i topora, a w tle rozbrzmiewały dźwięczne uderzenia kowalskiego młota. Uradowany swoim odkryciem, krasnolud dziarskim krokiem ruszył do drzwi.
- Witajże dobrodzieju! –od progu powitał sprzedawcę swoim gromkim głosem. W pomieszczeniu było ciepło i dosyć jasno. Na ścianach wisiały rozmaite miecze, rapiery, kordelasy i koncerze, na półkach zalegały buzdygany, puginały, bogato zdobione piernacze i buławy, gdzieniegdzie pobłyskiwały polerowane tarcze, wisiały łuki. Wszystko to jednak nie było tym, czego szukał. – Poszukuję broni. Najlepiej krasnoludzkiej, jeśli miałbyś takową na stanie.
-Tak, domyślam się – odparł niezbyt chętnie sprzedawca, po czym wstał i odłożył na bok cierpliwie polerowany sztylet. Thurgon dopiero teraz mógł się nieco lepiej przyjrzeć jego twarzy, na której całkiem wyraźne były ślady pokrewieństwa z erimskim rodem. Nie miał w prawdzie typowej dla Łowców fizjonomii z charakterystyczną smukłością twarzy i szarawą karnacją, ale dające się dostrzec zrogowacenia skóry na kościach policzkowych, brodzie i u nasady nosa bezsprzecznie świadczyły o obecności erimskiej krwi w jego żyłach. Rzecz jasna od razu ostudziło to stosunek Thurgona do jego osoby, ale czysta rozwaga i chęć zdobycia jakiegoś oręża z prawdziwego zdarzenia, zatriumfowały chwilowo nad ślepą nienawiścią. Postanowił ją odłożyć na później - przynajmniej do czasu zebrania informacji.
– Czego dokładnie pan poszukuje? – zapytał po chwili sprzedawca widząc rozterkę na twarzy krasnoluda.
-Tak, ekhm… Najchętniej widziałbym jakiś bojowy młot, lub nadziak – odrzekł pospiesznie, rozglądając się po pomieszczeniu. – Ale tutaj chyba żadnego nie uświadczę…?
-No cóż… Spostrzegawczość zawsze jest w cenie – sprzedawca z przekąsem spojrzał na klienta. – Rzeczywiście, nie posiadam tak wysoce wyspecjalizowanych i precyzyjnych narzędzi.
-A może jakiś topór? Najbardziej rad byłbym z jakiegoś ciężkiego, obosiecznego… - nim skończył zadawać pytanie, z twarzy mężczyzny zdążył wyczytać odpowiedź, nieróżniącą się nadmiernie od poprzedniej. Przy okazji twarz ta zaczęła wydawać mu się dziwnie złośliwą, zbywającą jego uprzejme pytania i skrycie szydzącą z jego osoby. – Cóż to więc za sklep? Co mógłby mi „szanowny pan” zaoferować w zamian?
-Nic ponad to, co pańskie bystre oko może tu wypatrzyć – sprzedawca wskazał dłonią półki oraz ściany obwieszone i zastawione gęsto lśniącym żelazem. – Bo raczej wątpię, aby zainteresowało pana coś bardziej wyszukanego...
-Och, doprawdy? A cóż takiego wyszukanego jest pan w stanie zaoferować? – prychnął lekceważąco rozzłoszczony Thurgon i oczekująco nastroszył wąsy.
W oku sprzedawcy pojawił się mały błysk, po którym mężczyzna ochoczo zanurkował w kierunku sporej skrzyni stojącej pod drzwiami na zaplecze.
-Proszę spojrzeć, to prawdziwie niezwykłe urządzenie! To wynalazek mojego brata: kusza wielostrzałowa! – postawił przed Thurgonem wielką i ciężką konstrukcję z czymś na kształt sporego i zupełnie nieporęcznego bębna pod korytem strzały. Za nim znajdował się wyjątkowo duży mechanizm spustowy i dźwignia. – To jest pojemnik na dwanaście bełtów. Sprężyny przesuwają je ku górze po każdym strzale… O, tak! Prawda, że niezwykłe? Spust w prawdzie dosyć ciężko przez to chodzi, bo porusza także ten mechanizm… O! Proszę. Natomiast cięciwę naciąga się tą dźwignią z przekładnią… - mechanizm zatrzeszczał i zaskoczył, wydając przy tym dźwięczne „brzdęk”, gdy stalowa żyłka osiągnęła skrajny stopień naprężenia. – O! No i już jest gotowa do ponownego strzału. I to w podobnym czasie, jak średnio wyszkolony łucznik. Wspaniałe, prawda? Jest tylko jeden mały minusik tej genialnej konstrukcji…
-Tak, rzeczywiście. Teraz widzę… – krasnolud zupełnie bezceremonialnie przerwał sprzedawcy prezentację i zmierzył wzrokiem całą misterną konstrukcję z lekceważącą miną znawcy tematu. - …Nijak nie przypomina młota, ani topora! Chyba przypadkiem to przeoczyliśmy! – mówiąc to, Thurgon wlepił swoje poirytowane spojrzenie w oczy sprzedawcy, który wyraźnie poczuł się dotknięty jego ignorancją i sarkazmem. Sam był nie na żarty rozdrażniony, ale owa ostatnia uwaga sprawiła mu niemało satysfakcji. Jednocześnie przez głowę przebiegła mu myśl, że tak duże i ciężkie ustrojstwo mogłoby się całkiem nieźle nadawać do tłuczenia czerepów z niemniejszą skutecznością, niż prawdziwy bojowy młot. Dopóki by się nie rozleciało, rzecz jasna, ale tę uwagę postanowił zostawić sobie na później.
Sprzedawca w milczeniu odłożył machinę z powrotem do skrzyni i zamknął ją z trzaskiem. Odwrócił się i oparł szeroko ramionami o ladę, patrząc z góry na krasnoluda.
-W rzeczy samej – odparł wyjątkowo chłodnym tonem niedającego się prowokować profesjonalisty. – Tak samo, jak i nie przypomina cepa, pałki, kija i maczugi, chociaż nie wątpię, że potrafiłby PAN wymyślić jakieś ciekawsze, według PANA, zastosowanie tego wyrafinowanego urządzenia – z kolejnymi wymawianymi słowami coraz bardziej znikał zimny profesjonalizm na rzecz narastającej frustracji. – To nie wędrowny kramik z grabiami, tylko ceniony sklep ze znakomitej jakości bronią. Wątpię, aby było PANA stać na cokolwiek, co się tutaj znajduje. Sugeruję zatem, aby oszczędził PAN nam obu czasu oraz nerwów, i udał się w stronę wyjścia!
Thurgon stał na środku pomieszczenia z nastroszoną z nerwów brodą i zaciśniętymi wielkimi pięściami. Przeklinał siebie i swoje szczęście za to, że wszędzie musiał trafiać na jakiś erimski pomiot i wpędzać się w podobne sytuacje. Czuł jednak, że nieodzownie wina leży tu po stronie właściciela sklepu, który od początku nie miał zamiaru sprawiedliwie go obsłużyć. Przecież sam starał się na początku być uprzejmym!
Nagle rozległ się dźwięk małego dzwonka, który sprzedawca podniósł ze stołu. W odpowiedzi z zaplecza wychynęły trzy krępe postacie i podeszły do krasnoluda.
-Pokażcie, proszę, temu panu, którędy trafić do wyjścia – sprzedawca rzucił niedbale i na powrót sięgnął po polerowany wcześniej sztylet.
Na widok krasnoludzkich ochroniarzy, Thurgon poczuł gwałtowny przypływ wściekłości. Tego było już za wiele. Był obrażany i lekceważony przez jakiegoś erimskiego bękarta, po czym miał zostać wyrzucony na ulicę przez służących mu krasnoludów. Tego jego duma już udźwignąć nie mogła. Już zaciskał pięść, by pomimo niesprawnego jednego ramienia napsuć im jak najwięcej krwi, kiedy, spojrzawszy na jednego z nich, całkowicie oniemiał. Był tak zdumiony, że bez najmniejszego znaku protestu dał się wyprowadzić na zewnątrz. Tam dopiero dotarła do niego przyczyna jego wielkiego zdziwienia, a kiedy już dotarła, zrobiła to z niemałą siłą, gdy jeden z owej trójki uścisnął go wylewnie z radosnym wyszczerzem.
-Nie może to być! Thurgon, ha ha! A to ci niespodziewanka! – ryknął lekko podstarzały krasnolud i przycisnął go mocniej do swego wielkiego brzucha. – Góra z górą się nie zejdzie, ale…! A skąd żeś ty tutaj? Na Wąsy Khazadara, dokądże to cię wywiało z Orgrimowej jamy? Nigdy bym nie myślał cię tu spotkać. Dawnoś przybył na wyspę? Ależ niespodziewanka, doprawdy…
Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, Thurgon odwzajemnił powitalne gesty, ostrożnie łypiąc przy tym oczami na pozostałych dwóch krasnoludów, wyglądających obecnie na równie zaskoczonych, jak on sam.
-Zaiste, dla mnie nie mniejsza – odparł nieco mrukliwie i poprawił temblak mrużąc boleśnie oczy. – Witaj Korfenie. Też nie myślałbym cię tu zobaczyć… - posłał wymowne spojrzenie w kierunku sklepowych drzwi.
-…Wiem, winienem ci przeprosiny – krasnolud wyraźnie zmienił ton, próbując ukryć w nim nutkę zażenowania. – Niestety, robota niewdzięczna, ale płacą niezgorzej. A bez tego tutaj ani rusz, więc i na to żem przystał. Żałować mi tylko zostaje, żem za stary na robotę w kopalni, jak to rządca określił. Niech go próchnica zeżre, ale co tam… Siedzę tedy, jak widzisz, i pilnuję rzyci braciom Norsel w ich sklepiku, bo i cóżby innego mógłby tu robić taki stary pierdziel, jak ja? – uśmiechnął się ironicznie, nieskutecznie ukrywając swoje rozżalenie. Wbrew temu, co jednak mówił, wcale nie był tak stary. Niewątpliwie sporo lat ich dzieliło, ale wedle krasnoludzkiej miary, pomimo najszczerszych chęci Thurgon nie mógł nazwać go starcem. Korfen był najstarszym siostrzeńcem jego ojca, którego nie widział na oczy od bardzo wielu lat. Tak wielu, że pewnie sam by go nie potrafił rozpoznać, toteż dziwił się, że Korfen tak łatwo rozpoznał jego. – Wiesz co, chodź, napijemy się piwa. Za tyle lat niewidzenia należy mi się chyba wolny dzień, nieprawdaż? – skinął na pozostałych dwóch krasnoludów stojących przed drzwiami sklepu. – Poradzicie sobie beze mnie. Muszę pokazać mojemu krewniakowi, gdzie może napić się dobrego piwa!
* * *

i czasami trudno jest mi ująć coś w inny sposób, bez pomijania czegoś, co mi się podoba/jest istotne/brzmi fajnie itd.
i w wolnym czasie spróbuję coś poprawić