Strona główna forum → Twórczość → Twierdza Fantasy → Grupowe
Dusza i demon
Moderator: Mecenasi sztuki
3 posty(ów) • Strona 1 z 1
Dusza i demon
Coraz bliższe, metaliczne postukiwania oznajmiły magowi, że jego podwładny zbliża się szybkim marszem. W drzwiach lochu stanął rycerz. Nikłe światło pochodni lekko odbijało się od jego zbroi.
- Panie - powiedział uderzając ręką w pierś - Obawiam się, że nie znaleźliśmy Grimonara.
- Spodziewałem się tego - odpowiedział mag pochylając się nad niewielkim stolikiem stojącym na samym środku ciasnego lochu - Jest zbyt mądry, by dać się złapać zwykłym śmiertelnikom. Dlatego zastawimy na niego pułapkę.
- Co chcesz zrobić, panie? - spytał z lekką trwogą podwładny.
Mag lekko obrócił się z wyrazem irytacji. Widocznie nie był przyzwyczajony do pchania się "zwykłych śmiertelników" w jego plany. Zatrzymał się jednak i chyba ochłonął, gdyż już zupełnie spokojnym głosem powiedział:
- Grimonar nie zdoła zamieść Kamienia Orum'Ubum do Darl'Aramet osobiście. Potrzebuje do tego demona.
- Chcesz przyzwać demona? - głos rycerza wskazywał na rosnące przerażenia mężczyzny.
- Nie - odpowiedział mag z lekką złością w głosie - Grimonar nigdy by nie oddał Kamienia prawdziwemu demonowi. Wybierze kogoś, kto go nie zdradzi, kogoś o czystym sercu.
- Demony nie mają serca. - rycerz chyba chciał odnaleźć sens w rozumowaniu swego pana, ale widocznie nie dawał sobie z tym rady.
- Dlatego nie przyzwę demona. Do wymiarów piekielnym mogą jednak bez problemu schodzić ludzie ze znamieniem demona. Ale do tego trzeba spotkać się z demonem, a i takiemu człowiekowi Grimonar raczej nie uwierzy. Jest jeszcze trzecia możliwość. Istnieje klątwa dotknięcia demona...
- On się zmieni w demona - powiedział niepewnie rycerz.
- Tylko gdy zacznie używać mocy demonicznych. A do tego potrzebny byłby mu chociażby Kamień Orum'Ubum.
- Dostanie go od Grimonara. - rycerz jakby przez mgłę widział zarysy planu maga.
- Uprzedzisz go. Musisz pilnować osobę, którą obdarzę klątwą by, gdy tylko zjawi się Grimonar, zabrać Kamień.
- Rozumiem, panie - powiedział rycerz, lekko się skłoniwszy.
- A teraz - powiedział mag, odchodząc od stolika, na którym leżało śpiące dziecko - zabierz go tak, skąd go wziąłeś. I mniej na niego oko. Nie może dostać Kamienia. Kamień musi być mój.
Kilkanaście lat później...
Sanud lubił przebywać w karczmie. Nie chodziło mu o spotkanie z kolegami, bo tych nie miał. Jako pastuch nie miał zbyt dużo czasu na obcowanie z ludźmi, toteż sama możliwość posiedzenia wśród nich wydawała mu się interesująca.
W karczmie nie było dziś dużo ludzi. Pomału robiło się już zimno i część "stałych bywalców" wolała pozostać w ciepłych domach, choć nie brakowało tez tych, którzy mimo wszystko przyszli "na jednego". W karczmie unosił się rzadki dym palonych ziół, słotkawy zapach miejscowego piwa i niezbyt głośny gwar rozmów. Jedynie kilku krasnoludów przy jednym ze stolików co rusz śmiała się na całe gardło.
Wtem drzwi karczmy rozwarły się. Wszedł przez nie, a raczej wsunął się, mag. Szybko rozejrzał się po zebranych w izbie i ruszył szybkim krokiem w kierunku Sanuda. Poza chłopakiem z resztą nikt chyba nie zauważył chudej postaci w długiej todze. Mag stanął przy stoliku chłopaka, położył na nim niewielki kamień i powiedział:
- Chłopcze, musisz udać się do Darl'Aramet i tam zniszczyć ten kamień.
Chłopak obdarzył maga najbardziej zdziwionym spojrzeniem, na jakie go było stać.
- Nie ma czasu, chłopcze - powiedział mag - Ruszaj na północ do bramy Graik-urgul. Musisz się spieszyć.
Drzwi karczmy znów się otworzyły . Tym razem do środka weszło kilku zbrojnych rycerzy.
- Tam jest - krzyknął jeden wskazując na maga.
Ten wcisnął młodzieńcowi kamień w dłoń i krzyknął:
- Uciekaj już. Postaram się ich zatrzymać.
Gdy tylko zwrócił się w stronę nowoprzybyłych, spadło na niego ciężkie ostrze miecza ich przywódcy. Mag z praktycznie przepołowioną głową osunął się na ziemię.
- A teraz - powiedział jeden z rycerzy - oddaj nam kamień.
Sanug stał sparaliżowany strachem. Pamiętał, że nie mógł ruszyć nawet palcem, a co dopiero wyciągnąć rękę, by oddać kamień. Oczy zaszły mu mgłą. Wówczas wielka ciemność narosła w samym jego wnętrzu. Nie niosła sobą żadnych uczuć, emocji. Była pustką. Sanug stracił przytomność.
Gdy się ocknął, ze zdziwieniem stwierdził, że stoi. Każdy kolejny obraz, jaki malował się przed jego oczami napawał go coraz większym przerażeniem. Oto rycerze, którzy jeszcze przed chwilą stali przednim, leżeli nieżywi. Z resztą to, że byli to rycerze poznał jedynie po zbrojach. Ich ciała były tak zmasakrowane, że gdyby nie widział ich wcześniej, nie byłby pewien, czy należały do ludzi. Jego ręce aż kapały od świeżej krwi. Nie jego krwi.
Ludzie zgromadzeni w karczmie patrzyli na chłopaka z przerażeniem. Nikt nic nie mówił.
Chłopak wybiegł. Nie wiedział dokąd biegnie. Nie chciał o tym myśleć. Gdy tylko jego umysł domagał się choć cienia uwagi, wracały obrazy zmasakrowanych ciał, zakrwawionych rąk. Wolał nie myśleć. Po prostu biegł. Aż mu zabrakło tchu. Upadł. Stracił przytomność.
- Panie - powiedział uderzając ręką w pierś - Obawiam się, że nie znaleźliśmy Grimonara.
- Spodziewałem się tego - odpowiedział mag pochylając się nad niewielkim stolikiem stojącym na samym środku ciasnego lochu - Jest zbyt mądry, by dać się złapać zwykłym śmiertelnikom. Dlatego zastawimy na niego pułapkę.
- Co chcesz zrobić, panie? - spytał z lekką trwogą podwładny.
Mag lekko obrócił się z wyrazem irytacji. Widocznie nie był przyzwyczajony do pchania się "zwykłych śmiertelników" w jego plany. Zatrzymał się jednak i chyba ochłonął, gdyż już zupełnie spokojnym głosem powiedział:
- Grimonar nie zdoła zamieść Kamienia Orum'Ubum do Darl'Aramet osobiście. Potrzebuje do tego demona.
- Chcesz przyzwać demona? - głos rycerza wskazywał na rosnące przerażenia mężczyzny.
- Nie - odpowiedział mag z lekką złością w głosie - Grimonar nigdy by nie oddał Kamienia prawdziwemu demonowi. Wybierze kogoś, kto go nie zdradzi, kogoś o czystym sercu.
- Demony nie mają serca. - rycerz chyba chciał odnaleźć sens w rozumowaniu swego pana, ale widocznie nie dawał sobie z tym rady.
- Dlatego nie przyzwę demona. Do wymiarów piekielnym mogą jednak bez problemu schodzić ludzie ze znamieniem demona. Ale do tego trzeba spotkać się z demonem, a i takiemu człowiekowi Grimonar raczej nie uwierzy. Jest jeszcze trzecia możliwość. Istnieje klątwa dotknięcia demona...
- On się zmieni w demona - powiedział niepewnie rycerz.
- Tylko gdy zacznie używać mocy demonicznych. A do tego potrzebny byłby mu chociażby Kamień Orum'Ubum.
- Dostanie go od Grimonara. - rycerz jakby przez mgłę widział zarysy planu maga.
- Uprzedzisz go. Musisz pilnować osobę, którą obdarzę klątwą by, gdy tylko zjawi się Grimonar, zabrać Kamień.
- Rozumiem, panie - powiedział rycerz, lekko się skłoniwszy.
- A teraz - powiedział mag, odchodząc od stolika, na którym leżało śpiące dziecko - zabierz go tak, skąd go wziąłeś. I mniej na niego oko. Nie może dostać Kamienia. Kamień musi być mój.
Kilkanaście lat później...
Sanud lubił przebywać w karczmie. Nie chodziło mu o spotkanie z kolegami, bo tych nie miał. Jako pastuch nie miał zbyt dużo czasu na obcowanie z ludźmi, toteż sama możliwość posiedzenia wśród nich wydawała mu się interesująca.
W karczmie nie było dziś dużo ludzi. Pomału robiło się już zimno i część "stałych bywalców" wolała pozostać w ciepłych domach, choć nie brakowało tez tych, którzy mimo wszystko przyszli "na jednego". W karczmie unosił się rzadki dym palonych ziół, słotkawy zapach miejscowego piwa i niezbyt głośny gwar rozmów. Jedynie kilku krasnoludów przy jednym ze stolików co rusz śmiała się na całe gardło.
Wtem drzwi karczmy rozwarły się. Wszedł przez nie, a raczej wsunął się, mag. Szybko rozejrzał się po zebranych w izbie i ruszył szybkim krokiem w kierunku Sanuda. Poza chłopakiem z resztą nikt chyba nie zauważył chudej postaci w długiej todze. Mag stanął przy stoliku chłopaka, położył na nim niewielki kamień i powiedział:
- Chłopcze, musisz udać się do Darl'Aramet i tam zniszczyć ten kamień.
Chłopak obdarzył maga najbardziej zdziwionym spojrzeniem, na jakie go było stać.
- Nie ma czasu, chłopcze - powiedział mag - Ruszaj na północ do bramy Graik-urgul. Musisz się spieszyć.
Drzwi karczmy znów się otworzyły . Tym razem do środka weszło kilku zbrojnych rycerzy.
- Tam jest - krzyknął jeden wskazując na maga.
Ten wcisnął młodzieńcowi kamień w dłoń i krzyknął:
- Uciekaj już. Postaram się ich zatrzymać.
Gdy tylko zwrócił się w stronę nowoprzybyłych, spadło na niego ciężkie ostrze miecza ich przywódcy. Mag z praktycznie przepołowioną głową osunął się na ziemię.
- A teraz - powiedział jeden z rycerzy - oddaj nam kamień.
Sanug stał sparaliżowany strachem. Pamiętał, że nie mógł ruszyć nawet palcem, a co dopiero wyciągnąć rękę, by oddać kamień. Oczy zaszły mu mgłą. Wówczas wielka ciemność narosła w samym jego wnętrzu. Nie niosła sobą żadnych uczuć, emocji. Była pustką. Sanug stracił przytomność.
Gdy się ocknął, ze zdziwieniem stwierdził, że stoi. Każdy kolejny obraz, jaki malował się przed jego oczami napawał go coraz większym przerażeniem. Oto rycerze, którzy jeszcze przed chwilą stali przednim, leżeli nieżywi. Z resztą to, że byli to rycerze poznał jedynie po zbrojach. Ich ciała były tak zmasakrowane, że gdyby nie widział ich wcześniej, nie byłby pewien, czy należały do ludzi. Jego ręce aż kapały od świeżej krwi. Nie jego krwi.
Ludzie zgromadzeni w karczmie patrzyli na chłopaka z przerażeniem. Nikt nic nie mówił.
Chłopak wybiegł. Nie wiedział dokąd biegnie. Nie chciał o tym myśleć. Gdy tylko jego umysł domagał się choć cienia uwagi, wracały obrazy zmasakrowanych ciał, zakrwawionych rąk. Wolał nie myśleć. Po prostu biegł. Aż mu zabrakło tchu. Upadł. Stracił przytomność.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: Dusza i demon
Cela była ciemna i ciasna. Tak ciasna, że na szerokość nie można było zrobić czterech kroków, a długości brakowało na pięć… Cztery kroki wzdłuż, trzy kroki w poprzek, cztery kroki wzdłuż, trzy kroki w poprzek, cztery kroki wzdłuż… do znudzenia. Ściany niemal ociekały dziwnym, lepkim płynem. Chyba przezroczystym, aczkolwiek oświetlenie nie pozwalało tego określić… Trzy kroki w poprzek, cztery kroki wzdłuż, trzy kroki w poprzek… Jedyne źródło oświetlenia stanowiły pochodnie umieszczone na korytarzu. Marmurowa, o dziwo, podłoga mroziła nieodziane stopy, tak, że po jakimś czasie zaczynały martwieć… Cztery wzdłuż, trzy w poprzek, cztery wzdłuż, trzy w poprzek, cztery wzdłuż… Istnienia sufitu można się było tylko domyślać, zresztą nawet jeśliby nie istniał - co z tego? Śluz na ścianach i tak nie pozwalał na wspięcie się wyżej… Trzy w poprzek, cztery wzdłuż, trzy w poprzek, cztery wzdłuż, trzy w poprzek… Wyjścia chroniły trzy potężne, przeżarte miejscami rdzą, kraty – jedne otwierane na zewnątrz, drugie - do wewnątrz, środkowe zaś – odsuwane w bok. Cztery, trzy, cztery, trzy, cztery… Każdy dzień jak rok, bez zajęcia, bez światła, bez drugiego człowieka. Tyle już lat, tyle lat!… Trzy cztery trzy cztery trzy czterytrzycztery, dosyć! Zaskrzypiały kolana, a po chwili w ciemności rozległ się cichy, ledwie słyszalny szelest materiału dotykającego marmurowej posadzki. Chwilę potem spod krat wysunęła się miska z wodą i dwie kromki suchego chleba. Czasami tak stwardniałego, że trzeba go było łamać i przeżuwać małe kawałki. Z rogu wysunęły się dwie chude dłonie i chwyciły posiłek. Usta łapczywie chwytały kęsy pożywienia, z radością przyjmując wodę, tak przyjemnie łaskoczącą podniebienie...
- Wyłaź! - przez mgłę ciszy słychać potężny głos strażnika, który właśnie wszedł do celi. - No już, ruchy!
Kolana, skrzypiąc, prostują się. Wąska sylwetka przesuwa się niezgrabnie, powoli. Na zewnątrz już czekają na niego gwardziści. Prowadzą stromymi, spiralnymi schodami w górę. Dwadzieścia, czterdzieści, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt dziewięć stopni. Długi korytarz, zdobiony, trochę przypomina dworski. W lewo, w prawo, w prawo. Duża sala. Jakiś człowiek z blizną na twarzy siedzi na krześle, na wzniesieniu… Wstaje, podchodzi…
Zdejmuje mi z szyi obrożę. Wreszcie! Wresz… Skażą mnie na śmierć? Każą zrobić coś strasznego? - pomyślał uwolniony. Mężczyzna, który go oswobodził, okrążył go dwukrotnie, po czym wrócił na swoje siedzisko.
- A więc, tak, jak się umawialiśmy? - spytał.
- Ale… to było tak dawno… Nie pamięt…
- Mam ci przywrócić pamięć?! Po tym, co zrobiłeś, potrzebujesz przypomnienia?!
- Ja, panie… dobrze, zrobię to.
- I nawet nie próbuj zdradzić naszej sprawy. - Bransoleta na prawej ręce uwolnionego zaiskrzyła niebezpiecznie. - Bo będzie bolało…
- Gdzie on…
- Tutaj był trzy tygodnie temu - przed ręką człowieka z blizną na twarzy pojawił się portal. - Życzę powodzenia.
Uwolniony wszedł w bulgoczące drzwi…
- Wyłaź! - przez mgłę ciszy słychać potężny głos strażnika, który właśnie wszedł do celi. - No już, ruchy!
Kolana, skrzypiąc, prostują się. Wąska sylwetka przesuwa się niezgrabnie, powoli. Na zewnątrz już czekają na niego gwardziści. Prowadzą stromymi, spiralnymi schodami w górę. Dwadzieścia, czterdzieści, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt dziewięć stopni. Długi korytarz, zdobiony, trochę przypomina dworski. W lewo, w prawo, w prawo. Duża sala. Jakiś człowiek z blizną na twarzy siedzi na krześle, na wzniesieniu… Wstaje, podchodzi…
Zdejmuje mi z szyi obrożę. Wreszcie! Wresz… Skażą mnie na śmierć? Każą zrobić coś strasznego? - pomyślał uwolniony. Mężczyzna, który go oswobodził, okrążył go dwukrotnie, po czym wrócił na swoje siedzisko.
- A więc, tak, jak się umawialiśmy? - spytał.
- Ale… to było tak dawno… Nie pamięt…
- Mam ci przywrócić pamięć?! Po tym, co zrobiłeś, potrzebujesz przypomnienia?!
- Ja, panie… dobrze, zrobię to.
- I nawet nie próbuj zdradzić naszej sprawy. - Bransoleta na prawej ręce uwolnionego zaiskrzyła niebezpiecznie. - Bo będzie bolało…
- Gdzie on…
- Tutaj był trzy tygodnie temu - przed ręką człowieka z blizną na twarzy pojawił się portal. - Życzę powodzenia.
Uwolniony wszedł w bulgoczące drzwi…
-

AVquiraniel Vareneil - Posty: 94
- Dołączył(a): 2008-10-18 19:59
Re: Dusza i demon
Na końcu ciemnego, tylko miejscami oświetlonego przez pochodnie korytarza były ciężkie drewniane drzwi. Słychać było zza nich stłumione głosy dwóch mężczyzn i szczęk uderzanych o siebie mieczy. Codzienność, myślał idący w ich stronę człowiek z kapturem na głowie. Cień zasłaniał mu twarz. Wydawało się, że nigdy nie odkrywał głowy, bo nikt, poza starymi znajomymi, nie potrafił określić jego wyglądu ani wieku. Jedni mówili, że jest młodzieńcem, gdyż jego ruchy były płynne i zwinne jak ruchy kota. Drudzy zaś mówili, że to starzec, który jest zawsze tam, gdzie dzieje się coś dziwnego. Lekko uchylił wrota i wszedł do obszernej sali. Była ona dużo lepiej oświetlona od korytarza do niej prowadzącego, a na jej środku walczyli dwaj, dobrze zbudowani wojownicy. Należeli oni do tych nielicznych, którzy widzieli twarz zakapturzonej postaci.
-Potrzebuję was. - powiedział wreszcie tajemniczy gość. - Znowu... - Wojskowi już nie jeden raz mu pomogli. W swoim towarzystwie przemierzali wiele krain. Wspólnie stoczyli również wiele bitew. Dużą część tych zadań polecił im ów przybysz w kapturze.
-Dopiero wróciliśmy, zapomniałeś? Daj nam odpocząć choć kilka tygodni. - szybko odpowiedział jeden z nich.
- Zrobiliśmy to co chciałeś, powinieneś być zadowolony. - nie odrywając wzroku od swojego przeciwnika, aby przypadkiem nie zostać trafionym. Co prawda nie były to prawdziwe miecze, bo mało kto wie, że trening powinien odbywać ze specjalnymi ich nieostrymi trzonami, ale i uderzenie takim "mieczem" mogło boleć.
- Słyszeliście o Kamieniu Orum'Ubum? - zleceniodawca powiedział to najspokojniej jak umiał, mimo iż wiedział, że nie jest dobrze. - Musicie go odnaleźć, nie ma czasu do stracenia.
- Kamień Orum'Ubum... - powiedział niepewnie jeden z mężczyzn. - Co chcesz z nim zrobić? Chodzą plotki, że ma zostać zniszczony w Darl'Aramet...
-Jedni tego chcą, inni nie, Ramofie. - nie dał mu dokończyć przybysz w kapturze. Tym razem i w jego głosie słychać było zdenerwowanie. - Chcę, abyście dotarli tam przed Kamieniem. Odbierzcie go powiernikowi za wszelką cenę. On nie może zostać zniszczony. - w pomieszczeniu zapadła cisza, słychać było jedynie przebiegające gdzieniegdzie szczury.
- Ruszajmy więc, Menirze. - powiedział Ramof. - Jeśli jest tak jak mówi Atrit nie mamy czasu do stracenia.
- Wierzę w was, jeszcze nigdy mnie nie zawiedliście. Oby i tym razem tak było. - w tych słowach czuć było zwątpienie. Wojownicy byli tym trochę zdziwieni, bo jeszcze nigdy nie spotkali się z tym u swojego mentora. Ale nie rozmyślali nad tym długo. W końcu to tylko kolejne zadanie.
Jeszcze nie wiedzą co ich czeka, ale najważniejszy jest teraz Kamień. - pomyślał Atrit. - Niech bogowie ich prowadzą.
-Potrzebuję was. - powiedział wreszcie tajemniczy gość. - Znowu... - Wojskowi już nie jeden raz mu pomogli. W swoim towarzystwie przemierzali wiele krain. Wspólnie stoczyli również wiele bitew. Dużą część tych zadań polecił im ów przybysz w kapturze.
-Dopiero wróciliśmy, zapomniałeś? Daj nam odpocząć choć kilka tygodni. - szybko odpowiedział jeden z nich.
- Zrobiliśmy to co chciałeś, powinieneś być zadowolony. - nie odrywając wzroku od swojego przeciwnika, aby przypadkiem nie zostać trafionym. Co prawda nie były to prawdziwe miecze, bo mało kto wie, że trening powinien odbywać ze specjalnymi ich nieostrymi trzonami, ale i uderzenie takim "mieczem" mogło boleć.
- Słyszeliście o Kamieniu Orum'Ubum? - zleceniodawca powiedział to najspokojniej jak umiał, mimo iż wiedział, że nie jest dobrze. - Musicie go odnaleźć, nie ma czasu do stracenia.
- Kamień Orum'Ubum... - powiedział niepewnie jeden z mężczyzn. - Co chcesz z nim zrobić? Chodzą plotki, że ma zostać zniszczony w Darl'Aramet...
-Jedni tego chcą, inni nie, Ramofie. - nie dał mu dokończyć przybysz w kapturze. Tym razem i w jego głosie słychać było zdenerwowanie. - Chcę, abyście dotarli tam przed Kamieniem. Odbierzcie go powiernikowi za wszelką cenę. On nie może zostać zniszczony. - w pomieszczeniu zapadła cisza, słychać było jedynie przebiegające gdzieniegdzie szczury.
- Ruszajmy więc, Menirze. - powiedział Ramof. - Jeśli jest tak jak mówi Atrit nie mamy czasu do stracenia.
- Wierzę w was, jeszcze nigdy mnie nie zawiedliście. Oby i tym razem tak było. - w tych słowach czuć było zwątpienie. Wojownicy byli tym trochę zdziwieni, bo jeszcze nigdy nie spotkali się z tym u swojego mentora. Ale nie rozmyślali nad tym długo. W końcu to tylko kolejne zadanie.
Jeszcze nie wiedzą co ich czeka, ale najważniejszy jest teraz Kamień. - pomyślał Atrit. - Niech bogowie ich prowadzą.
-

Peter - Posty: 60
- Dołączył(a): 2008-10-19 08:11
- Lokalizacja: Warszawa
3 posty(ów) • Strona 1 z 1
Kto przegląda forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości