Artefakt w szkatule
Świat właśnie uniknął apokalipsy. Wielka wojna, która ogarnęła wszystkie znane ziemie, a i zdołała ściągnąć niektóre armie i spoza nich, w końcu dobiegła końca. Choć trup ścielił się gęsto, a krew zalała pola niczym potop, wszystko to teraz miało się skończyć. Miały nastać czasy spokoju i odbudowy. Pozostał do rozwiązania tylko jeden problem – przyczyna tego nieszczęścia.
Stary szyb nagle rozświetlił się blaskiem. Magiczne światło poruszało się wzdłuż tunelu oświetlając z różnych stron belki podtrzymujące strop, jakby sprawdzało ich stan. Trzy postacie podążały za punktem świetlnym ku niewielkiej pieczarze stanowiącej zapewne jakiś punkt zborny lub magazynowy pracujących tu niegdyś górników. Dziś kopalnia była nieczynna. Złoża wydobywanych tu rud skończyły się i szyby stanowiły obecnie jedynie schronienie dla różnego rodzaju zwierząt i potworów. Magiczne światło oświetliło pieczarę. Była pusta. Być może zamieszkujące je bestie pochowały się gdzieś po mniejszych korytarzach. Być może uciekły przez wojenną zawieruchą na zupełnie inne ziemie. Trzech postaci zupełnie to nie interesowało.
- Tu będzie dobrze –powiedziała najniższa z nich. Była krasnoludem.
- Rzeczywiście niezłe miejsce wybrałeś, Dalmirze – odpowiedział człowiek w szatach maga.
Krasnolud wyciągną z pokaźnego plecaka wielką szkatułę w kształcie ostrosłupa. Otworzył ją ostrożnie.
- Wsadź to tu – powiedział do maga.
Mag wyciągnął spod szaty niewielki kamień, który emanował silnym niebieskim światłem. Ostrożnie włożył go do szkatuły. Krasnolud począł zamykać jej wieko. Gdy już prawie ją zamknął, światło z kamienia stało się tak gęste, jakby było równie materialne co szkatuła. Już nie świeciło, wprost wylewało się przez szczelinę. Krasnoludowi z największym trudem przychodziło jej domykanie. W końcu krzyknął.
- Pomóż mi, Greatonie.
Wielki barbarzyńca, który dotąd jedynie stał z boku, teraz wspomógł Dalmira i wspólnymi siłami zdołali domknąć wieko.
- Sądzicie, że wytrzyma? – spytał niepewnie wielkolud.
- Raczej nie – odpowiedział spokojnie krasnolud – Ale mamy kilkaset lat, żeby wymyślić coś bardziej trwałego. Na razie chodźmy świętować. W końcu zakończyliśmy wielką wojnę.
- I w dodatku przeżyliśmy – dodał mag.
Wychodząc rzucił jeszcze magiczną kulą w jedną z belek podtrzymujących strop korytarza. Tunel zawalił się za trójką istot, które ruszyły dalej w nadziei na długi czas pokoju.
Kilkaset lat później...
Niewielka szkatułka w kształcie ostrosłupa lekko drżała. Nie było to niczym niezwykłym. Drżała już od dobrych kilkuset lat. Teraz jednak drżenie to przyniosło skutek. Na jej powierzchni pojawiła się rysa. Nie byłaby może widoczna gołym okiem gdyby nie niebieskie światło wypływające z niej gęstym strumieniem.
Gdzieś na trakcie z Tradden do Greeto na skraju młodego lasku stała karczma. W blasku wschodzącego księżyca spadzisty dach przysadzistego budynku nieźle się komponował z niewielką stajnią za nim. Łącznie dawało to niezwykle sielski widok. Leciutki blask wychodzący na zewnątrz karczmy przez niewielkie okienka słabo oświetlało budzące się do życia po zimie pobliskie drzewa.
Wewnątrz widok był mniej sielski. Powywracane stoły i połamane krzesła nie były tłem zwykłej karczemnej bójki. Zamiast pobitych pijaczków wszędzie walały się jeszcze ciepłe ciała. Z porozcinanych brzuchów wyłaziły zakrwawione wnętrzności. Krew lekko ściekała w szczeliny między deskami podłogi i cichutko kapała do piwnicy. Ciszę przerywaną monotonnym kapaniem krwi przerywało jedynie ciężkie dyszenie karczmarza. Nie był on jednak jedynym żywym osobnikiem w pomieszczeniu.
- Gdzie to jest? – krzyknął mężczyzna w ciemnej zbroi. Trzymał za gardło grubego karczmarza w powietrzu dając mu jedynie tyle powietrza, by ten mógł wykrztusić potrzebne informacje.
- Nie wiem – odchrząknął grubas.
- Łrzesz! – krzyknął tamten i szybkim ruchem puścił jedną ręką gardło karczmarza, by wbić mu sztylet w brzuch około wątroby nim ten spadł na ziemię.
- Nie wiem! – w głosie karczmarza gorzał ból.
- Łrzesz! – krzyknął zbrojny. Przekręcił lekko sztylet.
- Nie... – to były ostatnie słowa karczmarza.
Rycerz pozwolił opaść ciału spokojnie na podłogę.
- Nieważne. – odwrócił się – Sam znajdę.
Skupił się. Za młodu posiadł umiejętność znajdowania przedmiotów magicznych po aurze, jaka je otaczała. Niczym rekin znajdujący ślad krwi z kilku kilometrów, tak on potrafił wyczuć wszelkie artefakty od prostych amuletów do najpotężniejszych obiektów. Pewien mag nauczył go również jak wysysać z nich ich moc. Głupiec - myślał, że ratuje w ten sposób świat. Nie pożył dość długo, by zrozumieć swój błąd.
Teraz wyraźnie wyczuwał jakiś artefakt. Nie był on może zbyt potężny, ale w dzisiejszych czasach trudno o coś naprawdę poważnego. Poza tym wolał zebrać więcej sił na małych przedmiotach, by poradzić sobie ze strażą, jaka zwykle czeka przy obiektach o wielkie sile. Wyczuł, że artefakt znajduje się w piwnicy. Odszukał schody.
Po drewnianych stopniach zszedł na dół. Z sufitu skapywała krew z niedawnej rzezi. Wśród odoru krwi i wielkich beczek pełnych rozmaitych trunków wygrzebał niewielką skrzynię. W środku znajdowało się kilka świecidełek, trochę pieniędzy i niewielki samiraj. Tryskała zeń magiczna aura, prawdopodobnie ułatwiająca trafianie w cel albo coś równie bezużytecznego porządnemu wojownikowi. Rycerz wypowiedział cicho inkantację. Słabiutka aura zawirowała wokół broni po czym płynnie przeszłą na rękę zbrojnego by dalej rozejść się po całym jego ciele. Odrzucił zwykły już teraz kawałek stali.
Wtem coś uderzyło w niego niczym fala ze zniszczonej tamy. Niebieski blask otoczył go zewsząd. Nie widział już czerni kamiennych ścian, czerwieni krwi, blasku złota. Wszystko było niebieskie. Energia magiczna przepływała przez niego. Czuł, ze może wręcz z tej odległości pochłonąć jej część. Opanował się. Skoncentrował. Wrócił do rzeczywistości. Znów wszystko było tak, jak powinno być. Nawet po zamknięciu zaklęcia wyszukującego wyczuwał obecność artefaktu. Przyzywał go. Musiał go zdobyć. Taka siła była warta wszelkich poświęceń.
Ruszył ku schodom.
Ruszył ku wyjściu.
Ruszył do artefaktu.
Stary szyb nagle rozświetlił się blaskiem. Magiczne światło poruszało się wzdłuż tunelu oświetlając z różnych stron belki podtrzymujące strop, jakby sprawdzało ich stan. Trzy postacie podążały za punktem świetlnym ku niewielkiej pieczarze stanowiącej zapewne jakiś punkt zborny lub magazynowy pracujących tu niegdyś górników. Dziś kopalnia była nieczynna. Złoża wydobywanych tu rud skończyły się i szyby stanowiły obecnie jedynie schronienie dla różnego rodzaju zwierząt i potworów. Magiczne światło oświetliło pieczarę. Była pusta. Być może zamieszkujące je bestie pochowały się gdzieś po mniejszych korytarzach. Być może uciekły przez wojenną zawieruchą na zupełnie inne ziemie. Trzech postaci zupełnie to nie interesowało.
- Tu będzie dobrze –powiedziała najniższa z nich. Była krasnoludem.
- Rzeczywiście niezłe miejsce wybrałeś, Dalmirze – odpowiedział człowiek w szatach maga.
Krasnolud wyciągną z pokaźnego plecaka wielką szkatułę w kształcie ostrosłupa. Otworzył ją ostrożnie.
- Wsadź to tu – powiedział do maga.
Mag wyciągnął spod szaty niewielki kamień, który emanował silnym niebieskim światłem. Ostrożnie włożył go do szkatuły. Krasnolud począł zamykać jej wieko. Gdy już prawie ją zamknął, światło z kamienia stało się tak gęste, jakby było równie materialne co szkatuła. Już nie świeciło, wprost wylewało się przez szczelinę. Krasnoludowi z największym trudem przychodziło jej domykanie. W końcu krzyknął.
- Pomóż mi, Greatonie.
Wielki barbarzyńca, który dotąd jedynie stał z boku, teraz wspomógł Dalmira i wspólnymi siłami zdołali domknąć wieko.
- Sądzicie, że wytrzyma? – spytał niepewnie wielkolud.
- Raczej nie – odpowiedział spokojnie krasnolud – Ale mamy kilkaset lat, żeby wymyślić coś bardziej trwałego. Na razie chodźmy świętować. W końcu zakończyliśmy wielką wojnę.
- I w dodatku przeżyliśmy – dodał mag.
Wychodząc rzucił jeszcze magiczną kulą w jedną z belek podtrzymujących strop korytarza. Tunel zawalił się za trójką istot, które ruszyły dalej w nadziei na długi czas pokoju.
Kilkaset lat później...
Niewielka szkatułka w kształcie ostrosłupa lekko drżała. Nie było to niczym niezwykłym. Drżała już od dobrych kilkuset lat. Teraz jednak drżenie to przyniosło skutek. Na jej powierzchni pojawiła się rysa. Nie byłaby może widoczna gołym okiem gdyby nie niebieskie światło wypływające z niej gęstym strumieniem.
Gdzieś na trakcie z Tradden do Greeto na skraju młodego lasku stała karczma. W blasku wschodzącego księżyca spadzisty dach przysadzistego budynku nieźle się komponował z niewielką stajnią za nim. Łącznie dawało to niezwykle sielski widok. Leciutki blask wychodzący na zewnątrz karczmy przez niewielkie okienka słabo oświetlało budzące się do życia po zimie pobliskie drzewa.
Wewnątrz widok był mniej sielski. Powywracane stoły i połamane krzesła nie były tłem zwykłej karczemnej bójki. Zamiast pobitych pijaczków wszędzie walały się jeszcze ciepłe ciała. Z porozcinanych brzuchów wyłaziły zakrwawione wnętrzności. Krew lekko ściekała w szczeliny między deskami podłogi i cichutko kapała do piwnicy. Ciszę przerywaną monotonnym kapaniem krwi przerywało jedynie ciężkie dyszenie karczmarza. Nie był on jednak jedynym żywym osobnikiem w pomieszczeniu.
- Gdzie to jest? – krzyknął mężczyzna w ciemnej zbroi. Trzymał za gardło grubego karczmarza w powietrzu dając mu jedynie tyle powietrza, by ten mógł wykrztusić potrzebne informacje.
- Nie wiem – odchrząknął grubas.
- Łrzesz! – krzyknął tamten i szybkim ruchem puścił jedną ręką gardło karczmarza, by wbić mu sztylet w brzuch około wątroby nim ten spadł na ziemię.
- Nie wiem! – w głosie karczmarza gorzał ból.
- Łrzesz! – krzyknął zbrojny. Przekręcił lekko sztylet.
- Nie... – to były ostatnie słowa karczmarza.
Rycerz pozwolił opaść ciału spokojnie na podłogę.
- Nieważne. – odwrócił się – Sam znajdę.
Skupił się. Za młodu posiadł umiejętność znajdowania przedmiotów magicznych po aurze, jaka je otaczała. Niczym rekin znajdujący ślad krwi z kilku kilometrów, tak on potrafił wyczuć wszelkie artefakty od prostych amuletów do najpotężniejszych obiektów. Pewien mag nauczył go również jak wysysać z nich ich moc. Głupiec - myślał, że ratuje w ten sposób świat. Nie pożył dość długo, by zrozumieć swój błąd.
Teraz wyraźnie wyczuwał jakiś artefakt. Nie był on może zbyt potężny, ale w dzisiejszych czasach trudno o coś naprawdę poważnego. Poza tym wolał zebrać więcej sił na małych przedmiotach, by poradzić sobie ze strażą, jaka zwykle czeka przy obiektach o wielkie sile. Wyczuł, że artefakt znajduje się w piwnicy. Odszukał schody.
Po drewnianych stopniach zszedł na dół. Z sufitu skapywała krew z niedawnej rzezi. Wśród odoru krwi i wielkich beczek pełnych rozmaitych trunków wygrzebał niewielką skrzynię. W środku znajdowało się kilka świecidełek, trochę pieniędzy i niewielki samiraj. Tryskała zeń magiczna aura, prawdopodobnie ułatwiająca trafianie w cel albo coś równie bezużytecznego porządnemu wojownikowi. Rycerz wypowiedział cicho inkantację. Słabiutka aura zawirowała wokół broni po czym płynnie przeszłą na rękę zbrojnego by dalej rozejść się po całym jego ciele. Odrzucił zwykły już teraz kawałek stali.
Wtem coś uderzyło w niego niczym fala ze zniszczonej tamy. Niebieski blask otoczył go zewsząd. Nie widział już czerni kamiennych ścian, czerwieni krwi, blasku złota. Wszystko było niebieskie. Energia magiczna przepływała przez niego. Czuł, ze może wręcz z tej odległości pochłonąć jej część. Opanował się. Skoncentrował. Wrócił do rzeczywistości. Znów wszystko było tak, jak powinno być. Nawet po zamknięciu zaklęcia wyszukującego wyczuwał obecność artefaktu. Przyzywał go. Musiał go zdobyć. Taka siła była warta wszelkich poświęceń.
Ruszył ku schodom.
Ruszył ku wyjściu.
Ruszył do artefaktu.