Strona 1 z 1

Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy

PostNapisane: 2008-10-20 20:58
przez Orgrim Ogniojad
Jak miło mi zobaczyć znowu Twierdzę, którą opuściłem tak dawno temu... :) Skoro taka okazja się nadarza, spróbuję pomęczyć zainteresowanych dalszą częścią swojej powiastki :]
ot - fragmencik wyrwany z kontekstu (jak zwykle) ZAPRASZAM!


* * *

Różnokolorowe światełka tańczyły na zaspanych powiekach krasnoluda, powoli, ale uparcie budząc go ze snu. Poddawszy się, w końcu otworzył oczy. Przez chwilę poprzyglądał się okrętowi z czerwonym żaglem, walczącemu z wielką błękitną falą na witrażyku w oknie, przez które wpadało do pokoju ostre światło porannego słońca, po czym przeciągle ziewnął. Było cicho. Jedyne dobiegające jego uszu dźwięki pochodziły zza ściany i były tak srogim i głębokim chrapaniem, że Thurgon bez cienia wątpliwości rozpoznał w nich innego przedstawiciela Khazadarowego Ludu.
Pokrzepiony tym spostrzeżeniem, zaczął wygrzebywać się z puchowej pościeli, która – po kilku tygodniach spędzonych w podróży – wydawała mu się teraz zbyt miękka, ciepła i wygodna, by mógł się w niej należycie wyspać.
Obficie złorzecząc doskwierającemu barkowi, ubrał się i zszedł na dół. Nie dostrzegłszy w gospodzie żadnej znajomej twarzy, postanowił wyjść na zewnątrz, gdzie w oczy niespodziewanie ukłuło go oślepiające światło. Wszystko pokrywała cienka warstwa śniegu, który złośliwie odbijał promienie słońca i nieprzyjemnie drążył oczodoły. Biały puch ścielił się równo na bruku ulic, blaszanych dachach kamienic i dworków, miękką czapą przykrywając głowy posągów i zwieńczenia kominów.
Szeroka aleja, przy której znajdował się budynek gospody ozdobiony srebrzystym emblematem orła, była niewątpliwie jedną z ważniejszych i bardziej zamożnych części miasta. Świadczyć o tym mogły zadbane kolorowe ściany kamienic upstrzone rozmaitymi freskami, płaskorzeźbami, bądź ornamentami z żeliwa, mosiądzu i miedzi, jakich Thurgon nigdzie wcześniej nie oglądał. Wzdłuż ich murów wędrowały nieustannie większe i mniejsze grupki wysokich ludzi w różnokolorowych strojach z drogich materiałów, często w jakichś dziwacznych nakryciach głowy i z niemałą ilością biżuterii. Z niekłamanym zainteresowaniem oglądał mieniące się ozdobami wystawne suknie, szale z lisich futer, błyszczące buty oraz koty, prowadzane na smyczach przez wymalowane kobiety.
-Cóż za dziwaczne miejsce – mruknął do siebie, obejrzawszy pstrokatą kamizelkę i pierzasty kapelusz jakiegoś mijanego barda o wyjątkowo dużych uszach.
Szedł z wolna w kierunku placu targowego – tak przynajmniej mógł wnioskować po szybko wzrastającej liczbie kupców i straganów w swoim otoczeniu. Nie mylił się. Minąwszy kilka obładowanych towarami wozów znalazł się na szerokiej płycie rynku, gęsto porośniętej drewnianymi wiatami i kramami. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu stwierdził, iż na tej cudacznej wyspie spotkać można nadspodziewanie wielu jego pobratymców – poza ludźmi była to chyba najliczniejsza grupa, mocno wyprzedzająca solwirów oraz niemal nieobecnych erimów. Niezwykle go ów fakt cieszył, ale jednocześnie nie mógł uwierzyć, jak wielu krasnoludów decydowało się na tę szaloną przeprawę przez morze, która dla niego samego była istnym koszmarem.
Wędrował powoli wzdłóż długiego rzędu kupieckich kramów mieniących się najrozmaitszymi towarami, z których każdy był w stanie przykuć uwagę na na tyle długą chwilę, by sprzedawca zdążył w tym czasie zaoferować dziesięć kolejnych. Thurgon jednak nie był zbyt podatny na proponowane mu z każdej strony najwspanialsze tkaniny, najmagiczniejsze mikstury i najkosztowniejsze bibeloty, których wartość w większości przypadków sam potrafił ocenić już na pierwszy rzut oka. Jedynym, co go tu naprawdę interesowało, była broń, której jednak nijak nie mógł znaleźć. Poza dziwacznymi, przesadnie zdobionymi nożami i sztyletami, próżno było szukać nie tyle sklepu, co straganu – straganiku oferującego coś bardziej zabójczego niż nóż do papieru, czy szpilki do włosów.
W prawdzie Thurgona nie było stać na dokonanie jakichkolwiek zakupów, ale odkąd stracił swój bojowy młot w rwącym nurcie Itaby, jego myśli nieustannie krążyły wokół palącej potrzeby zdobycia jakiegoś nowego oręża. Miecz Daemara był znakomity – nie dało się zaprzeczyć, nawet pomimo widocznych wyszczerbień i przytępionej klingi, jednakże dla Thurgona była to broń zdecydowanie zbyt lekka i wymagająca. Przyzwyczajony był do walki krótkotrwałej i morderczej – topory i młoty bojowe zazwyczaj jednym potężnym ciosem potrafiły rozstrzygać losy przeciwników, podczas gdy walka mieczem z góry zakładała dłuższe, bądź krótsze wymiany ciosów. Wielokrotne parady, kontry i zasłony nie były dla niego ciekawą perspektywą, tym bardziej, iż nie była to sztuka, w której byłby biegły.
Kręcił się zniecierpliwiony pośród tłumu przelewającego się po placu targowym, głodnym wzrokiem poszukując upragnionego oręża, kiedy jego uwagę niespodziewanie ściągnął przejeżdżający nieopodal wóz. Powoli parł przez bezwładne morze głów i kapeluszy w kierunku jednej z bocznych alejek. Woźnica w futrzanej kurtce wymachiwał rękoma, wrzeszczał i odgrażał się zachodzącym mu drogę. Z tyłu na wozie siedziało trzech krasnoludów w wysłużonych napierśnikach, a pod pilnowaną przez nich płachtą wyraźnie pobłyskiwała polerowana stal. Było to wystarczającym powodem, by Thurgon ruszył w tym samym kierunku. Zdrową ręką dzielnie torował sobie drogę w tłumie, lecz niestety pojazd rozwrzeszczanego kupca szybko znikł mu z oczu, zasłonięty przez żywy mur wysokich ludzi. Gdy wreszcie udało mu się przedrzeć do owej alejki, wozu już nie było, ale dostrzegł coś, co zdecydowanie poprawiło mu nastrój. W uliczce będącej niejako przedłużeniem handlowej strefy placu, chociaż cieszącej się znacznie mniejszym zainteresowaniem, radośnie dyndał sobie szyld płatnerza w postaci skrzyżowanego miecza i topora, a w tle rozbrzmiewały dźwięczne uderzenia kowalskiego młota. Uradowany swoim odkryciem, krasnolud dziarskim krokiem ruszył do drzwi.
- Witajże dobrodzieju! –od progu powitał sprzedawcę swoim gromkim głosem. W pomieszczeniu było ciepło i dosyć jasno. Na ścianach wisiały rozmaite miecze, rapiery, kordelasy i koncerze, na półkach zalegały buzdygany, puginały, bogato zdobione piernacze i buławy, gdzieniegdzie pobłyskiwały polerowane tarcze, wisiały łuki. Wszystko to jednak nie było tym, czego szukał. – Poszukuję broni. Najlepiej krasnoludzkiej, jeśli miałbyś takową na stanie.
-Tak, domyślam się – odparł niezbyt chętnie sprzedawca, po czym wstał i odłożył na bok cierpliwie polerowany sztylet. Thurgon dopiero teraz mógł się nieco lepiej przyjrzeć jego twarzy, na której całkiem wyraźne były ślady pokrewieństwa z erimskim rodem. Nie miał w prawdzie typowej dla Łowców fizjonomii z charakterystyczną smukłością twarzy i szarawą karnacją, ale dające się dostrzec zrogowacenia skóry na kościach policzkowych, brodzie i u nasady nosa bezsprzecznie świadczyły o obecności erimskiej krwi w jego żyłach. Rzecz jasna od razu ostudziło to stosunek Thurgona do jego osoby, ale czysta rozwaga i chęć zdobycia jakiegoś oręża z prawdziwego zdarzenia, zatriumfowały chwilowo nad ślepą nienawiścią. Postanowił ją odłożyć na później - przynajmniej do czasu zebrania informacji.
– Czego dokładnie pan poszukuje? – zapytał po chwili sprzedawca widząc rozterkę na twarzy krasnoluda.
-Tak, ekhm… Najchętniej widziałbym jakiś bojowy młot, lub nadziak – odrzekł pospiesznie, rozglądając się po pomieszczeniu. – Ale tutaj chyba żadnego nie uświadczę…?
-No cóż… Spostrzegawczość zawsze jest w cenie – sprzedawca z przekąsem spojrzał na klienta. – Rzeczywiście, nie posiadam tak wysoce wyspecjalizowanych i precyzyjnych narzędzi.
-A może jakiś topór? Najbardziej rad byłbym z jakiegoś ciężkiego, obosiecznego… - nim skończył zadawać pytanie, z twarzy mężczyzny zdążył wyczytać odpowiedź, nieróżniącą się nadmiernie od poprzedniej. Przy okazji twarz ta zaczęła wydawać mu się dziwnie złośliwą, zbywającą jego uprzejme pytania i skrycie szydzącą z jego osoby. – Cóż to więc za sklep? Co mógłby mi „szanowny pan” zaoferować w zamian?
-Nic ponad to, co pańskie bystre oko może tu wypatrzyć – sprzedawca wskazał dłonią półki oraz ściany obwieszone i zastawione gęsto lśniącym żelazem. – Bo raczej wątpię, aby zainteresowało pana coś bardziej wyszukanego...
-Och, doprawdy? A cóż takiego wyszukanego jest pan w stanie zaoferować? – prychnął lekceważąco rozzłoszczony Thurgon i oczekująco nastroszył wąsy.
W oku sprzedawcy pojawił się mały błysk, po którym mężczyzna ochoczo zanurkował w kierunku sporej skrzyni stojącej pod drzwiami na zaplecze.
-Proszę spojrzeć, to prawdziwie niezwykłe urządzenie! To wynalazek mojego brata: kusza wielostrzałowa! – postawił przed Thurgonem wielką i ciężką konstrukcję z czymś na kształt sporego i zupełnie nieporęcznego bębna pod korytem strzały. Za nim znajdował się wyjątkowo duży mechanizm spustowy i dźwignia. – To jest pojemnik na dwanaście bełtów. Sprężyny przesuwają je ku górze po każdym strzale… O, tak! Prawda, że niezwykłe? Spust w prawdzie dosyć ciężko przez to chodzi, bo porusza także ten mechanizm… O! Proszę. Natomiast cięciwę naciąga się tą dźwignią z przekładnią… - mechanizm zatrzeszczał i zaskoczył, wydając przy tym dźwięczne „brzdęk”, gdy stalowa żyłka osiągnęła skrajny stopień naprężenia. – O! No i już jest gotowa do ponownego strzału. I to w podobnym czasie, jak średnio wyszkolony łucznik. Wspaniałe, prawda? Jest tylko jeden mały minusik tej genialnej konstrukcji…
-Tak, rzeczywiście. Teraz widzę… – krasnolud zupełnie bezceremonialnie przerwał sprzedawcy prezentację i zmierzył wzrokiem całą misterną konstrukcję z lekceważącą miną znawcy tematu. - …Nijak nie przypomina młota, ani topora! Chyba przypadkiem to przeoczyliśmy! – mówiąc to, Thurgon wlepił swoje poirytowane spojrzenie w oczy sprzedawcy, który wyraźnie poczuł się dotknięty jego ignorancją i sarkazmem. Sam był nie na żarty rozdrażniony, ale owa ostatnia uwaga sprawiła mu niemało satysfakcji. Jednocześnie przez głowę przebiegła mu myśl, że tak duże i ciężkie ustrojstwo mogłoby się całkiem nieźle nadawać do tłuczenia czerepów z niemniejszą skutecznością, niż prawdziwy bojowy młot. Dopóki by się nie rozleciało, rzecz jasna, ale tę uwagę postanowił zostawić sobie na później.
Sprzedawca w milczeniu odłożył machinę z powrotem do skrzyni i zamknął ją z trzaskiem. Odwrócił się i oparł szeroko ramionami o ladę, patrząc z góry na krasnoluda.
-W rzeczy samej – odparł wyjątkowo chłodnym tonem niedającego się prowokować profesjonalisty. – Tak samo, jak i nie przypomina cepa, pałki, kija i maczugi, chociaż nie wątpię, że potrafiłby PAN wymyślić jakieś ciekawsze, według PANA, zastosowanie tego wyrafinowanego urządzenia – z kolejnymi wymawianymi słowami coraz bardziej znikał zimny profesjonalizm na rzecz narastającej frustracji. – To nie wędrowny kramik z grabiami, tylko ceniony sklep ze znakomitej jakości bronią. Wątpię, aby było PANA stać na cokolwiek, co się tutaj znajduje. Sugeruję zatem, aby oszczędził PAN nam obu czasu oraz nerwów, i udał się w stronę wyjścia!
Thurgon stał na środku pomieszczenia z nastroszoną z nerwów brodą i zaciśniętymi wielkimi pięściami. Przeklinał siebie i swoje szczęście za to, że wszędzie musiał trafiać na jakiś erimski pomiot i wpędzać się w podobne sytuacje. Czuł jednak, że nieodzownie wina leży tu po stronie właściciela sklepu, który od początku nie miał zamiaru sprawiedliwie go obsłużyć. Przecież sam starał się na początku być uprzejmym!
Nagle rozległ się dźwięk małego dzwonka, który sprzedawca podniósł ze stołu. W odpowiedzi z zaplecza wychynęły trzy krępe postacie i podeszły do krasnoluda.
-Pokażcie, proszę, temu panu, którędy trafić do wyjścia – sprzedawca rzucił niedbale i na powrót sięgnął po polerowany wcześniej sztylet.
Na widok krasnoludzkich ochroniarzy, Thurgon poczuł gwałtowny przypływ wściekłości. Tego było już za wiele. Był obrażany i lekceważony przez jakiegoś erimskiego bękarta, po czym miał zostać wyrzucony na ulicę przez służących mu krasnoludów. Tego jego duma już udźwignąć nie mogła. Już zaciskał pięść, by pomimo niesprawnego jednego ramienia napsuć im jak najwięcej krwi, kiedy, spojrzawszy na jednego z nich, całkowicie oniemiał. Był tak zdumiony, że bez najmniejszego znaku protestu dał się wyprowadzić na zewnątrz. Tam dopiero dotarła do niego przyczyna jego wielkiego zdziwienia, a kiedy już dotarła, zrobiła to z niemałą siłą, gdy jeden z owej trójki uścisnął go wylewnie z radosnym wyszczerzem.
-Nie może to być! Thurgon, ha ha! A to ci niespodziewanka! – ryknął lekko podstarzały krasnolud i przycisnął go mocniej do swego wielkiego brzucha. – Góra z górą się nie zejdzie, ale…! A skąd żeś ty tutaj? Na Wąsy Khazadara, dokądże to cię wywiało z Orgrimowej jamy? Nigdy bym nie myślał cię tu spotkać. Dawnoś przybył na wyspę? Ależ niespodziewanka, doprawdy…
Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, Thurgon odwzajemnił powitalne gesty, ostrożnie łypiąc przy tym oczami na pozostałych dwóch krasnoludów, wyglądających obecnie na równie zaskoczonych, jak on sam.
-Zaiste, dla mnie nie mniejsza – odparł nieco mrukliwie i poprawił temblak mrużąc boleśnie oczy. – Witaj Korfenie. Też nie myślałbym cię tu zobaczyć… - posłał wymowne spojrzenie w kierunku sklepowych drzwi.
-…Wiem, winienem ci przeprosiny – krasnolud wyraźnie zmienił ton, próbując ukryć w nim nutkę zażenowania. – Niestety, robota niewdzięczna, ale płacą niezgorzej. A bez tego tutaj ani rusz, więc i na to żem przystał. Żałować mi tylko zostaje, żem za stary na robotę w kopalni, jak to rządca określił. Niech go próchnica zeżre, ale co tam… Siedzę tedy, jak widzisz, i pilnuję rzyci braciom Norsel w ich sklepiku, bo i cóżby innego mógłby tu robić taki stary pierdziel, jak ja? – uśmiechnął się ironicznie, nieskutecznie ukrywając swoje rozżalenie. Wbrew temu, co jednak mówił, wcale nie był tak stary. Niewątpliwie sporo lat ich dzieliło, ale wedle krasnoludzkiej miary, pomimo najszczerszych chęci Thurgon nie mógł nazwać go starcem. Korfen był najstarszym siostrzeńcem jego ojca, którego nie widział na oczy od bardzo wielu lat. Tak wielu, że pewnie sam by go nie potrafił rozpoznać, toteż dziwił się, że Korfen tak łatwo rozpoznał jego. – Wiesz co, chodź, napijemy się piwa. Za tyle lat niewidzenia należy mi się chyba wolny dzień, nieprawdaż? – skinął na pozostałych dwóch krasnoludów stojących przed drzwiami sklepu. – Poradzicie sobie beze mnie. Muszę pokazać mojemu krewniakowi, gdzie może napić się dobrego piwa!

* * *

Re: Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy

PostNapisane: 2008-10-28 15:48
przez Wilhelm
Tak, widac ze to mala czesc jakiejs wiekszej calosci, bo opisy sa bardzo szczegolowe i rozwlekle. Ale nawet biorac to pod uwage, sa zbyt rozbudowane. Dodatkowo czyta sie je dosc ciezko bo budujesz dlugie wielokrotnie zlozone zdania, ktore nie bardzo pasuja do opisu niewyszukanych przedmiotow czy sytuacji.

Wypisalem sobie kilka ciekawszych konstrukcji, ktore brzmia niefortunnie lub niezgrabnie.

Przez chwilę poprzyglądał się okrętowi z czerwonym żaglem, walczącemu z wielką błękitną falą na witrażyku w oknie, przez które wpadało do pokoju ostre światło porannego słońca, po czym przeciągle ziewnął.

To zdanie jest zupelnie poprawne (no moze z wyjatkiem tego "poprzygladal";) ), ale polaczenie opisu banalnych czynnosci bohatera z poetyckim opisem witrazyka w jednym tak dlugim zdaniu sprawia, ze czyta sie to dziwnie.

Szeroka aleja, przy której znajdował się budynek gospody ozdobiony srebrzystym emblematem orła, była niewątpliwie jedną z ważniejszych i bardziej zamożnych części miasta.


Opisujesz aleje, wiec detale emblematu karczmy zaburzaja rytm tego dania i sa zupelnie niepotrzebne.

Minąwszy kilka obładowanych towarami wozów znalazł się na szerokiej płycie rynku, gęsto porośniętej drewnianymi wiatami i kramami.


To dosc typowa u ciebie konstrukcja zdania. Niestety ja mam identyczny problem z moim pisaniem:] Zbyt wiele epitetow; wozy sa obladowane, wiaty drewniane, a plyta rynku to czysty przepych: szeroka i porosnieta (w dodatku gesto). Duzo lepiej czyta sie taki opis, gdy jest rozbity na kilka krotszych zdan i wpleciony w akcje. Dobrze jest tez zastosowac stopniowanie. Czyli najpierw kilka zdan krotkich, potem dopiero te bardziej rozbudowane. Caly opis moze byc wtedy dluzszy, a i tak nie bedzie meczyl tak bardzo jak jedno dlugie zdanie. Np: Minawszy kilka wozow znalazl sie na rynku. Byl to szeroki plac usiany niezliczonymi straganami. Alejki miedzy kramiami byly tak waskie i zatloczone, ze choc bardzo sie staral raz po raz stracal ze stolu jakis przedmiot, narazajac sie na gniewne spojrzenia sprzedawcow. Dobrze jesli konczylo sie tylko na tym. Przedostatnie zdanie jest co prawda dlugie, ale otaczajace je zdania krotkie daja czas na zaczerpniecie oddechu ;)
Poza tym jakos dziwnie brzmia wyrazenia typu: plyta rynku oraz porosnieta kramami. "Plac" brzmialby bardziej naturalnie. Porosniety zas, moze byc trawa, a "straganami" np usiany.

Wędrował powoli wzdłóż długiego rzędu kupieckich kramów mieniących się najrozmaitszymi towarami, z których każdy był w stanie przykuć uwagę na na tyle długą chwilę, by sprzedawca zdążył w tym czasie zaoferować dziesięć kolejnych.

Kolelny tasiemiec, ktory laczy w jedno zbyt wiele niezaleznych od siebie sytuacji. Krasnolud idzie, kramy sie mienia, towary przykuwaja uwage, sprzedawca oferuje kolejne przedmioty. W porzadku, ale dlaczego musi byc to opiasne jednym zdaniem?

Przyzwyczajony był do walki krótkotrwałej i morderczej – topory i młoty bojowe zazwyczaj jednym potężnym ciosem potrafiły rozstrzygać losy przeciwników, podczas gdy walka mieczem z góry zakładała dłuższe, bądź krótsze wymiany ciosów.

To jedno z tych zdan, w ktorych trudno wskazac jakis powazny blad, ale ktore brzmia jakos tak nienaturalnie. Po pierwsze nie pasuje tu czas przeszly. Poza tym w ogolnym opisie walki uzylbym raczej liczby pojedynczej piszac o wymianie ciosow. Czyli wlasnie: zakladala dluzsza badz ktortsza wymiane ciosow. Samo slowko "zakladala" tez mi w tym wypadku jakos nie pasuje, moze lepiej "wymagala"?. No i nie potrzebnie dodajesz to nieszczesne "badz krotsza". Porownujesz tu wymiane ciosow mieczem z jednym uderzeniem topora, zatem ta wymiana zawsze bedzie dluzsza. Wiem ze chodzilo ci o to ze ta wymiana bywa dluzsza lub krotsza, ale wlasnie dzieki temu porownywaniu wyczuwa sie tu pewien zgrzyt.
Heh, ale namieszalem:> Przyklad zawsze najlepszy: Przyzwyczajony był do walki krótkotrwałej i morderczej. Topory i młoty bojowe potrafia jednym potężnym ciosem rozstrzygnac jej losy, podczas gdy walka mieczem wymaga dłuższej wymiany ciosów.

Wielokrotne parady, kontry i zasłony nie były dla niego ciekawą perspektywą, tym bardziej, iż nie była to sztuka, w której byłby biegły.

W ktorej byl biegly. Mowisz tu raczej o tym co juz umie albo nie umie, a nie o tym czego dopiero zamierza sie nauczyc.

Sam był nie na żarty rozdrażniony, ale owa ostatnia uwaga sprawiła mu niemało satysfakcji.

Tez mam z tym problem i zamiast po prostu "sporo satysfakcji" i "mocno rozdrazniony" niepotrzebnie szukam bardziej wyszukanych okreslen, ktore w takich wypadkach zwyczajnie nie pasuja. :)

Nagle rozległ się dźwięk małego dzwonka, który sprzedawca podniósł ze stołu.

Tu wg mnie zaburzona jest kolejnosc zdarzen. Jesli krasnolud stal przy sprzedawcy to najpierw musial dostrzec jak ten podnosi dzwonek, a dopiero potem go uslyszec.

po czym wstał i odłożył na bok cierpliwie polerowany sztylet.

Tu znow mamy nie potrzebny epitet. Po co podkreslac ze sztylet byl polerowany cierpliwie, zwlaszcza ze akcja posunela sie od tamtej pory sporo do przodu i nie ma to juz zadnego znaczenia. Poza tym ma sie wrazenie jakby to byla cecha sztyletu, a nie opis czynnosci.

I to w podobnym czasie, jak średnio wyszkolony łucznik.

Wyrwalem troche z kontekstu, ale zdanie to pochodzi z czesci zachwalajacej wspaniala (wg zachwalajacego przynajmniej) bron. Jesli cos zachwalasz to uzywasz zwykle "naj"-lepszych epitetow, wiec srednio wyszkolony lucznik nie jest chyba najlepszym przykladem.

Tam dopiero dotarła do niego przyczyna jego wielkiego zdziwienia, a kiedy już dotarła, zrobiła to z niemałą siłą, gdy jeden z owej trójki uścisnął go wylewnie z radosnym wyszczerzem.

Tu, Orgrimie, naprawde dales czadu;) Jak mozna nie wiedziec czym spowodowane jest twoje wlasne zdziwienie?:>

I na zakonczenie:
odbijał promienie słońca i nieprzyjemnie drążył oczodoły.

w pierwszej chwili pomyslalem sobie: co to jest? Ale poniewaz mowa byla o jakichs nieznanych mi rasach zrzucilem to na ich karb. Jednak w dalszej czesci nie ma wzmianki o stworach ktore zamiast oczu maja puste oczodoly, ktore wystawione sa bezposrednio na promienie sloneczne. Moze jest cos o tym wczesniej wiec oczodolow sie nie czepiam;) ale drążenia i owszem! :>

Re: Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy

PostNapisane: 2008-10-28 16:08
przez Orgrim Ogniojad
Wow :]
no, Wilhelmie - dowaliłeś mi równo :D

z większością zarzutów nie mogę się nie zgodzić - mam sporą tendencję do tworzenia 'tasiemców' podczas pisania (dawniej w ogóle nie umiałem temu przeciwdziałać! więc teraz i tak nie jest źle) ;p i czasami trudno jest mi ująć coś w inny sposób, bez pomijania czegoś, co mi się podoba/jest istotne/brzmi fajnie itd.

Nie będę się bronił przed wszystkimi zarzutami i próbował udowadniać swoje racje, bo nie o to chodzi w słuchaniu krytyki :)

Niemniej jednak z jednym ci się NIE zgodzę :P
Wilhelm napisał(a):w pierwszej chwili pomyslalem sobie, co to jest, ale poniewaz moa tu jest o jakichs nieznanych mi rasach zwalilem to na nie. Jednak w dalszej czesci nie ma wzmianki o stworach ktore zamisat oczu maja puste oczodoly, ktore wystawiane sa bezposrednio na promienie sloneczne. Moze jest cos o tym wczesniej wiec oczodolow sie nie czepiam;) ale drazenia i owszem! :>

Otóż drogi Panie Wilhelmie, Pan pozwoli, że zacytuję większy fragment (czyli całe zdanie):
Orgrim Ogniojad napisał(a):Wszystko pokrywała cienka warstwa śniegu, który złośliwie odbijał promienie słońca i nieprzyjemnie drążył oczodoły.

...więc jeśli mowa tam o Bąkojadach, Dzikich Wężach, czy innych stworach, to gotów jestem upiec i zjeść własną brodę :]

Niemniej jednak jestem wdzięczny za tak wnikliwą analizę językowej strony tego fragmentu...
A jakiś komentarz dotyczący strony merytorycznej i odczuć własnych recenzenta, mógłbym dostać? :D

pozdrawiam
Orgrim Ogniojad ŻrącyPłomień

Re: Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy

PostNapisane: 2008-10-28 17:37
przez Wilhelm
Orgrim Ogniojad napisał(a):Otóż drogi Panie Wilhelmie, Pan pozwoli, że zacytuję większy fragment (czyli całe zdanie):
Orgrim Ogniojad napisał(a):Wszystko pokrywała cienka warstwa śniegu, który złośliwie odbijał promienie słońca i nieprzyjemnie drążył oczodoły.

...więc jeśli mowa tam o Bąkojadach, Dzikich Wężach, czy innych stworach, to gotów jestem upiec i zjeść własną brodę :]

No coz, zarowno twoja broda jak kubki smakowe moga czuc sie bezpiecznie;), ale Thurgon to jakis dziwny typ. Niby krasnolud, ale bo to powiedziane, ze jakas ich "odmiana" nie moze nie miec oczu?:P

Orgrim Ogniojad napisał(a):A jakiś komentarz dotyczący strony merytorycznej i odczuć własnych recenzenta, mógłbym dostać? :D


Wbrew pozorom to bardzo krotki fragment, zwlaszcza jesli chodzi o strone merytoryczna. Dlatego skupilem sie glownie na stronie jezykowej. Trudno cokolwiek konkretnego tu napisac. Mamy zaledwie krotka przechadzke po miasteczku i zakupy broni. Pierwszy powazny zwrot akcji pojawia sie pod sam koniec fragmentu, gdy Thurgon spotyka ziomala ( a moze krewniaka - nie pamietam). No ale wtedy opowiadanie sie konczy;] Rozmowa z handlarzem bronia byla calkiem ciekawa, ale zostawila pewien niedosyt, bo zakonczyla sie zbyt nieoczekiwanie. Ale skoro to czesc wiekszego opowiadania lub wrecz powiesci to oczywistym jest, ze nie kazda rozmowa z byle sklepikarzem musi sie konczyc mordobieciem czy wyszukana poita godna zakonczenia dluzszego opowiadania:>
Wybacz wiec Orgrimie, ale nie jestem w stanie napisac nic konstruktywnego o jednym malym epizodzie. Nie ma tu ani wiekszego napiecia, ani wartkiej pelnej zaskakujacych zwrotow akcji. A nie ma, bo to nie ten fragment:]

Re: Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy

PostNapisane: 2008-10-29 22:03
przez Klonus Wysoki
A ja dla odmiany o sferze językowej pisać nie będę, bo poza witrażem na początku, oczodołami trochę później (mogłyby być oczy, ale dokładnie wiem, czym różni się ból oczu od bólu oczodołów) i na końcu tym dziwacznym zdziwieniem, tekst uważam za poprawny (przesadzasz trochę Wil z tymi uwagami). Czego więc mi brakuje (bo nie ukrywam, że brakuje)?
Zacznijmy od początku: Krasn...olud (:D) budzi się... gdzieś. Gdzieś idzie i w zasadzie jest w karczmie. Ale gdzie w tej karczmie nocował? Na piętrze? Na zapleczu? I skąd witraż w karczmie?
Wyszedł z karczmy i znalazł się na ulicy. Właśnie - czy karczma znajdowała się po prostu na środku ulicy. A może na jakimś skrzyżowaniu? Był to wyróżniający się budynek, czy taki, jak wszystkie inne. W końcu Thurgon rusza w miasto, którego nie zna - jak chce wrócić? Zwłaszcza, że nie jest sam. I zostawia tak kumpla "a niech śpi"?
Nie czytałem praktycznie żadnych Twoich tekstów, więc nie znam Twojej wizji krasnoluda, ale zawsze sądziłem, że nie tyle nie znają się oni na modzie, co w ogóle ich ona nie obchodzi. Tu się sprzeczać nie będę - wszystko zależy od kreacji rasy. Skoro już o rasie, ciężko mi się było połapać, która rasa jest która, gdy używasz drugiej terminologii (erimowie, solwirowie), ale rozumiem, że czytając całość (całą książkę) nie miałbym tego problemu.
Następnie jest targ. Byłeś kiedyś na targu w momencie, gdy nie można przez niego przejść z sposób normalny? Zakładam, że byłeś. A jednak w opowiadaniu tego nie widać. Krasnolud (będący niemałym powierzchniowo obiektem) łazi sobie w te i we wte, gapi się na wszystkie strony, normalnie miejsca ma tyle, że dwa wozy drabiniaste by zmieścił. Dopiero jak zaczyna gonić wóz, robi się trochę gęsto.
Z palcu trafia do uliczki. Jakiś jej opis? Poprzednio był opis - teraz go nie ma. I przy okazji śnieg zniknął (tego elementu po prostu już nie widać). Wiem, wzrok się przyzwyczaja, ale jakaś wzmianka by się przydała.
I na koniec sklep. Opisujesz ściany, półki (które są chyba na ścianach), ale co się dzieje w centrum sklepu? No chyba, ze sklep składa się tylko z powierzchni ściennej (zrobiony jest z samych korytarzy, jak kilka klubów w moim mieście :P).
Tekst całkiem dobry. Miło się czyta, choć akcja nie jest zbyt wartka.

Re: Fragment własnej twórczości - Krasnoludzkie zakupy

PostNapisane: 2008-10-30 08:59
przez Orgrim Ogniojad
Ho ho - Wielki Klonusie, widzę, że niemało czasu dziś u mnie straciłeś :P

a zate, czyńmy, co następuje:

Klonus Wysoki napisał(a):(mogłyby być oczy, ale dokładnie wiem, czym różni się ból oczu od bólu oczodołów)

ból gałki ocznej to coś innego, niż ból na dnie oczodołu - ten drugi jest bardziej głęboki i pochodzący raczej z wewnątrz, niż zewnątrz (takie "obserwacje własne") :)

Klonus Wysoki napisał(a):Krasn...olud (:D) budzi się... gdzieś. Gdzieś idzie i w zasadzie jest w karczmie. Ale gdzie w tej karczmie nocował? Na piętrze? Na zapleczu? I skąd witraż w karczmie?

Ta sprawa jest o tyle ciekawa, o ile (moim zdaniem) nie istotna... :) był w karczmie, spał tam. Trzeba opisywać, jaki numer miał jego pokój i że znajdował się na 2 piętrze na końcu korytarza po lewej stronie? Kiedy jest to zupełnie nieprzydatne, to po co komu takie informacje? :)

Klonus Wysoki napisał(a):Właśnie - czy karczma znajdowała się po prostu na środku ulicy. A może na jakimś skrzyżowaniu? Był to wyróżniający się budynek, czy taki, jak wszystkie inne.

Pozwól, że odpowiem cytatem:
Szeroka aleja, przy której znajdował się budynek gospody ozdobiony srebrzystym emblematem orła, była niewątpliwie jedną z ważniejszych i bardziej zamożnych części miasta.

Z resztą dalszy opis alei pokazuje, że tam każdy budynek się wyróżniał, bo były upstrzone, jak się tylko dało :) W każdym razie gospoda nie znajdowała się w lesie, w jaskini, na szczycie góry itd. W mieście. Przy alei.

Klonus Wysoki napisał(a):W końcu Thurgon rusza w miasto, którego nie zna - jak chce wrócić? Zwłaszcza, że nie jest sam. I zostawia tak kumpla "a niech śpi"?

Cóż - poszedł się rozejrzeć, skoro kumpel dalej śpi :) fakt, że z tego fragmentu nie widać szerszego kontekstu, ale kumpel (mag) był wykończony i mówił mu, że musi się 'zregenerować' tak więc, ten go nie budził. No i poza tym - szedł się tylko rozejrzeć. Nie planował iść z kuzynem na piwo z rana :]
A co do powrotu do karczmy - też tego tu nie widać, ale chyba we wszystkich systemach rpg itd krasnoludy mają świetne wyczucie kierunku i orientację, zatem to nie powinien być problem :)

Klonus Wysoki napisał(a):Krasnolud (będący niemałym powierzchniowo obiektem) łazi sobie w te i we wte, gapi się na wszystkie strony, normalnie miejsca ma tyle, że dwa wozy drabiniaste by zmieścił. Dopiero jak zaczyna gonić wóz, robi się trochę gęsto.
Bywam na targach regularnie :) Ale wracając - może rzeczywiscie po przyjeździe wozu zrobiło się bardziej gęsto, jednak mogę bronić się takim spostrzeżeniem, że na takich targach dopóki ci się nie spieszy, ludzie nadmiernie nie przeszkadzają - wszędzie się w końcu dopchasz. Gorzej, kiedy musisz się szybko przez tłum przedrzeć...

Klonus Wysoki napisał(a):I na koniec sklep. Opisujesz ściany, półki (które są chyba na ścianach), ale co się dzieje w centrum sklepu? No chyba, ze sklep składa się tylko z powierzchni ściennej (zrobiony jest z samych korytarzy, jak kilka klubów w moim mieście

Cóż - wydawało mi się, że to widać, że sklep to aż i tylko JEDNA izba, która ma na ścianach półki i ladę na wprost wejścia... :) proste, jak konstrukcja narzędzia rolniczego (jak to mówią) :P

A zatem - szczerze dziękuję za wytknięcie niedociągnięć, wezmę je sobie do serca :heart: i w wolnym czasie spróbuję coś poprawić ;)
W każdym razie - liczę na kolejne recenzje :)

pozdrawiam
OO. Płomyczek