[V]RMI
Latem ciemne noce zdarzały się niezwykle rzadko. Zazwyczaj słońce ledwie zaszło, a już szykowało się w drogę kolejnego dnia. Ta noc była inna. Zdawała się być równie czarna co smoła, a przez grube, ociężałe chmury nie przedostawała się choćby iskra z gwiazd. Wiatr, który zwykle rozganiał te niebiańskie zasłony, dziś ani myślał pokazywać się w tych stronach. Powietrze było duszne. Normalny smród czwartego kręgu Vackell teraz gromadził się i uderzał ze zwielokrotnioną siłą. Stężenie tego fetoru najwidoczniej nie przeszkadzało ludziom gromadzącym się w karczmach i gospodach. Co rusz można się było natknąć to na odgłosy pobliskiej biesiady, to na zapijaczonego biesiadnika, który starał się wrócić do domu. Nie było to jednak łatwym zadaniem. Czarna noc utrudniała orientację, a liczne w tej części miasta gangi ograbiały każdego, kto miał ten pech wejść im w drogę.
Wśród ciemnych uliczek przemykał człowiek. Starał się nie rzucać w oczy i szybko uciekał z widoku. Zwykle jego ciemna szata z wygrawerowanymi na niebiesko literami „RMI” stanowiła gwarancję bezpieczeństwa nawet w takich miejscach jak to. Tej nocy jednak inicjały organizacji były niezbyt widoczne, a i człowiek ten nie zamierzał afiszować swojej obecności.
W końcu dotarł do celu. Niewielkie drzwi jednego z typowych dla czwartego kręgu domów nie zdradzały, by w środku miało być coś interesującego. Człowiek zapukał. Drzwi rozwarły się z cichym piskiem. W progu stanął inny człowiek, ubrany w zwykłą koszulę i wytarte skórzane spodnie.
- Wejdź – powiedział do przybyłego mężczyzny nie zdradzając ani grama radości z odwiedzin, czy zdumienia z niezapowiedzianej wizyty.
- Nie boisz się, że ktoś cię napadnie? - spytał z lekką ironią przybysz, wchodząc do środka.
- Nie - odparł tamten rzucając coś ciężkiego i twardego na stół wewnątrz pomieszczenia. Przedmiot momentalnie zniknął w ciemnościach, które panowały w izbie. Niewielka lampka oliwna oświetlała zaledwie drobny kant stołu i rozłożoną na nim książkę. - Trattar zdechł, że sam przyszedłeś?
- Nie mogę czasem odwiedzić starego przyjaciela? - spytał z lekkim wyrzutem przybysz.
- Możesz - odparł gospodarz – Ale tego nie robisz. Więc jaką masz sprawę?
Przybysz niemal po omacku odszukał jakieś krzesło i wygodnie usiadł na nim. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Niewiele pewnie zobaczył, bo w nikłym świetle lampki można było dojrzeć ledwie zarysy pokaźniej biblioteki, licznych trofeów i wielkiego kominka.
- Nie palisz w piecu? - powiedział przybysz, jakby chciał uciec, choć na chwilę, od zadanego mu pytania.
- Dziś i tak jest duszno – odpowiedział gospodarz, który wszedł w krąg światłą rzucanego przez lampkę. Dopiero teraz można było zauważyć, że nie jest to już człowiek młody. Krótka, siwa broda słabo zasłaniała chude policzki, a szpakowate brwi lekko schodziły na oczy, w których widać już było zmęczenie. - Jeśli przyszedłeś w celach towarzyskich, to wybacz, ale nie mam cię czym ugościć.
- Widzę, że w ogóle się nie zmieniłeś. Nadal ciężko się z tobą gada.
- Czasem to zaleta, a nie wada. Więc jednak po coś przyszedłeś. O co chodzi?
- Mamy nowego w RMI. Chcę, żebyś go szkolił.
- To już wielkie RMI nie ma innych członków? - spytał z rozbawieniem starzec.
- Kort – gość siedział nadal spokojnie, ale w głosie wyczuć można było zdenerwowanie - wiesz, że gdybym nie musiał, nie prosiłbym cię o to. Chłopak narobił sobie wrogów, nawet w RMI.
- A cóż takiego zrobił?
- Pierwszego dnia wywołał bójkę w sali głównej.
Kort chwilę zastanawiał się. W końcu spokojnie podniósł głowę.
- Wiesz, że już nie jestem w RMI.
- Kiedyś spytałem cię, co jeśli mnie wyrzucą z organizacji, pamiętasz?
Starzec uśmiechnął się i pokiwał głową. Widocznie wspomnienie dawnych dni było dla niego naprawdę miłe.
- Dobry chociaż jest? - spytał w końcu.
- Omal nie zaszlachtował Wrastama.
Starzec wybuchnął śmiechem...
Kolejny dzień przyniósł trochę wiatru, co odświeżyło powietrze w stolicy. Chmury, które zalegały na niebie przegonione zostały bardziej na zachód pozostawiając miasto na pastwę wschodzącego właśnie słońca. Po dusznej nocy szykował się parny dzień.
Pogoda była jednym z nielicznych problemów, jakie tego dnia miał na głowie Priet. Młody szeregowiec otrzymał wartę przy bramie pierwszego pierścienia. Nie miał nic przeciwko temu. Pierwszy pierścień Vackell był wyłączną własnością Imperatora. Znajdowały się wewnątrz pokoje przeznaczone jedynie dla władcy i jego gości, oraz pomieszczenia administracyjne. Chyba najgorszym miejscem w całej tej części miasta było skrzydło zamku poświęcone Inkwizycji, gdzie organizacja ta przetrzymywała i karała heretyków wszelkiej maści. Prietowi przeszły ciarki po plecach na wspomnienie opowieści o więzieniu Inkwizycji. Na szczęście Zieloni, jak nazywano ich ze względu na kolor płaszczy, sami zajmowali się swoimi sprawami, przez co młody żołnierz nie musiał się obawiać zakłócenia porządku przez jedną z ofiar Inkwizycji.
Drugi pierścień Vackell, który z pierwszym łączyła właśnie strzeżona brama, również do niebezpiecznych miejsc nie należał. Zamieszkiwała go głównie szlachta, a wręcz magnateria. Priet stał więc spokojnie zadowolony z zadania, jakie przyznano mu na ten dzień. Zapowiadał się niezwykle spokojny dzień. Spojrzał na bramę. Bogato zdobiony portal zapraszał wchodzących licznymi rzeźbami i ornamentami. Wrota, również pokryte ozdobami, sprawiały jednak wrażenie o wiele bardziej przysadzistych. Zdawać by się mogło, że gdy się zamkną, nic ich już nie otworzy. Priet dobrą chwilę podziwiał wrota. Nigdy wcześniej ich nie widział. Wstęp do wyższych pierścieni mieli tylko wysoko urodzeni, a do pierwszego pierścienia wchodzili w zasadzie jedynie urzędnicy tam prasujący. I Inkwizytorzy. Prieta po raz kolejny zmroziło wspomnienie o członkach przerażającej instytucji.
Wśród nielicznych ludzi, którzy przechodzili bramę szeregowiec spostrzegł nagle jakiegoś starca. Nie pasował on zupełnie do innych użytkowników tej drogi. Był ubrany w stary płaszcz. Wyróżniał się wśród bogato odzianych arystokratów czy dumnie kroczących przez bramę urzędników. Priet zatrzymał starca.
- Stój, człowieku – powiedział dumnie. W końcu bronił wejścia do pierwszego pierścienia. Nie by byle kim – Czego tutaj szukasz, starcze?
Przybysz spojrzał z lekkim zdziwieniem na strażnika.
- Uznałem, że jestem grzeszny i przyszedłem oddać się w ręce Inkwizycji – powiedział głosem tak beznamiętnym, że młodego żołnierza zamurowało. Do tego chciał się oddać dobrowolnie w ręce Inkwizytorów. Czy on postradał zmysły? Czy nie wie, co Inkwizycja robi z człowiekiem?
Mężczyzna, korzystając z osłupienia strażnika, minął go i pomaszerował w kierunku skrzydła Inkwizycji.
- Hej! – krzyknął Priet i ruszył na starcem.
Sędzia Grudewals nie lubił swojej pracy. Co prawda zapewniała wiele profitów, ale nużyło go już wysłuchiwanie problemów, z jakimi ludzie do niego przychodzili. Zwykle nie były to nawet sprawy poważne. Komuś zdechł kot i posądzał sąsiada o przyczynienie się do zgonu pupila. Komuś innemu wybito okno i domagał się znalezienia winnego. Co prawda sprawę miał polepszyć awans. Grudewals przeniósł dzięki niemu biuro do pierwszego pierścienia i zamiast wysłuchiwać pospólstwa zajął się sprawami arystokracji. Szybko odkrył, że wszyscy ludzie są tacy sami. Tylko przytoczony w pamięci kot zmienił się z dachowca, jakich wiele, w rasowca, za którego można by kupić małą wioskę.
Teraz siedział nad papierami jakiejś durnej sprawy i marzył jedynie, by ktoś go uwolnił od tej udręki. Na korytarzu powstał wielki hałas. Metaliczny dźwięk uderzającej o kamień stali mieszał się z jakimiś okrzykami. Grudewals, który już przywykł do ciszy panującej w tej części skrzydła Inkwizycji, uznał, że tak pracować nie może. Owszem, hałas dochodzący do jego biura nie był tak denerwujący jak krzyki wydobywające się z cel i sal tortur, które znajdowały się w głębi inkwizycyjnych pomieszczeń, ale nie tłumaczyło to tak głośnego zachowania. Poza tym był to dobry pretekst by choć na chwilę oderwać się od sprawy sabotażu w ogrodzie hrabiego Rosdery.
Sędzia wyszedł na korytarz.
- Co tu się dzieje? – krzyknął nim w ogóle spojrzał na źródło hałasu.
W głębi korytarza zobaczył dwie postacie. W migoczącym świetle pochodni dostrzegł mieniący się metal prawdopodobnie zbroi strażnika. Pokręcił głową. Od kiedy pamiętał straż ani żadne inne wojsko nie miało wstępu do pierwszego pierścienia. Porządku pilnowali tu Imperialni Gwardziści. Chronieni jedynie przez lekkie napierśniki kryjące się pod brunatnymi płaszczami poruszali się bezszelestnie i przy tym byli zabójczo efektywni. W dali korytarza otworzyły się już kolejne drzwi, z których wyjrzał jakiś sędzia.
Grudewals podszedł bliżej dwójki. W końcu rozpoznał starca, którego bezskutecznie próbował zatrzymać strażnik.
- Kort? – spytał zdziwiony – Co ty tu robisz?
- Przyszedłem w odwiedziny – na twarzy starca pokazał się miły uśmieszek.
- Panie sędzio… - zaczął strażnik.
- Co tu robisz? – sędzia przerwał żołnierzowi, choć pytanie było skierowane bezpośrednio do zbrojnego – Kim ty w ogóle jesteś?
- Szeregowy Priet z czwartej... – zaczął strażnik, ale znów nie było mu dane dokończyć.
- Jaki masz przydział? – sędzia był zdecydowanie nie w humorze.
- Brama pierwszego pierścienia, sir – W końcu udało mu się w pełni odpowiedzieć.
- Więc czemu Cię tam nie ma? – młodzieniec już chciał coś tłumaczyć, ale sędzia nie dał mu dojść do głosu – Wracaj na posterunek żołnierzu, albo doniosę o tym zaniedbaniu twojemu dowódcy.
- Ale... – zaczął strażnik, jednak zmiażdżony wzrokiem sędziego odpuścił i zawrócił w kierunku bramy.
Gdy żołnierz zniknął za rogiem korytarza, sędzia zaprosił gestem starca do swojej komnaty. Weszli oboje, lecz żaden z nich nie usiadł mimo, że stało wewnątrz kilka krzeseł. Grudewals oparł się o wielkie biurko ustawione na środku pokoju.
- Wracasz do RMI? – zapytał.
- Raczej nie – odparł Kort – Idę tylko zobaczyć, jak tam teraz wygląda.
- Czyżbyś zrobił się sentymentalny? – na twarzy sędziego pokazał się ironiczny uśmieszek – Miękniesz na starość?
Starzec też się uśmiechnął.
- To raczej ogólna troska. Skoro pierwszego pierścienia musi już strzec straż, to jak wygląda reszta spraw? Co tu w ogóle robił ten pędrak?
Sędzia machnął od niechcenia ręką.
- Generał Gaweerter odkrył jakiś spisek. Nikt go o to nie prosił i nikogo to przez długi czas nie obchodziło. A jednak ten uparł się, że aby chronić naszego władcę zostawi w pierwszym pierścieniu część wojska. Na to Gwardia odpowiedziała, że zaszlachtuje każdego, kto wejdzie w pobliże Imperatora z bronią. Gaweerter uparł się i zostało, że kilku żołnierzy łazi w te i wewte w okolicy bramy.
- Głupota – odparł starzec i ruszył w stronę drzwi.
- Idziesz do RMI? – spytał sędzia. Nie czekając na odpowiedź dodał – Zabierz to do was.
Podał kilka papierów zwiniętych w rulon.
- Nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Z resztą to nie dla mnie sprawa. Nie po to awansowałem na starszego sędziego, żeby zajmować się sprawami jakiś więźniów.
Kort przejął rulon i przejrzał go pobieżnie.
- Na razie – powiedział i ruszył w stronę tej części pierwszego pierścienia, w którą nawet Inkwizytorzy nie chcieli się zapuszczać – do siedziby RMI.
Wśród ciemnych uliczek przemykał człowiek. Starał się nie rzucać w oczy i szybko uciekał z widoku. Zwykle jego ciemna szata z wygrawerowanymi na niebiesko literami „RMI” stanowiła gwarancję bezpieczeństwa nawet w takich miejscach jak to. Tej nocy jednak inicjały organizacji były niezbyt widoczne, a i człowiek ten nie zamierzał afiszować swojej obecności.
W końcu dotarł do celu. Niewielkie drzwi jednego z typowych dla czwartego kręgu domów nie zdradzały, by w środku miało być coś interesującego. Człowiek zapukał. Drzwi rozwarły się z cichym piskiem. W progu stanął inny człowiek, ubrany w zwykłą koszulę i wytarte skórzane spodnie.
- Wejdź – powiedział do przybyłego mężczyzny nie zdradzając ani grama radości z odwiedzin, czy zdumienia z niezapowiedzianej wizyty.
- Nie boisz się, że ktoś cię napadnie? - spytał z lekką ironią przybysz, wchodząc do środka.
- Nie - odparł tamten rzucając coś ciężkiego i twardego na stół wewnątrz pomieszczenia. Przedmiot momentalnie zniknął w ciemnościach, które panowały w izbie. Niewielka lampka oliwna oświetlała zaledwie drobny kant stołu i rozłożoną na nim książkę. - Trattar zdechł, że sam przyszedłeś?
- Nie mogę czasem odwiedzić starego przyjaciela? - spytał z lekkim wyrzutem przybysz.
- Możesz - odparł gospodarz – Ale tego nie robisz. Więc jaką masz sprawę?
Przybysz niemal po omacku odszukał jakieś krzesło i wygodnie usiadł na nim. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Niewiele pewnie zobaczył, bo w nikłym świetle lampki można było dojrzeć ledwie zarysy pokaźniej biblioteki, licznych trofeów i wielkiego kominka.
- Nie palisz w piecu? - powiedział przybysz, jakby chciał uciec, choć na chwilę, od zadanego mu pytania.
- Dziś i tak jest duszno – odpowiedział gospodarz, który wszedł w krąg światłą rzucanego przez lampkę. Dopiero teraz można było zauważyć, że nie jest to już człowiek młody. Krótka, siwa broda słabo zasłaniała chude policzki, a szpakowate brwi lekko schodziły na oczy, w których widać już było zmęczenie. - Jeśli przyszedłeś w celach towarzyskich, to wybacz, ale nie mam cię czym ugościć.
- Widzę, że w ogóle się nie zmieniłeś. Nadal ciężko się z tobą gada.
- Czasem to zaleta, a nie wada. Więc jednak po coś przyszedłeś. O co chodzi?
- Mamy nowego w RMI. Chcę, żebyś go szkolił.
- To już wielkie RMI nie ma innych członków? - spytał z rozbawieniem starzec.
- Kort – gość siedział nadal spokojnie, ale w głosie wyczuć można było zdenerwowanie - wiesz, że gdybym nie musiał, nie prosiłbym cię o to. Chłopak narobił sobie wrogów, nawet w RMI.
- A cóż takiego zrobił?
- Pierwszego dnia wywołał bójkę w sali głównej.
Kort chwilę zastanawiał się. W końcu spokojnie podniósł głowę.
- Wiesz, że już nie jestem w RMI.
- Kiedyś spytałem cię, co jeśli mnie wyrzucą z organizacji, pamiętasz?
Starzec uśmiechnął się i pokiwał głową. Widocznie wspomnienie dawnych dni było dla niego naprawdę miłe.
- Dobry chociaż jest? - spytał w końcu.
- Omal nie zaszlachtował Wrastama.
Starzec wybuchnął śmiechem...
Kolejny dzień przyniósł trochę wiatru, co odświeżyło powietrze w stolicy. Chmury, które zalegały na niebie przegonione zostały bardziej na zachód pozostawiając miasto na pastwę wschodzącego właśnie słońca. Po dusznej nocy szykował się parny dzień.
Pogoda była jednym z nielicznych problemów, jakie tego dnia miał na głowie Priet. Młody szeregowiec otrzymał wartę przy bramie pierwszego pierścienia. Nie miał nic przeciwko temu. Pierwszy pierścień Vackell był wyłączną własnością Imperatora. Znajdowały się wewnątrz pokoje przeznaczone jedynie dla władcy i jego gości, oraz pomieszczenia administracyjne. Chyba najgorszym miejscem w całej tej części miasta było skrzydło zamku poświęcone Inkwizycji, gdzie organizacja ta przetrzymywała i karała heretyków wszelkiej maści. Prietowi przeszły ciarki po plecach na wspomnienie opowieści o więzieniu Inkwizycji. Na szczęście Zieloni, jak nazywano ich ze względu na kolor płaszczy, sami zajmowali się swoimi sprawami, przez co młody żołnierz nie musiał się obawiać zakłócenia porządku przez jedną z ofiar Inkwizycji.
Drugi pierścień Vackell, który z pierwszym łączyła właśnie strzeżona brama, również do niebezpiecznych miejsc nie należał. Zamieszkiwała go głównie szlachta, a wręcz magnateria. Priet stał więc spokojnie zadowolony z zadania, jakie przyznano mu na ten dzień. Zapowiadał się niezwykle spokojny dzień. Spojrzał na bramę. Bogato zdobiony portal zapraszał wchodzących licznymi rzeźbami i ornamentami. Wrota, również pokryte ozdobami, sprawiały jednak wrażenie o wiele bardziej przysadzistych. Zdawać by się mogło, że gdy się zamkną, nic ich już nie otworzy. Priet dobrą chwilę podziwiał wrota. Nigdy wcześniej ich nie widział. Wstęp do wyższych pierścieni mieli tylko wysoko urodzeni, a do pierwszego pierścienia wchodzili w zasadzie jedynie urzędnicy tam prasujący. I Inkwizytorzy. Prieta po raz kolejny zmroziło wspomnienie o członkach przerażającej instytucji.
Wśród nielicznych ludzi, którzy przechodzili bramę szeregowiec spostrzegł nagle jakiegoś starca. Nie pasował on zupełnie do innych użytkowników tej drogi. Był ubrany w stary płaszcz. Wyróżniał się wśród bogato odzianych arystokratów czy dumnie kroczących przez bramę urzędników. Priet zatrzymał starca.
- Stój, człowieku – powiedział dumnie. W końcu bronił wejścia do pierwszego pierścienia. Nie by byle kim – Czego tutaj szukasz, starcze?
Przybysz spojrzał z lekkim zdziwieniem na strażnika.
- Uznałem, że jestem grzeszny i przyszedłem oddać się w ręce Inkwizycji – powiedział głosem tak beznamiętnym, że młodego żołnierza zamurowało. Do tego chciał się oddać dobrowolnie w ręce Inkwizytorów. Czy on postradał zmysły? Czy nie wie, co Inkwizycja robi z człowiekiem?
Mężczyzna, korzystając z osłupienia strażnika, minął go i pomaszerował w kierunku skrzydła Inkwizycji.
- Hej! – krzyknął Priet i ruszył na starcem.
Sędzia Grudewals nie lubił swojej pracy. Co prawda zapewniała wiele profitów, ale nużyło go już wysłuchiwanie problemów, z jakimi ludzie do niego przychodzili. Zwykle nie były to nawet sprawy poważne. Komuś zdechł kot i posądzał sąsiada o przyczynienie się do zgonu pupila. Komuś innemu wybito okno i domagał się znalezienia winnego. Co prawda sprawę miał polepszyć awans. Grudewals przeniósł dzięki niemu biuro do pierwszego pierścienia i zamiast wysłuchiwać pospólstwa zajął się sprawami arystokracji. Szybko odkrył, że wszyscy ludzie są tacy sami. Tylko przytoczony w pamięci kot zmienił się z dachowca, jakich wiele, w rasowca, za którego można by kupić małą wioskę.
Teraz siedział nad papierami jakiejś durnej sprawy i marzył jedynie, by ktoś go uwolnił od tej udręki. Na korytarzu powstał wielki hałas. Metaliczny dźwięk uderzającej o kamień stali mieszał się z jakimiś okrzykami. Grudewals, który już przywykł do ciszy panującej w tej części skrzydła Inkwizycji, uznał, że tak pracować nie może. Owszem, hałas dochodzący do jego biura nie był tak denerwujący jak krzyki wydobywające się z cel i sal tortur, które znajdowały się w głębi inkwizycyjnych pomieszczeń, ale nie tłumaczyło to tak głośnego zachowania. Poza tym był to dobry pretekst by choć na chwilę oderwać się od sprawy sabotażu w ogrodzie hrabiego Rosdery.
Sędzia wyszedł na korytarz.
- Co tu się dzieje? – krzyknął nim w ogóle spojrzał na źródło hałasu.
W głębi korytarza zobaczył dwie postacie. W migoczącym świetle pochodni dostrzegł mieniący się metal prawdopodobnie zbroi strażnika. Pokręcił głową. Od kiedy pamiętał straż ani żadne inne wojsko nie miało wstępu do pierwszego pierścienia. Porządku pilnowali tu Imperialni Gwardziści. Chronieni jedynie przez lekkie napierśniki kryjące się pod brunatnymi płaszczami poruszali się bezszelestnie i przy tym byli zabójczo efektywni. W dali korytarza otworzyły się już kolejne drzwi, z których wyjrzał jakiś sędzia.
Grudewals podszedł bliżej dwójki. W końcu rozpoznał starca, którego bezskutecznie próbował zatrzymać strażnik.
- Kort? – spytał zdziwiony – Co ty tu robisz?
- Przyszedłem w odwiedziny – na twarzy starca pokazał się miły uśmieszek.
- Panie sędzio… - zaczął strażnik.
- Co tu robisz? – sędzia przerwał żołnierzowi, choć pytanie było skierowane bezpośrednio do zbrojnego – Kim ty w ogóle jesteś?
- Szeregowy Priet z czwartej... – zaczął strażnik, ale znów nie było mu dane dokończyć.
- Jaki masz przydział? – sędzia był zdecydowanie nie w humorze.
- Brama pierwszego pierścienia, sir – W końcu udało mu się w pełni odpowiedzieć.
- Więc czemu Cię tam nie ma? – młodzieniec już chciał coś tłumaczyć, ale sędzia nie dał mu dojść do głosu – Wracaj na posterunek żołnierzu, albo doniosę o tym zaniedbaniu twojemu dowódcy.
- Ale... – zaczął strażnik, jednak zmiażdżony wzrokiem sędziego odpuścił i zawrócił w kierunku bramy.
Gdy żołnierz zniknął za rogiem korytarza, sędzia zaprosił gestem starca do swojej komnaty. Weszli oboje, lecz żaden z nich nie usiadł mimo, że stało wewnątrz kilka krzeseł. Grudewals oparł się o wielkie biurko ustawione na środku pokoju.
- Wracasz do RMI? – zapytał.
- Raczej nie – odparł Kort – Idę tylko zobaczyć, jak tam teraz wygląda.
- Czyżbyś zrobił się sentymentalny? – na twarzy sędziego pokazał się ironiczny uśmieszek – Miękniesz na starość?
Starzec też się uśmiechnął.
- To raczej ogólna troska. Skoro pierwszego pierścienia musi już strzec straż, to jak wygląda reszta spraw? Co tu w ogóle robił ten pędrak?
Sędzia machnął od niechcenia ręką.
- Generał Gaweerter odkrył jakiś spisek. Nikt go o to nie prosił i nikogo to przez długi czas nie obchodziło. A jednak ten uparł się, że aby chronić naszego władcę zostawi w pierwszym pierścieniu część wojska. Na to Gwardia odpowiedziała, że zaszlachtuje każdego, kto wejdzie w pobliże Imperatora z bronią. Gaweerter uparł się i zostało, że kilku żołnierzy łazi w te i wewte w okolicy bramy.
- Głupota – odparł starzec i ruszył w stronę drzwi.
- Idziesz do RMI? – spytał sędzia. Nie czekając na odpowiedź dodał – Zabierz to do was.
Podał kilka papierów zwiniętych w rulon.
- Nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Z resztą to nie dla mnie sprawa. Nie po to awansowałem na starszego sędziego, żeby zajmować się sprawami jakiś więźniów.
Kort przejął rulon i przejrzał go pobieżnie.
- Na razie – powiedział i ruszył w stronę tej części pierwszego pierścienia, w którą nawet Inkwizytorzy nie chcieli się zapuszczać – do siedziby RMI.