Strona główna forum → Twórczość → Twierdza Fantasy → Monologi
[V]RMI
Moderator: Mecenasi sztuki
2 posty(ów) • Strona 1 z 1
[V]RMI
Latem ciemne noce zdarzały się niezwykle rzadko. Zazwyczaj słońce ledwie zaszło, a już szykowało się w drogę kolejnego dnia. Ta noc była inna. Zdawała się być równie czarna co smoła, a przez grube, ociężałe chmury nie przedostawała się choćby iskra z gwiazd. Wiatr, który zwykle rozganiał te niebiańskie zasłony, dziś ani myślał pokazywać się w tych stronach. Powietrze było duszne. Normalny smród czwartego kręgu Vackell teraz gromadził się i uderzał ze zwielokrotnioną siłą. Stężenie tego fetoru najwidoczniej nie przeszkadzało ludziom gromadzącym się w karczmach i gospodach. Co rusz można się było natknąć to na odgłosy pobliskiej biesiady, to na zapijaczonego biesiadnika, który starał się wrócić do domu. Nie było to jednak łatwym zadaniem. Czarna noc utrudniała orientację, a liczne w tej części miasta gangi ograbiały każdego, kto miał ten pech wejść im w drogę.
Wśród ciemnych uliczek przemykał człowiek. Starał się nie rzucać w oczy i szybko uciekał z widoku. Zwykle jego ciemna szata z wygrawerowanymi na niebiesko literami „RMI” stanowiła gwarancję bezpieczeństwa nawet w takich miejscach jak to. Tej nocy jednak inicjały organizacji były niezbyt widoczne, a i człowiek ten nie zamierzał afiszować swojej obecności.
W końcu dotarł do celu. Niewielkie drzwi jednego z typowych dla czwartego kręgu domów nie zdradzały, by w środku miało być coś interesującego. Człowiek zapukał. Drzwi rozwarły się z cichym piskiem. W progu stanął inny człowiek, ubrany w zwykłą koszulę i wytarte skórzane spodnie.
- Wejdź – powiedział do przybyłego mężczyzny nie zdradzając ani grama radości z odwiedzin, czy zdumienia z niezapowiedzianej wizyty.
- Nie boisz się, że ktoś cię napadnie? - spytał z lekką ironią przybysz, wchodząc do środka.
- Nie - odparł tamten rzucając coś ciężkiego i twardego na stół wewnątrz pomieszczenia. Przedmiot momentalnie zniknął w ciemnościach, które panowały w izbie. Niewielka lampka oliwna oświetlała zaledwie drobny kant stołu i rozłożoną na nim książkę. - Trattar zdechł, że sam przyszedłeś?
- Nie mogę czasem odwiedzić starego przyjaciela? - spytał z lekkim wyrzutem przybysz.
- Możesz - odparł gospodarz – Ale tego nie robisz. Więc jaką masz sprawę?
Przybysz niemal po omacku odszukał jakieś krzesło i wygodnie usiadł na nim. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Niewiele pewnie zobaczył, bo w nikłym świetle lampki można było dojrzeć ledwie zarysy pokaźniej biblioteki, licznych trofeów i wielkiego kominka.
- Nie palisz w piecu? - powiedział przybysz, jakby chciał uciec, choć na chwilę, od zadanego mu pytania.
- Dziś i tak jest duszno – odpowiedział gospodarz, który wszedł w krąg światłą rzucanego przez lampkę. Dopiero teraz można było zauważyć, że nie jest to już człowiek młody. Krótka, siwa broda słabo zasłaniała chude policzki, a szpakowate brwi lekko schodziły na oczy, w których widać już było zmęczenie. - Jeśli przyszedłeś w celach towarzyskich, to wybacz, ale nie mam cię czym ugościć.
- Widzę, że w ogóle się nie zmieniłeś. Nadal ciężko się z tobą gada.
- Czasem to zaleta, a nie wada. Więc jednak po coś przyszedłeś. O co chodzi?
- Mamy nowego w RMI. Chcę, żebyś go szkolił.
- To już wielkie RMI nie ma innych członków? - spytał z rozbawieniem starzec.
- Kort – gość siedział nadal spokojnie, ale w głosie wyczuć można było zdenerwowanie - wiesz, że gdybym nie musiał, nie prosiłbym cię o to. Chłopak narobił sobie wrogów, nawet w RMI.
- A cóż takiego zrobił?
- Pierwszego dnia wywołał bójkę w sali głównej.
Kort chwilę zastanawiał się. W końcu spokojnie podniósł głowę.
- Wiesz, że już nie jestem w RMI.
- Kiedyś spytałem cię, co jeśli mnie wyrzucą z organizacji, pamiętasz?
Starzec uśmiechnął się i pokiwał głową. Widocznie wspomnienie dawnych dni było dla niego naprawdę miłe.
- Dobry chociaż jest? - spytał w końcu.
- Omal nie zaszlachtował Wrastama.
Starzec wybuchnął śmiechem...
Kolejny dzień przyniósł trochę wiatru, co odświeżyło powietrze w stolicy. Chmury, które zalegały na niebie przegonione zostały bardziej na zachód pozostawiając miasto na pastwę wschodzącego właśnie słońca. Po dusznej nocy szykował się parny dzień.
Pogoda była jednym z nielicznych problemów, jakie tego dnia miał na głowie Priet. Młody szeregowiec otrzymał wartę przy bramie pierwszego pierścienia. Nie miał nic przeciwko temu. Pierwszy pierścień Vackell był wyłączną własnością Imperatora. Znajdowały się wewnątrz pokoje przeznaczone jedynie dla władcy i jego gości, oraz pomieszczenia administracyjne. Chyba najgorszym miejscem w całej tej części miasta było skrzydło zamku poświęcone Inkwizycji, gdzie organizacja ta przetrzymywała i karała heretyków wszelkiej maści. Prietowi przeszły ciarki po plecach na wspomnienie opowieści o więzieniu Inkwizycji. Na szczęście Zieloni, jak nazywano ich ze względu na kolor płaszczy, sami zajmowali się swoimi sprawami, przez co młody żołnierz nie musiał się obawiać zakłócenia porządku przez jedną z ofiar Inkwizycji.
Drugi pierścień Vackell, który z pierwszym łączyła właśnie strzeżona brama, również do niebezpiecznych miejsc nie należał. Zamieszkiwała go głównie szlachta, a wręcz magnateria. Priet stał więc spokojnie zadowolony z zadania, jakie przyznano mu na ten dzień. Zapowiadał się niezwykle spokojny dzień. Spojrzał na bramę. Bogato zdobiony portal zapraszał wchodzących licznymi rzeźbami i ornamentami. Wrota, również pokryte ozdobami, sprawiały jednak wrażenie o wiele bardziej przysadzistych. Zdawać by się mogło, że gdy się zamkną, nic ich już nie otworzy. Priet dobrą chwilę podziwiał wrota. Nigdy wcześniej ich nie widział. Wstęp do wyższych pierścieni mieli tylko wysoko urodzeni, a do pierwszego pierścienia wchodzili w zasadzie jedynie urzędnicy tam prasujący. I Inkwizytorzy. Prieta po raz kolejny zmroziło wspomnienie o członkach przerażającej instytucji.
Wśród nielicznych ludzi, którzy przechodzili bramę szeregowiec spostrzegł nagle jakiegoś starca. Nie pasował on zupełnie do innych użytkowników tej drogi. Był ubrany w stary płaszcz. Wyróżniał się wśród bogato odzianych arystokratów czy dumnie kroczących przez bramę urzędników. Priet zatrzymał starca.
- Stój, człowieku – powiedział dumnie. W końcu bronił wejścia do pierwszego pierścienia. Nie by byle kim – Czego tutaj szukasz, starcze?
Przybysz spojrzał z lekkim zdziwieniem na strażnika.
- Uznałem, że jestem grzeszny i przyszedłem oddać się w ręce Inkwizycji – powiedział głosem tak beznamiętnym, że młodego żołnierza zamurowało. Do tego chciał się oddać dobrowolnie w ręce Inkwizytorów. Czy on postradał zmysły? Czy nie wie, co Inkwizycja robi z człowiekiem?
Mężczyzna, korzystając z osłupienia strażnika, minął go i pomaszerował w kierunku skrzydła Inkwizycji.
- Hej! – krzyknął Priet i ruszył na starcem.
Sędzia Grudewals nie lubił swojej pracy. Co prawda zapewniała wiele profitów, ale nużyło go już wysłuchiwanie problemów, z jakimi ludzie do niego przychodzili. Zwykle nie były to nawet sprawy poważne. Komuś zdechł kot i posądzał sąsiada o przyczynienie się do zgonu pupila. Komuś innemu wybito okno i domagał się znalezienia winnego. Co prawda sprawę miał polepszyć awans. Grudewals przeniósł dzięki niemu biuro do pierwszego pierścienia i zamiast wysłuchiwać pospólstwa zajął się sprawami arystokracji. Szybko odkrył, że wszyscy ludzie są tacy sami. Tylko przytoczony w pamięci kot zmienił się z dachowca, jakich wiele, w rasowca, za którego można by kupić małą wioskę.
Teraz siedział nad papierami jakiejś durnej sprawy i marzył jedynie, by ktoś go uwolnił od tej udręki. Na korytarzu powstał wielki hałas. Metaliczny dźwięk uderzającej o kamień stali mieszał się z jakimiś okrzykami. Grudewals, który już przywykł do ciszy panującej w tej części skrzydła Inkwizycji, uznał, że tak pracować nie może. Owszem, hałas dochodzący do jego biura nie był tak denerwujący jak krzyki wydobywające się z cel i sal tortur, które znajdowały się w głębi inkwizycyjnych pomieszczeń, ale nie tłumaczyło to tak głośnego zachowania. Poza tym był to dobry pretekst by choć na chwilę oderwać się od sprawy sabotażu w ogrodzie hrabiego Rosdery.
Sędzia wyszedł na korytarz.
- Co tu się dzieje? – krzyknął nim w ogóle spojrzał na źródło hałasu.
W głębi korytarza zobaczył dwie postacie. W migoczącym świetle pochodni dostrzegł mieniący się metal prawdopodobnie zbroi strażnika. Pokręcił głową. Od kiedy pamiętał straż ani żadne inne wojsko nie miało wstępu do pierwszego pierścienia. Porządku pilnowali tu Imperialni Gwardziści. Chronieni jedynie przez lekkie napierśniki kryjące się pod brunatnymi płaszczami poruszali się bezszelestnie i przy tym byli zabójczo efektywni. W dali korytarza otworzyły się już kolejne drzwi, z których wyjrzał jakiś sędzia.
Grudewals podszedł bliżej dwójki. W końcu rozpoznał starca, którego bezskutecznie próbował zatrzymać strażnik.
- Kort? – spytał zdziwiony – Co ty tu robisz?
- Przyszedłem w odwiedziny – na twarzy starca pokazał się miły uśmieszek.
- Panie sędzio… - zaczął strażnik.
- Co tu robisz? – sędzia przerwał żołnierzowi, choć pytanie było skierowane bezpośrednio do zbrojnego – Kim ty w ogóle jesteś?
- Szeregowy Priet z czwartej... – zaczął strażnik, ale znów nie było mu dane dokończyć.
- Jaki masz przydział? – sędzia był zdecydowanie nie w humorze.
- Brama pierwszego pierścienia, sir – W końcu udało mu się w pełni odpowiedzieć.
- Więc czemu Cię tam nie ma? – młodzieniec już chciał coś tłumaczyć, ale sędzia nie dał mu dojść do głosu – Wracaj na posterunek żołnierzu, albo doniosę o tym zaniedbaniu twojemu dowódcy.
- Ale... – zaczął strażnik, jednak zmiażdżony wzrokiem sędziego odpuścił i zawrócił w kierunku bramy.
Gdy żołnierz zniknął za rogiem korytarza, sędzia zaprosił gestem starca do swojej komnaty. Weszli oboje, lecz żaden z nich nie usiadł mimo, że stało wewnątrz kilka krzeseł. Grudewals oparł się o wielkie biurko ustawione na środku pokoju.
- Wracasz do RMI? – zapytał.
- Raczej nie – odparł Kort – Idę tylko zobaczyć, jak tam teraz wygląda.
- Czyżbyś zrobił się sentymentalny? – na twarzy sędziego pokazał się ironiczny uśmieszek – Miękniesz na starość?
Starzec też się uśmiechnął.
- To raczej ogólna troska. Skoro pierwszego pierścienia musi już strzec straż, to jak wygląda reszta spraw? Co tu w ogóle robił ten pędrak?
Sędzia machnął od niechcenia ręką.
- Generał Gaweerter odkrył jakiś spisek. Nikt go o to nie prosił i nikogo to przez długi czas nie obchodziło. A jednak ten uparł się, że aby chronić naszego władcę zostawi w pierwszym pierścieniu część wojska. Na to Gwardia odpowiedziała, że zaszlachtuje każdego, kto wejdzie w pobliże Imperatora z bronią. Gaweerter uparł się i zostało, że kilku żołnierzy łazi w te i wewte w okolicy bramy.
- Głupota – odparł starzec i ruszył w stronę drzwi.
- Idziesz do RMI? – spytał sędzia. Nie czekając na odpowiedź dodał – Zabierz to do was.
Podał kilka papierów zwiniętych w rulon.
- Nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Z resztą to nie dla mnie sprawa. Nie po to awansowałem na starszego sędziego, żeby zajmować się sprawami jakiś więźniów.
Kort przejął rulon i przejrzał go pobieżnie.
- Na razie – powiedział i ruszył w stronę tej części pierwszego pierścienia, w którą nawet Inkwizytorzy nie chcieli się zapuszczać – do siedziby RMI.
Wśród ciemnych uliczek przemykał człowiek. Starał się nie rzucać w oczy i szybko uciekał z widoku. Zwykle jego ciemna szata z wygrawerowanymi na niebiesko literami „RMI” stanowiła gwarancję bezpieczeństwa nawet w takich miejscach jak to. Tej nocy jednak inicjały organizacji były niezbyt widoczne, a i człowiek ten nie zamierzał afiszować swojej obecności.
W końcu dotarł do celu. Niewielkie drzwi jednego z typowych dla czwartego kręgu domów nie zdradzały, by w środku miało być coś interesującego. Człowiek zapukał. Drzwi rozwarły się z cichym piskiem. W progu stanął inny człowiek, ubrany w zwykłą koszulę i wytarte skórzane spodnie.
- Wejdź – powiedział do przybyłego mężczyzny nie zdradzając ani grama radości z odwiedzin, czy zdumienia z niezapowiedzianej wizyty.
- Nie boisz się, że ktoś cię napadnie? - spytał z lekką ironią przybysz, wchodząc do środka.
- Nie - odparł tamten rzucając coś ciężkiego i twardego na stół wewnątrz pomieszczenia. Przedmiot momentalnie zniknął w ciemnościach, które panowały w izbie. Niewielka lampka oliwna oświetlała zaledwie drobny kant stołu i rozłożoną na nim książkę. - Trattar zdechł, że sam przyszedłeś?
- Nie mogę czasem odwiedzić starego przyjaciela? - spytał z lekkim wyrzutem przybysz.
- Możesz - odparł gospodarz – Ale tego nie robisz. Więc jaką masz sprawę?
Przybysz niemal po omacku odszukał jakieś krzesło i wygodnie usiadł na nim. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Niewiele pewnie zobaczył, bo w nikłym świetle lampki można było dojrzeć ledwie zarysy pokaźniej biblioteki, licznych trofeów i wielkiego kominka.
- Nie palisz w piecu? - powiedział przybysz, jakby chciał uciec, choć na chwilę, od zadanego mu pytania.
- Dziś i tak jest duszno – odpowiedział gospodarz, który wszedł w krąg światłą rzucanego przez lampkę. Dopiero teraz można było zauważyć, że nie jest to już człowiek młody. Krótka, siwa broda słabo zasłaniała chude policzki, a szpakowate brwi lekko schodziły na oczy, w których widać już było zmęczenie. - Jeśli przyszedłeś w celach towarzyskich, to wybacz, ale nie mam cię czym ugościć.
- Widzę, że w ogóle się nie zmieniłeś. Nadal ciężko się z tobą gada.
- Czasem to zaleta, a nie wada. Więc jednak po coś przyszedłeś. O co chodzi?
- Mamy nowego w RMI. Chcę, żebyś go szkolił.
- To już wielkie RMI nie ma innych członków? - spytał z rozbawieniem starzec.
- Kort – gość siedział nadal spokojnie, ale w głosie wyczuć można było zdenerwowanie - wiesz, że gdybym nie musiał, nie prosiłbym cię o to. Chłopak narobił sobie wrogów, nawet w RMI.
- A cóż takiego zrobił?
- Pierwszego dnia wywołał bójkę w sali głównej.
Kort chwilę zastanawiał się. W końcu spokojnie podniósł głowę.
- Wiesz, że już nie jestem w RMI.
- Kiedyś spytałem cię, co jeśli mnie wyrzucą z organizacji, pamiętasz?
Starzec uśmiechnął się i pokiwał głową. Widocznie wspomnienie dawnych dni było dla niego naprawdę miłe.
- Dobry chociaż jest? - spytał w końcu.
- Omal nie zaszlachtował Wrastama.
Starzec wybuchnął śmiechem...
Kolejny dzień przyniósł trochę wiatru, co odświeżyło powietrze w stolicy. Chmury, które zalegały na niebie przegonione zostały bardziej na zachód pozostawiając miasto na pastwę wschodzącego właśnie słońca. Po dusznej nocy szykował się parny dzień.
Pogoda była jednym z nielicznych problemów, jakie tego dnia miał na głowie Priet. Młody szeregowiec otrzymał wartę przy bramie pierwszego pierścienia. Nie miał nic przeciwko temu. Pierwszy pierścień Vackell był wyłączną własnością Imperatora. Znajdowały się wewnątrz pokoje przeznaczone jedynie dla władcy i jego gości, oraz pomieszczenia administracyjne. Chyba najgorszym miejscem w całej tej części miasta było skrzydło zamku poświęcone Inkwizycji, gdzie organizacja ta przetrzymywała i karała heretyków wszelkiej maści. Prietowi przeszły ciarki po plecach na wspomnienie opowieści o więzieniu Inkwizycji. Na szczęście Zieloni, jak nazywano ich ze względu na kolor płaszczy, sami zajmowali się swoimi sprawami, przez co młody żołnierz nie musiał się obawiać zakłócenia porządku przez jedną z ofiar Inkwizycji.
Drugi pierścień Vackell, który z pierwszym łączyła właśnie strzeżona brama, również do niebezpiecznych miejsc nie należał. Zamieszkiwała go głównie szlachta, a wręcz magnateria. Priet stał więc spokojnie zadowolony z zadania, jakie przyznano mu na ten dzień. Zapowiadał się niezwykle spokojny dzień. Spojrzał na bramę. Bogato zdobiony portal zapraszał wchodzących licznymi rzeźbami i ornamentami. Wrota, również pokryte ozdobami, sprawiały jednak wrażenie o wiele bardziej przysadzistych. Zdawać by się mogło, że gdy się zamkną, nic ich już nie otworzy. Priet dobrą chwilę podziwiał wrota. Nigdy wcześniej ich nie widział. Wstęp do wyższych pierścieni mieli tylko wysoko urodzeni, a do pierwszego pierścienia wchodzili w zasadzie jedynie urzędnicy tam prasujący. I Inkwizytorzy. Prieta po raz kolejny zmroziło wspomnienie o członkach przerażającej instytucji.
Wśród nielicznych ludzi, którzy przechodzili bramę szeregowiec spostrzegł nagle jakiegoś starca. Nie pasował on zupełnie do innych użytkowników tej drogi. Był ubrany w stary płaszcz. Wyróżniał się wśród bogato odzianych arystokratów czy dumnie kroczących przez bramę urzędników. Priet zatrzymał starca.
- Stój, człowieku – powiedział dumnie. W końcu bronił wejścia do pierwszego pierścienia. Nie by byle kim – Czego tutaj szukasz, starcze?
Przybysz spojrzał z lekkim zdziwieniem na strażnika.
- Uznałem, że jestem grzeszny i przyszedłem oddać się w ręce Inkwizycji – powiedział głosem tak beznamiętnym, że młodego żołnierza zamurowało. Do tego chciał się oddać dobrowolnie w ręce Inkwizytorów. Czy on postradał zmysły? Czy nie wie, co Inkwizycja robi z człowiekiem?
Mężczyzna, korzystając z osłupienia strażnika, minął go i pomaszerował w kierunku skrzydła Inkwizycji.
- Hej! – krzyknął Priet i ruszył na starcem.
Sędzia Grudewals nie lubił swojej pracy. Co prawda zapewniała wiele profitów, ale nużyło go już wysłuchiwanie problemów, z jakimi ludzie do niego przychodzili. Zwykle nie były to nawet sprawy poważne. Komuś zdechł kot i posądzał sąsiada o przyczynienie się do zgonu pupila. Komuś innemu wybito okno i domagał się znalezienia winnego. Co prawda sprawę miał polepszyć awans. Grudewals przeniósł dzięki niemu biuro do pierwszego pierścienia i zamiast wysłuchiwać pospólstwa zajął się sprawami arystokracji. Szybko odkrył, że wszyscy ludzie są tacy sami. Tylko przytoczony w pamięci kot zmienił się z dachowca, jakich wiele, w rasowca, za którego można by kupić małą wioskę.
Teraz siedział nad papierami jakiejś durnej sprawy i marzył jedynie, by ktoś go uwolnił od tej udręki. Na korytarzu powstał wielki hałas. Metaliczny dźwięk uderzającej o kamień stali mieszał się z jakimiś okrzykami. Grudewals, który już przywykł do ciszy panującej w tej części skrzydła Inkwizycji, uznał, że tak pracować nie może. Owszem, hałas dochodzący do jego biura nie był tak denerwujący jak krzyki wydobywające się z cel i sal tortur, które znajdowały się w głębi inkwizycyjnych pomieszczeń, ale nie tłumaczyło to tak głośnego zachowania. Poza tym był to dobry pretekst by choć na chwilę oderwać się od sprawy sabotażu w ogrodzie hrabiego Rosdery.
Sędzia wyszedł na korytarz.
- Co tu się dzieje? – krzyknął nim w ogóle spojrzał na źródło hałasu.
W głębi korytarza zobaczył dwie postacie. W migoczącym świetle pochodni dostrzegł mieniący się metal prawdopodobnie zbroi strażnika. Pokręcił głową. Od kiedy pamiętał straż ani żadne inne wojsko nie miało wstępu do pierwszego pierścienia. Porządku pilnowali tu Imperialni Gwardziści. Chronieni jedynie przez lekkie napierśniki kryjące się pod brunatnymi płaszczami poruszali się bezszelestnie i przy tym byli zabójczo efektywni. W dali korytarza otworzyły się już kolejne drzwi, z których wyjrzał jakiś sędzia.
Grudewals podszedł bliżej dwójki. W końcu rozpoznał starca, którego bezskutecznie próbował zatrzymać strażnik.
- Kort? – spytał zdziwiony – Co ty tu robisz?
- Przyszedłem w odwiedziny – na twarzy starca pokazał się miły uśmieszek.
- Panie sędzio… - zaczął strażnik.
- Co tu robisz? – sędzia przerwał żołnierzowi, choć pytanie było skierowane bezpośrednio do zbrojnego – Kim ty w ogóle jesteś?
- Szeregowy Priet z czwartej... – zaczął strażnik, ale znów nie było mu dane dokończyć.
- Jaki masz przydział? – sędzia był zdecydowanie nie w humorze.
- Brama pierwszego pierścienia, sir – W końcu udało mu się w pełni odpowiedzieć.
- Więc czemu Cię tam nie ma? – młodzieniec już chciał coś tłumaczyć, ale sędzia nie dał mu dojść do głosu – Wracaj na posterunek żołnierzu, albo doniosę o tym zaniedbaniu twojemu dowódcy.
- Ale... – zaczął strażnik, jednak zmiażdżony wzrokiem sędziego odpuścił i zawrócił w kierunku bramy.
Gdy żołnierz zniknął za rogiem korytarza, sędzia zaprosił gestem starca do swojej komnaty. Weszli oboje, lecz żaden z nich nie usiadł mimo, że stało wewnątrz kilka krzeseł. Grudewals oparł się o wielkie biurko ustawione na środku pokoju.
- Wracasz do RMI? – zapytał.
- Raczej nie – odparł Kort – Idę tylko zobaczyć, jak tam teraz wygląda.
- Czyżbyś zrobił się sentymentalny? – na twarzy sędziego pokazał się ironiczny uśmieszek – Miękniesz na starość?
Starzec też się uśmiechnął.
- To raczej ogólna troska. Skoro pierwszego pierścienia musi już strzec straż, to jak wygląda reszta spraw? Co tu w ogóle robił ten pędrak?
Sędzia machnął od niechcenia ręką.
- Generał Gaweerter odkrył jakiś spisek. Nikt go o to nie prosił i nikogo to przez długi czas nie obchodziło. A jednak ten uparł się, że aby chronić naszego władcę zostawi w pierwszym pierścieniu część wojska. Na to Gwardia odpowiedziała, że zaszlachtuje każdego, kto wejdzie w pobliże Imperatora z bronią. Gaweerter uparł się i zostało, że kilku żołnierzy łazi w te i wewte w okolicy bramy.
- Głupota – odparł starzec i ruszył w stronę drzwi.
- Idziesz do RMI? – spytał sędzia. Nie czekając na odpowiedź dodał – Zabierz to do was.
Podał kilka papierów zwiniętych w rulon.
- Nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Z resztą to nie dla mnie sprawa. Nie po to awansowałem na starszego sędziego, żeby zajmować się sprawami jakiś więźniów.
Kort przejął rulon i przejrzał go pobieżnie.
- Na razie – powiedział i ruszył w stronę tej części pierwszego pierścienia, w którą nawet Inkwizytorzy nie chcieli się zapuszczać – do siedziby RMI.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V]RMI
W sali głównej RMI zawsze można było spotkać kilku przedstawicieli tej organizacji. Najważniejszym z nich był naczelnik. Niewielkie drzwiczki w jednej ze ścian kierowały wprost do jego gabinetu, lecz ten nigdy go nie używał. Wszystkie sprawy organizacyjne zwykł załatwiać w sali głównej. Tak z resztą było od pokoleń i obecny naczelnik nie zamierzał tego zmienić. Niezmiennym również było, że część członków organizacji w obliczu braku zadania przesiadywała w sali głównej dzieląc się doświadczeniem, wypełniając papiery lub po prostu zabijając czas.
Drzwi izby otworzyły się cicho. Nie były one zdobione ani wielce okazałe. Prawie nic w siedzibie RMI nie miało za zadanie ozdabiać lub być ozdabiane. Każdej rzeczy nadano pewne zadania, choć większości ludzi niektóre z nich wydać by się mogły co najmniej chore. Jedynym przejawem sztuki, przynajmniej w mniemaniu normalnego człowieka, był rząd obrazów zawieszonych w sali głównej stanowiący poczet naczelników RMI. Poza tym każda izba, komnata czy loch zawierał jedynie niezbędny zasób wyposażenia przy nagich kamiennych ścianach.
W rozwartych drzwiach stanął Kort. Spojrzał na zebranych w izbie i powiedział:
- Witam.
W powstałej ciszy przeszedł do naczelnika i podał mu rulon dokumentów, który otrzymał od sędziego. Wszyscy wpatrywali się w niego, lecz nikt jakoś nie wiedział co powiedzieć.
- Co on tu znowu robi? – odezwał się w końcu krasnolud spod ściany – Nie masz nic do roboty w czwartym pierścieniu, czy gdzie się tam teraz podziewasz?
- Wrastam – odpowiedział spokojnie starzec – Widzę, że nic się nie zmieniłeś. Nie zdążyłeś się jeszcze ogolić? Słyszałem, że pewnemu młodzieńcowi prawie się to udało.
Krasnolud aż poczerwieniał ze złości.
- Może ty spróbujesz – sięgnął po topór.
- Wrastam! – głos naczelnika przywołał krasnoluda do porządku – Sam prosiłem wczoraj Korta by zajął się naszym... nowym nabytkiem. Podważasz moją decyzję?
Wrastam chwilę stał gotowy do ataku, lecz pod ciężkim spojrzeniem opuścił broń.
- Nie rozgaszczaj się, Kort – wycenił.
Naczelnik podał starcowi rulon, z którym ten przyszedł.
- Młody jest w komnacie siódmej. Możesz wziąć to zadanie, by go wprowadzić.
Kort odebrał papiery i ruszył w stronę korytarza prowadzącego do komnat. Gdy przechodził obok krasnoluda, ten rzucił mu cicho:
- Zobaczymy, czy ciebie potnie.
- Nie musisz się obawiać – odpowiedział mu starzec – Wyznaczyłem już swojego następcę. Nie musisz obawiać się pustki na stanowisku naczelnika.
Spojrzał przy tym na ścianę, gdzie wisiał najnowszy obraz przedstawiający jego podobiznę.
Komnata siódma równie dobrze można byłoby nazwać mnisią celą. Poza łóżkiem i niewielką szafką na kamiennych ścianach wyróżnić można było jedynie zwyczajne drewniane drzwi i niewielkie okienko wpuszczające do środka blask rozpoczynającego się dnia. Poza typowymi dla izb RMI wyposażenia, znajdował się wewnątrz pewien młodzieniec. Krzątał się po niewielkim pomieszczeniu szukając jakiejkolwiek możliwości. Podrapał się w rudą głowę. Był przekonany, że znajdzie się jakaś możliwość wydostania się z tego więzienia. Nagle usłyszał szczęk zamka. Rozejrzał się szybko za jakąś kryjówką. W niewielkiej komnacie nie znalazł zbyt wiele możliwości. Wskoczył więc za drzwi i dobył sztyletu, który zdołał ukryć za pasem.
Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł starszy mężczyzna. Miał na sobie długi, znoszony płaszcz z wytartymi niebieskimi literami RMI. Młodzieniec wykorzystał, że znajdował się za nowoprzybyłym i szybko przyłożył mu sztylet do gardła.
- Nikt nie będzie mi rozkazywał – powiedział dumny z siebie.
- Nie zamierzam ci rozkazywać – oznajmił starzec spokojnym głosem.
Młodzieńca aż zamurowało, że jego oponent zachowuje taki spokój. Tę chwilę wykorzystał starzec. Momentalnie chwycił młodzieńca za przegub, wykręcił mu rękę do tyłu i skierował tak, że sztych ostrza znalazł się na karku i tonął w rudych włosach w drodze do ukrytego tuż pod skórą kręgosłupa.
- Nie będę ci rozkazywał, młody człowieku. Po prostu będę mówił, co masz robić, żeby przeżyć. Pierwsza rada: puść sztylet.
Chłopak puścił broń, która z brzękiem upadła na kamienną podłogę. Starzec odepchnął lekko młodzieńca, po czym spokojnie schylił się po sztylet. Gdy rudzielec zdołał złapać równowagę i odwrócić się do siwego, ten już stał wyprostowany i oglądał podniesione ostrze. Dopiero teraz młodzieniec zauważył, że w drugiej ręce funkcjonariusz RMI trzyma zrolowany papier. Starzec pokonał go jedną ręką. To było upokarzające.
- Jak się nazywasz? – spytał spokojnie starszy mężczyzna.
- Masz to napisane w papierach – młody nie zamierzał ułatwiać starcowi zadania.
Ten spojrzał jednak na rulon, po czym przeniósł wzrok na młodzieńca.
- Jeśli to prawda, to nazywasz się Kratnor Charewat i właśnie leżysz martwy w więzieniu trzeciego kręgu. Dobrze się trzymasz jak na umrzyka.
Starzec przeniósł wzrok powrotem na sztylet.
- Skoro nie chcesz się przedstawić, sam dojdę do tego, kim jesteś. Zacznijmy od tego. – obrócił ostrze, jakby jego drugi płaz miał zawierać jakąś wskazówkę. – Gdybyś pochodził z czwartego albo piątego kręgu, raczej nie byłby to sztylet, ale zwykły nóż. Tak więc jesteś szlachetnie urodzony. Sztylet nie jest zbyt dobrze zdobiony, więc raczej nie należysz do rodziny z drugiego kręgu. Więc urodziłeś się w trzecim kręgu, tak?
Starzec spojrzał na młodzieńca. Ten nie chciał oddawać pola.
- Nie sądzisz, że mogłem go tu przynieść z Inkwizycji? – spytał dumny, że zachwiał logikę siwego.
- A rzeczywiście, przyszedłeś tu z Inkwizycji. Prawdę mówiąc ten fakt świadczy o twoim pochodzeniu jeszcze dobitniej niż ta broń. Poza tym sztylety inkwizytorskie wyglądają inaczej, więc raczej jest to pamiątka rodzinna.
Starzec odłożył broń na niewielką szafkę pod ścianą. Młodzieniec z pewną nadzieją spojrzał na ostrze. Siwy zwrócił się całkowicie do szafki, oparł na niej obie ręce i wpatrywał się w broń, jakby próbował coś w niej jeszcze dojrzeć.
- Mam dziwne wrażenie- zaczął – że nadal chcesz mnie zaatakować.
Chłopaka zamurowało.
- Chwila jest chyba najbardziej odpowiednia. Stoję do ciebie plecami. Ręce trzymam na widocznym miejscu. Nim mnie jednak zaatakujesz, pomyśl. Załóżmy, że mnie zabijesz. Co dalej zrobisz? Nie wyjdziesz stąd żywy. A nawet jeśli, członkowie RMI będą cię ścigać wszędzie. Gdzie się ukryjesz? Raczej nie w domu – tam przecież pogoń nie omieszka zajrzeć. U znajomych? Przeszukamy cały trzeci pierścień. W wyższych kręgach będziesz się wyróżniał niczym żebrak. W niższych nie zdołasz przeżyć nawet na tyle długo, byśmy cię tam wytropili.
Chłopak wpadał w panikę. Rzeczywiście kończyły mu się miejsca, gdzie mógłby się ukryć. W końcu zostało mu jedno:
- W...
Starzec ubiegł go jednak.
- W Inkwizycji? – spytał z drwiną w głosie – Przecież stamtąd cię wyrzucili. – odwrócił się do chłopaka – Bo przecież cię wyrzucili. Zaszedłeś za skórę któremuś z wyżej postawionych Inkwizytorów. Gdybyś wywodził się z niższej warstwy społecznej, już leżałbyś martwy w jakimś zaułku.
- To nieprawda! – krzyknął młodzieniec.
- Czyżby? Żyjesz tylko dlatego, że ktoś mógłby się o ciebie spytać. Jednocześnie nie pochodzisz z tak utytułowanej rodziny, byś był nietykalny. Nie mów, że kłamię, bo wiem, jak jest w Inkwizycji. Na zewnątrz wszyscy jesteście równi, ale w środku nigdy nie miałeś szans z dzieciakami inkwizytorskimi czy tymi z drugiego kręgu. Nie mów, że to nieprawda. Znam prawdę.
Chłopak stał i nic nie mówił. Wiedział, że to, co słyszy jest prawdą. Prawdą, w którą nigdy nie chciał wierzyć.
- Tak więc jesteś z ubogiej arystokracji – ciągnął po krótkiej przerwie starzec – A dokładnie z biedniejącej szlachty. Stawiam na trzeci krąg, gdzieś koło ulicy Folwarcznej. Wysłany zostałeś do Inkwizycji w nadziei, że nie będziesz musiał brać swojej części przy podziale majątku. To częsta praktyka zwłaszcza w biedniejących rodach. Jesteś więc którymś z kolei. Trzeci? Czwarty?
- Czwarty – powiedział młodzieniec ze złością, która kruszyć by mogła mury – Nazywam się David z rodu Evander. Zadowolony?
Starzec stał spokojnie. Dał chwilę młodzieńcowi, by ten potrwał w stanie złości niemal nie do stłumienia, po czym oznajmił:
- Tak. W zasadzie tak. Może więc i ja się przedstawię. Nazywam się Kort Demitruin. Sprawowałem wszystkie możliwe funkcje w RMI, od gońca po naczelnika. Znam to miejsce jak chyba nikt. A czy ty wiesz, gdzie się znalazłeś? Czym jest RMI?
- Jesteście zgrają heretyków i dewiantów! – młodzieniec wyrzucił w tych słowach całą nienawiść i złość, które ledwie trzymał na uwięzi zdrowego rozsądku.
- Widzę, że mówili ci o nas w Inkwizycji. Miło z ich strony. – w głosie Korta nie dało się wyczuć najmniejszej irytacji tym, co usłyszał. – Zacznijmy więc twoją reedukację od szczypty historii. Zapewne słyszałeś o Wielkiej Herezji.
- Tak – David nie miał chęci wysłuchiwać wymądrzeń starca na tematy, które sam znał.
- Więc wiesz, że po tych zdarzeniach całkowitą władzę sądowniczą, jak i kilka innych funkcji, przejęła Inkwizycja. Tak naprawdę jej dążenie do władzy absolutnej przerwało dopiero posądzenie Imperatora o herezję.
- Co? – wymknęło się młodzieńcowi. Nie chciał dawać siwemu satysfakcji, że ten wie więcej, ale czegoś takiego po prostu się nie spodziewał.
- Nie uczyli was tego? Nie będziemy się kłócić. Później możesz sprawdzić w archiwach miejskich. Kroniki dokładnie to opisują. W każdym razie po tych zdarzeniach Inkwizycja zajęła się w końcu sprawami, do których została powołana. Szybko okazało się, że większość spraw, jakimi przyszło jej się zająć, jest zbyt pospolita. Wyłoniła więc z powrotem sądy, które obecnie są pod bardzo luźną jej jurysdykcją. W pewnym momencie zaczęły się jednak pojawiać dewiacje tak zawiłe i dziwaczne, że zwykłe „na stos” już nie zdawało rezultatów. Groziła nowa Wielka Herezja.
- I zjawiliście się wy? – David włożył w te słowa cały sarkazm, jaki zdołał z siebie wykrzesać.
- I tak, i nie – odparł starzec niewzruszonym głosem – Powstała grupa, która zgłębiła wiedzę uznaną za plugawą i pozbyła się problemu. W rok później sami spłonęli na stosie. Tego typu grupki pojawiały się co pewien czas w Inkwizycji. Wszystkie kończyły same oskarżone o herezję. W końcu jedna z nich wykonała zadanie ważne dla samego Imperatora. Gdy grupa została posądzona o herezję, władca wyraźnie zakazał jej egzekucji. Przejął kontrolę nad nią i tak narodziło się RMI.
- Ładna bajka – powiedział David, z którego złość już trochę zeszła.
- Tak. Tylko morał słaby. Dziś to my zajmujemy się sprawami, które sięgają poza wiedzę lub jurysdykcję Inkwizycji. Szukamy morderców, psychopatów, dewiantów i idiotów, którzy dali się omamić przez... nieprzyjemne istoty.
- Sami tacy jesteście.
- Być może – odparł Kort – Ale mu pracujemy dla Jego Wysokości. A ty możesz być jednym z nas.
- A jeśli nie zechcę? – odparł dumnie David.
Starzec zamyślił się.
- W zasadzie już do nas trawiłeś. A mamy tu pewną zasadę. Nikt nie odchodzi z RMI. Można przestać pełnić obowiązki, ale za dużo mamy tu niebezpiecznych rzeczy, by można było od tak nas opuścić. Kiedyś mój uczeń spytał mnie, co jeśli stąd wyleci. Wiesz co mu odpowiedziałem?
- Co? – spytał rudzielec.
- Podejdź do okna. Podejdź, to ci wiele uzmysłowi.
David podszedł do niewielkiego okienka w kamiennej ścianie.
- Wychyl się przez nie.
To zajęło młodzieńcowi więcej czasu, gdyż ściany twierdzy były bardzo grube. Daleko w dole widać było niewielkie domki drugiego pierścienia kończące się murem, który oddzielał je od trzeciego kręgu.
- Jeśli stąd wylecisz, będziesz miał chwilę wolności. Ale jeśli przez tę chwilę nie nauczysz się latać, koniec będzie niemiły.
Kort dał młodzieńcowi chwilę, po czym dodał:
- Zwykle dajemy nowym noc na przemyślenie, ale mamy ranek i nie będziemy tracić czasu. Choć, spróbujemy wytłumaczyć to morderstwo w więzieniu trzeciego kręgu.
- Nie boisz się, że ucieknę, gdy tylko wyjdziemy z pałacu?
- Myślisz, że twoja sytuacja się zmieniła przez czas naszej rozmowy? Na początku udowodniłem ci, że jeśli uciekniesz, zginiesz. Teraz masz odrobinę więcej wiedzy i równie małe szanse na przeżycie. Jeśli będziesz się trzymał moich rad, sprawię, że trochę jeszcze pożyjesz.
- Tak – powiedział z dezaprobatą David – Tylko co to za życie?
- Zobaczysz, że dewiacje, o jakie nas oskarżasz, toczą cały świat, z którego pochodzisz. My je tylko ukazujemy i wykorzystujemy do naszych celów. Chodźmy już.
Starzec wyszedł z komnaty pozostawiając w środku młodzieńca ze zdziwionym wyrazem twarzy. Co on ma teraz zrobić? Nie widząc innego rozwiązania, powlókł się za starcem. Później coś wymyśli.
Drzwi izby otworzyły się cicho. Nie były one zdobione ani wielce okazałe. Prawie nic w siedzibie RMI nie miało za zadanie ozdabiać lub być ozdabiane. Każdej rzeczy nadano pewne zadania, choć większości ludzi niektóre z nich wydać by się mogły co najmniej chore. Jedynym przejawem sztuki, przynajmniej w mniemaniu normalnego człowieka, był rząd obrazów zawieszonych w sali głównej stanowiący poczet naczelników RMI. Poza tym każda izba, komnata czy loch zawierał jedynie niezbędny zasób wyposażenia przy nagich kamiennych ścianach.
W rozwartych drzwiach stanął Kort. Spojrzał na zebranych w izbie i powiedział:
- Witam.
W powstałej ciszy przeszedł do naczelnika i podał mu rulon dokumentów, który otrzymał od sędziego. Wszyscy wpatrywali się w niego, lecz nikt jakoś nie wiedział co powiedzieć.
- Co on tu znowu robi? – odezwał się w końcu krasnolud spod ściany – Nie masz nic do roboty w czwartym pierścieniu, czy gdzie się tam teraz podziewasz?
- Wrastam – odpowiedział spokojnie starzec – Widzę, że nic się nie zmieniłeś. Nie zdążyłeś się jeszcze ogolić? Słyszałem, że pewnemu młodzieńcowi prawie się to udało.
Krasnolud aż poczerwieniał ze złości.
- Może ty spróbujesz – sięgnął po topór.
- Wrastam! – głos naczelnika przywołał krasnoluda do porządku – Sam prosiłem wczoraj Korta by zajął się naszym... nowym nabytkiem. Podważasz moją decyzję?
Wrastam chwilę stał gotowy do ataku, lecz pod ciężkim spojrzeniem opuścił broń.
- Nie rozgaszczaj się, Kort – wycenił.
Naczelnik podał starcowi rulon, z którym ten przyszedł.
- Młody jest w komnacie siódmej. Możesz wziąć to zadanie, by go wprowadzić.
Kort odebrał papiery i ruszył w stronę korytarza prowadzącego do komnat. Gdy przechodził obok krasnoluda, ten rzucił mu cicho:
- Zobaczymy, czy ciebie potnie.
- Nie musisz się obawiać – odpowiedział mu starzec – Wyznaczyłem już swojego następcę. Nie musisz obawiać się pustki na stanowisku naczelnika.
Spojrzał przy tym na ścianę, gdzie wisiał najnowszy obraz przedstawiający jego podobiznę.
Komnata siódma równie dobrze można byłoby nazwać mnisią celą. Poza łóżkiem i niewielką szafką na kamiennych ścianach wyróżnić można było jedynie zwyczajne drewniane drzwi i niewielkie okienko wpuszczające do środka blask rozpoczynającego się dnia. Poza typowymi dla izb RMI wyposażenia, znajdował się wewnątrz pewien młodzieniec. Krzątał się po niewielkim pomieszczeniu szukając jakiejkolwiek możliwości. Podrapał się w rudą głowę. Był przekonany, że znajdzie się jakaś możliwość wydostania się z tego więzienia. Nagle usłyszał szczęk zamka. Rozejrzał się szybko za jakąś kryjówką. W niewielkiej komnacie nie znalazł zbyt wiele możliwości. Wskoczył więc za drzwi i dobył sztyletu, który zdołał ukryć za pasem.
Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł starszy mężczyzna. Miał na sobie długi, znoszony płaszcz z wytartymi niebieskimi literami RMI. Młodzieniec wykorzystał, że znajdował się za nowoprzybyłym i szybko przyłożył mu sztylet do gardła.
- Nikt nie będzie mi rozkazywał – powiedział dumny z siebie.
- Nie zamierzam ci rozkazywać – oznajmił starzec spokojnym głosem.
Młodzieńca aż zamurowało, że jego oponent zachowuje taki spokój. Tę chwilę wykorzystał starzec. Momentalnie chwycił młodzieńca za przegub, wykręcił mu rękę do tyłu i skierował tak, że sztych ostrza znalazł się na karku i tonął w rudych włosach w drodze do ukrytego tuż pod skórą kręgosłupa.
- Nie będę ci rozkazywał, młody człowieku. Po prostu będę mówił, co masz robić, żeby przeżyć. Pierwsza rada: puść sztylet.
Chłopak puścił broń, która z brzękiem upadła na kamienną podłogę. Starzec odepchnął lekko młodzieńca, po czym spokojnie schylił się po sztylet. Gdy rudzielec zdołał złapać równowagę i odwrócić się do siwego, ten już stał wyprostowany i oglądał podniesione ostrze. Dopiero teraz młodzieniec zauważył, że w drugiej ręce funkcjonariusz RMI trzyma zrolowany papier. Starzec pokonał go jedną ręką. To było upokarzające.
- Jak się nazywasz? – spytał spokojnie starszy mężczyzna.
- Masz to napisane w papierach – młody nie zamierzał ułatwiać starcowi zadania.
Ten spojrzał jednak na rulon, po czym przeniósł wzrok na młodzieńca.
- Jeśli to prawda, to nazywasz się Kratnor Charewat i właśnie leżysz martwy w więzieniu trzeciego kręgu. Dobrze się trzymasz jak na umrzyka.
Starzec przeniósł wzrok powrotem na sztylet.
- Skoro nie chcesz się przedstawić, sam dojdę do tego, kim jesteś. Zacznijmy od tego. – obrócił ostrze, jakby jego drugi płaz miał zawierać jakąś wskazówkę. – Gdybyś pochodził z czwartego albo piątego kręgu, raczej nie byłby to sztylet, ale zwykły nóż. Tak więc jesteś szlachetnie urodzony. Sztylet nie jest zbyt dobrze zdobiony, więc raczej nie należysz do rodziny z drugiego kręgu. Więc urodziłeś się w trzecim kręgu, tak?
Starzec spojrzał na młodzieńca. Ten nie chciał oddawać pola.
- Nie sądzisz, że mogłem go tu przynieść z Inkwizycji? – spytał dumny, że zachwiał logikę siwego.
- A rzeczywiście, przyszedłeś tu z Inkwizycji. Prawdę mówiąc ten fakt świadczy o twoim pochodzeniu jeszcze dobitniej niż ta broń. Poza tym sztylety inkwizytorskie wyglądają inaczej, więc raczej jest to pamiątka rodzinna.
Starzec odłożył broń na niewielką szafkę pod ścianą. Młodzieniec z pewną nadzieją spojrzał na ostrze. Siwy zwrócił się całkowicie do szafki, oparł na niej obie ręce i wpatrywał się w broń, jakby próbował coś w niej jeszcze dojrzeć.
- Mam dziwne wrażenie- zaczął – że nadal chcesz mnie zaatakować.
Chłopaka zamurowało.
- Chwila jest chyba najbardziej odpowiednia. Stoję do ciebie plecami. Ręce trzymam na widocznym miejscu. Nim mnie jednak zaatakujesz, pomyśl. Załóżmy, że mnie zabijesz. Co dalej zrobisz? Nie wyjdziesz stąd żywy. A nawet jeśli, członkowie RMI będą cię ścigać wszędzie. Gdzie się ukryjesz? Raczej nie w domu – tam przecież pogoń nie omieszka zajrzeć. U znajomych? Przeszukamy cały trzeci pierścień. W wyższych kręgach będziesz się wyróżniał niczym żebrak. W niższych nie zdołasz przeżyć nawet na tyle długo, byśmy cię tam wytropili.
Chłopak wpadał w panikę. Rzeczywiście kończyły mu się miejsca, gdzie mógłby się ukryć. W końcu zostało mu jedno:
- W...
Starzec ubiegł go jednak.
- W Inkwizycji? – spytał z drwiną w głosie – Przecież stamtąd cię wyrzucili. – odwrócił się do chłopaka – Bo przecież cię wyrzucili. Zaszedłeś za skórę któremuś z wyżej postawionych Inkwizytorów. Gdybyś wywodził się z niższej warstwy społecznej, już leżałbyś martwy w jakimś zaułku.
- To nieprawda! – krzyknął młodzieniec.
- Czyżby? Żyjesz tylko dlatego, że ktoś mógłby się o ciebie spytać. Jednocześnie nie pochodzisz z tak utytułowanej rodziny, byś był nietykalny. Nie mów, że kłamię, bo wiem, jak jest w Inkwizycji. Na zewnątrz wszyscy jesteście równi, ale w środku nigdy nie miałeś szans z dzieciakami inkwizytorskimi czy tymi z drugiego kręgu. Nie mów, że to nieprawda. Znam prawdę.
Chłopak stał i nic nie mówił. Wiedział, że to, co słyszy jest prawdą. Prawdą, w którą nigdy nie chciał wierzyć.
- Tak więc jesteś z ubogiej arystokracji – ciągnął po krótkiej przerwie starzec – A dokładnie z biedniejącej szlachty. Stawiam na trzeci krąg, gdzieś koło ulicy Folwarcznej. Wysłany zostałeś do Inkwizycji w nadziei, że nie będziesz musiał brać swojej części przy podziale majątku. To częsta praktyka zwłaszcza w biedniejących rodach. Jesteś więc którymś z kolei. Trzeci? Czwarty?
- Czwarty – powiedział młodzieniec ze złością, która kruszyć by mogła mury – Nazywam się David z rodu Evander. Zadowolony?
Starzec stał spokojnie. Dał chwilę młodzieńcowi, by ten potrwał w stanie złości niemal nie do stłumienia, po czym oznajmił:
- Tak. W zasadzie tak. Może więc i ja się przedstawię. Nazywam się Kort Demitruin. Sprawowałem wszystkie możliwe funkcje w RMI, od gońca po naczelnika. Znam to miejsce jak chyba nikt. A czy ty wiesz, gdzie się znalazłeś? Czym jest RMI?
- Jesteście zgrają heretyków i dewiantów! – młodzieniec wyrzucił w tych słowach całą nienawiść i złość, które ledwie trzymał na uwięzi zdrowego rozsądku.
- Widzę, że mówili ci o nas w Inkwizycji. Miło z ich strony. – w głosie Korta nie dało się wyczuć najmniejszej irytacji tym, co usłyszał. – Zacznijmy więc twoją reedukację od szczypty historii. Zapewne słyszałeś o Wielkiej Herezji.
- Tak – David nie miał chęci wysłuchiwać wymądrzeń starca na tematy, które sam znał.
- Więc wiesz, że po tych zdarzeniach całkowitą władzę sądowniczą, jak i kilka innych funkcji, przejęła Inkwizycja. Tak naprawdę jej dążenie do władzy absolutnej przerwało dopiero posądzenie Imperatora o herezję.
- Co? – wymknęło się młodzieńcowi. Nie chciał dawać siwemu satysfakcji, że ten wie więcej, ale czegoś takiego po prostu się nie spodziewał.
- Nie uczyli was tego? Nie będziemy się kłócić. Później możesz sprawdzić w archiwach miejskich. Kroniki dokładnie to opisują. W każdym razie po tych zdarzeniach Inkwizycja zajęła się w końcu sprawami, do których została powołana. Szybko okazało się, że większość spraw, jakimi przyszło jej się zająć, jest zbyt pospolita. Wyłoniła więc z powrotem sądy, które obecnie są pod bardzo luźną jej jurysdykcją. W pewnym momencie zaczęły się jednak pojawiać dewiacje tak zawiłe i dziwaczne, że zwykłe „na stos” już nie zdawało rezultatów. Groziła nowa Wielka Herezja.
- I zjawiliście się wy? – David włożył w te słowa cały sarkazm, jaki zdołał z siebie wykrzesać.
- I tak, i nie – odparł starzec niewzruszonym głosem – Powstała grupa, która zgłębiła wiedzę uznaną za plugawą i pozbyła się problemu. W rok później sami spłonęli na stosie. Tego typu grupki pojawiały się co pewien czas w Inkwizycji. Wszystkie kończyły same oskarżone o herezję. W końcu jedna z nich wykonała zadanie ważne dla samego Imperatora. Gdy grupa została posądzona o herezję, władca wyraźnie zakazał jej egzekucji. Przejął kontrolę nad nią i tak narodziło się RMI.
- Ładna bajka – powiedział David, z którego złość już trochę zeszła.
- Tak. Tylko morał słaby. Dziś to my zajmujemy się sprawami, które sięgają poza wiedzę lub jurysdykcję Inkwizycji. Szukamy morderców, psychopatów, dewiantów i idiotów, którzy dali się omamić przez... nieprzyjemne istoty.
- Sami tacy jesteście.
- Być może – odparł Kort – Ale mu pracujemy dla Jego Wysokości. A ty możesz być jednym z nas.
- A jeśli nie zechcę? – odparł dumnie David.
Starzec zamyślił się.
- W zasadzie już do nas trawiłeś. A mamy tu pewną zasadę. Nikt nie odchodzi z RMI. Można przestać pełnić obowiązki, ale za dużo mamy tu niebezpiecznych rzeczy, by można było od tak nas opuścić. Kiedyś mój uczeń spytał mnie, co jeśli stąd wyleci. Wiesz co mu odpowiedziałem?
- Co? – spytał rudzielec.
- Podejdź do okna. Podejdź, to ci wiele uzmysłowi.
David podszedł do niewielkiego okienka w kamiennej ścianie.
- Wychyl się przez nie.
To zajęło młodzieńcowi więcej czasu, gdyż ściany twierdzy były bardzo grube. Daleko w dole widać było niewielkie domki drugiego pierścienia kończące się murem, który oddzielał je od trzeciego kręgu.
- Jeśli stąd wylecisz, będziesz miał chwilę wolności. Ale jeśli przez tę chwilę nie nauczysz się latać, koniec będzie niemiły.
Kort dał młodzieńcowi chwilę, po czym dodał:
- Zwykle dajemy nowym noc na przemyślenie, ale mamy ranek i nie będziemy tracić czasu. Choć, spróbujemy wytłumaczyć to morderstwo w więzieniu trzeciego kręgu.
- Nie boisz się, że ucieknę, gdy tylko wyjdziemy z pałacu?
- Myślisz, że twoja sytuacja się zmieniła przez czas naszej rozmowy? Na początku udowodniłem ci, że jeśli uciekniesz, zginiesz. Teraz masz odrobinę więcej wiedzy i równie małe szanse na przeżycie. Jeśli będziesz się trzymał moich rad, sprawię, że trochę jeszcze pożyjesz.
- Tak – powiedział z dezaprobatą David – Tylko co to za życie?
- Zobaczysz, że dewiacje, o jakie nas oskarżasz, toczą cały świat, z którego pochodzisz. My je tylko ukazujemy i wykorzystujemy do naszych celów. Chodźmy już.
Starzec wyszedł z komnaty pozostawiając w środku młodzieńca ze zdziwionym wyrazem twarzy. Co on ma teraz zrobić? Nie widząc innego rozwiązania, powlókł się za starcem. Później coś wymyśli.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
2 posty(ów) • Strona 1 z 1
Kto przegląda forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości