Dusza i demon
Coraz bliższe, metaliczne postukiwania oznajmiły magowi, że jego podwładny zbliża się szybkim marszem. W drzwiach lochu stanął rycerz. Nikłe światło pochodni lekko odbijało się od jego zbroi.
- Panie - powiedział uderzając ręką w pierś - Obawiam się, że nie znaleźliśmy Grimonara.
- Spodziewałem się tego - odpowiedział mag pochylając się nad niewielkim stolikiem stojącym na samym środku ciasnego lochu - Jest zbyt mądry, by dać się złapać zwykłym śmiertelnikom. Dlatego zastawimy na niego pułapkę.
- Co chcesz zrobić, panie? - spytał z lekką trwogą podwładny.
Mag lekko obrócił się z wyrazem irytacji. Widocznie nie był przyzwyczajony do pchania się "zwykłych śmiertelników" w jego plany. Zatrzymał się jednak i chyba ochłonął, gdyż już zupełnie spokojnym głosem powiedział:
- Grimonar nie zdoła zamieść Kamienia Orum'Ubum do Darl'Aramet osobiście. Potrzebuje do tego demona.
- Chcesz przyzwać demona? - głos rycerza wskazywał na rosnące przerażenia mężczyzny.
- Nie - odpowiedział mag z lekką złością w głosie - Grimonar nigdy by nie oddał Kamienia prawdziwemu demonowi. Wybierze kogoś, kto go nie zdradzi, kogoś o czystym sercu.
- Demony nie mają serca. - rycerz chyba chciał odnaleźć sens w rozumowaniu swego pana, ale widocznie nie dawał sobie z tym rady.
- Dlatego nie przyzwę demona. Do wymiarów piekielnym mogą jednak bez problemu schodzić ludzie ze znamieniem demona. Ale do tego trzeba spotkać się z demonem, a i takiemu człowiekowi Grimonar raczej nie uwierzy. Jest jeszcze trzecia możliwość. Istnieje klątwa dotknięcia demona...
- On się zmieni w demona - powiedział niepewnie rycerz.
- Tylko gdy zacznie używać mocy demonicznych. A do tego potrzebny byłby mu chociażby Kamień Orum'Ubum.
- Dostanie go od Grimonara. - rycerz jakby przez mgłę widział zarysy planu maga.
- Uprzedzisz go. Musisz pilnować osobę, którą obdarzę klątwą by, gdy tylko zjawi się Grimonar, zabrać Kamień.
- Rozumiem, panie - powiedział rycerz, lekko się skłoniwszy.
- A teraz - powiedział mag, odchodząc od stolika, na którym leżało śpiące dziecko - zabierz go tak, skąd go wziąłeś. I mniej na niego oko. Nie może dostać Kamienia. Kamień musi być mój.
Kilkanaście lat później...
Sanud lubił przebywać w karczmie. Nie chodziło mu o spotkanie z kolegami, bo tych nie miał. Jako pastuch nie miał zbyt dużo czasu na obcowanie z ludźmi, toteż sama możliwość posiedzenia wśród nich wydawała mu się interesująca.
W karczmie nie było dziś dużo ludzi. Pomału robiło się już zimno i część "stałych bywalców" wolała pozostać w ciepłych domach, choć nie brakowało tez tych, którzy mimo wszystko przyszli "na jednego". W karczmie unosił się rzadki dym palonych ziół, słotkawy zapach miejscowego piwa i niezbyt głośny gwar rozmów. Jedynie kilku krasnoludów przy jednym ze stolików co rusz śmiała się na całe gardło.
Wtem drzwi karczmy rozwarły się. Wszedł przez nie, a raczej wsunął się, mag. Szybko rozejrzał się po zebranych w izbie i ruszył szybkim krokiem w kierunku Sanuda. Poza chłopakiem z resztą nikt chyba nie zauważył chudej postaci w długiej todze. Mag stanął przy stoliku chłopaka, położył na nim niewielki kamień i powiedział:
- Chłopcze, musisz udać się do Darl'Aramet i tam zniszczyć ten kamień.
Chłopak obdarzył maga najbardziej zdziwionym spojrzeniem, na jakie go było stać.
- Nie ma czasu, chłopcze - powiedział mag - Ruszaj na północ do bramy Graik-urgul. Musisz się spieszyć.
Drzwi karczmy znów się otworzyły . Tym razem do środka weszło kilku zbrojnych rycerzy.
- Tam jest - krzyknął jeden wskazując na maga.
Ten wcisnął młodzieńcowi kamień w dłoń i krzyknął:
- Uciekaj już. Postaram się ich zatrzymać.
Gdy tylko zwrócił się w stronę nowoprzybyłych, spadło na niego ciężkie ostrze miecza ich przywódcy. Mag z praktycznie przepołowioną głową osunął się na ziemię.
- A teraz - powiedział jeden z rycerzy - oddaj nam kamień.
Sanug stał sparaliżowany strachem. Pamiętał, że nie mógł ruszyć nawet palcem, a co dopiero wyciągnąć rękę, by oddać kamień. Oczy zaszły mu mgłą. Wówczas wielka ciemność narosła w samym jego wnętrzu. Nie niosła sobą żadnych uczuć, emocji. Była pustką. Sanug stracił przytomność.
Gdy się ocknął, ze zdziwieniem stwierdził, że stoi. Każdy kolejny obraz, jaki malował się przed jego oczami napawał go coraz większym przerażeniem. Oto rycerze, którzy jeszcze przed chwilą stali przednim, leżeli nieżywi. Z resztą to, że byli to rycerze poznał jedynie po zbrojach. Ich ciała były tak zmasakrowane, że gdyby nie widział ich wcześniej, nie byłby pewien, czy należały do ludzi. Jego ręce aż kapały od świeżej krwi. Nie jego krwi.
Ludzie zgromadzeni w karczmie patrzyli na chłopaka z przerażeniem. Nikt nic nie mówił.
Chłopak wybiegł. Nie wiedział dokąd biegnie. Nie chciał o tym myśleć. Gdy tylko jego umysł domagał się choć cienia uwagi, wracały obrazy zmasakrowanych ciał, zakrwawionych rąk. Wolał nie myśleć. Po prostu biegł. Aż mu zabrakło tchu. Upadł. Stracił przytomność.
- Panie - powiedział uderzając ręką w pierś - Obawiam się, że nie znaleźliśmy Grimonara.
- Spodziewałem się tego - odpowiedział mag pochylając się nad niewielkim stolikiem stojącym na samym środku ciasnego lochu - Jest zbyt mądry, by dać się złapać zwykłym śmiertelnikom. Dlatego zastawimy na niego pułapkę.
- Co chcesz zrobić, panie? - spytał z lekką trwogą podwładny.
Mag lekko obrócił się z wyrazem irytacji. Widocznie nie był przyzwyczajony do pchania się "zwykłych śmiertelników" w jego plany. Zatrzymał się jednak i chyba ochłonął, gdyż już zupełnie spokojnym głosem powiedział:
- Grimonar nie zdoła zamieść Kamienia Orum'Ubum do Darl'Aramet osobiście. Potrzebuje do tego demona.
- Chcesz przyzwać demona? - głos rycerza wskazywał na rosnące przerażenia mężczyzny.
- Nie - odpowiedział mag z lekką złością w głosie - Grimonar nigdy by nie oddał Kamienia prawdziwemu demonowi. Wybierze kogoś, kto go nie zdradzi, kogoś o czystym sercu.
- Demony nie mają serca. - rycerz chyba chciał odnaleźć sens w rozumowaniu swego pana, ale widocznie nie dawał sobie z tym rady.
- Dlatego nie przyzwę demona. Do wymiarów piekielnym mogą jednak bez problemu schodzić ludzie ze znamieniem demona. Ale do tego trzeba spotkać się z demonem, a i takiemu człowiekowi Grimonar raczej nie uwierzy. Jest jeszcze trzecia możliwość. Istnieje klątwa dotknięcia demona...
- On się zmieni w demona - powiedział niepewnie rycerz.
- Tylko gdy zacznie używać mocy demonicznych. A do tego potrzebny byłby mu chociażby Kamień Orum'Ubum.
- Dostanie go od Grimonara. - rycerz jakby przez mgłę widział zarysy planu maga.
- Uprzedzisz go. Musisz pilnować osobę, którą obdarzę klątwą by, gdy tylko zjawi się Grimonar, zabrać Kamień.
- Rozumiem, panie - powiedział rycerz, lekko się skłoniwszy.
- A teraz - powiedział mag, odchodząc od stolika, na którym leżało śpiące dziecko - zabierz go tak, skąd go wziąłeś. I mniej na niego oko. Nie może dostać Kamienia. Kamień musi być mój.
Kilkanaście lat później...
Sanud lubił przebywać w karczmie. Nie chodziło mu o spotkanie z kolegami, bo tych nie miał. Jako pastuch nie miał zbyt dużo czasu na obcowanie z ludźmi, toteż sama możliwość posiedzenia wśród nich wydawała mu się interesująca.
W karczmie nie było dziś dużo ludzi. Pomału robiło się już zimno i część "stałych bywalców" wolała pozostać w ciepłych domach, choć nie brakowało tez tych, którzy mimo wszystko przyszli "na jednego". W karczmie unosił się rzadki dym palonych ziół, słotkawy zapach miejscowego piwa i niezbyt głośny gwar rozmów. Jedynie kilku krasnoludów przy jednym ze stolików co rusz śmiała się na całe gardło.
Wtem drzwi karczmy rozwarły się. Wszedł przez nie, a raczej wsunął się, mag. Szybko rozejrzał się po zebranych w izbie i ruszył szybkim krokiem w kierunku Sanuda. Poza chłopakiem z resztą nikt chyba nie zauważył chudej postaci w długiej todze. Mag stanął przy stoliku chłopaka, położył na nim niewielki kamień i powiedział:
- Chłopcze, musisz udać się do Darl'Aramet i tam zniszczyć ten kamień.
Chłopak obdarzył maga najbardziej zdziwionym spojrzeniem, na jakie go było stać.
- Nie ma czasu, chłopcze - powiedział mag - Ruszaj na północ do bramy Graik-urgul. Musisz się spieszyć.
Drzwi karczmy znów się otworzyły . Tym razem do środka weszło kilku zbrojnych rycerzy.
- Tam jest - krzyknął jeden wskazując na maga.
Ten wcisnął młodzieńcowi kamień w dłoń i krzyknął:
- Uciekaj już. Postaram się ich zatrzymać.
Gdy tylko zwrócił się w stronę nowoprzybyłych, spadło na niego ciężkie ostrze miecza ich przywódcy. Mag z praktycznie przepołowioną głową osunął się na ziemię.
- A teraz - powiedział jeden z rycerzy - oddaj nam kamień.
Sanug stał sparaliżowany strachem. Pamiętał, że nie mógł ruszyć nawet palcem, a co dopiero wyciągnąć rękę, by oddać kamień. Oczy zaszły mu mgłą. Wówczas wielka ciemność narosła w samym jego wnętrzu. Nie niosła sobą żadnych uczuć, emocji. Była pustką. Sanug stracił przytomność.
Gdy się ocknął, ze zdziwieniem stwierdził, że stoi. Każdy kolejny obraz, jaki malował się przed jego oczami napawał go coraz większym przerażeniem. Oto rycerze, którzy jeszcze przed chwilą stali przednim, leżeli nieżywi. Z resztą to, że byli to rycerze poznał jedynie po zbrojach. Ich ciała były tak zmasakrowane, że gdyby nie widział ich wcześniej, nie byłby pewien, czy należały do ludzi. Jego ręce aż kapały od świeżej krwi. Nie jego krwi.
Ludzie zgromadzeni w karczmie patrzyli na chłopaka z przerażeniem. Nikt nic nie mówił.
Chłopak wybiegł. Nie wiedział dokąd biegnie. Nie chciał o tym myśleć. Gdy tylko jego umysł domagał się choć cienia uwagi, wracały obrazy zmasakrowanych ciał, zakrwawionych rąk. Wolał nie myśleć. Po prostu biegł. Aż mu zabrakło tchu. Upadł. Stracił przytomność.