Strona główna forum → Twórczość → Twierdza Fantasy → Grupowe
[V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Moderator: Mecenasi sztuki
19 posty(ów) • Strona 1 z 1
[V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Obraz wojny niszczącej i pustoszącej kraj nigdy nie był mile widziany. Zawsze kojarzy się on z niedostatkiem, śmiercią, utratą bliskich, oszustwem, zdradą i wieloma innymi negatywnymi zjawiskami, które zwykli zjadacze chleba woleliby unikać.
Kolejny konflikt z mrocznymi elfami nie dziwił już nikogo. Parę lat wojny, parę lat pokoju, potem znowu wojna, i znowu pokój. Ludzie nie tyle zdziwieni tym faktem co już zdenerwowani wiedzieli, że najlepszym wyjściem jest ucieczka od tej chorej sytuacji. Jakkolwiek byłoby to możliwe w innych państwach tak w Imperium jest to zakazane, albowiem Dekret Imperatora zabrania wszystkim nieupoważnionym opuszczać kraj, a w skrajnych przypadkach nawet miasta bez odpowiednich dokumentów. Takie papiery dostawali oczywiście najbardziej lojalni obywatele - politycy, wojsko, wpływowi handlarze i kapłani - więc na czas wojny prawie każdy stawał się niewolnikiem swego państwa i nikt z tych osób nie miał zamiaru się na to godzić.
Okolice zachodniej bramy Hilys już od dłuższego były oblegane przez tłumy ludzi jakoż dostali wezwanie do armii. Kilka wojen sprawiło, że z powodu braku mężczyzn do armii byli wcielani także kobiety i starcy, w skrajnych przypadkach nawet i dzieci, którym przydzielano zwykle udział w zapleczu logistycznym. Ludzie pełni obaw o swoją przyszłość wytężali umysły jak oszukać komisję poborową. Starcy stawiali na chorobę, na brak słuchu i niedołęgę. Kobiety przychodzły z dziećmi mając nadzieje, że komisja okaże im współczucia. Inne z kolei problemów nie miały, gdy okazywały się brzemienne. Wyjątkową sytuację prezentowały dzieci, bo które dostać się chciało te było odrzucane, zwykle z powodu zbyt niskiego wieku. Najgorzej oczywiście mieli młodzi mężczyźni, choćby ręki nie mieli i słabo widzieli, choćby problemy z umysłem się pojawiły, wcielano każdego. Najmniej skuteczni w walce z mrocznymi elfami zawsze byli wykorzystywani jako przynęty, toteż Ci najbardziej chcieli uniknąć poboru. Jednym z nich był nie jaki Alfrid Deunfrod, nie mający jednej ręki weteran wojenny z pierwszej wojny o granice wschodnie. Osoba ta charyzmatyczna i wielce nienawidząca imperium w przydrożnej tawernie „Lisi chód”, jakieś 200 metrów od bram założył własny sztab zbierających wszystkich chętnych, którym nie widzi się wojna i chcących od niej uciec. Alfrid zwerbował już sporą rzeszę uciekinierów jednak chciał poczekać do zmroku by nie wzbudzać podejrzeń wśród okolicznej straży. W tym czasie nadchodzili kolejni.
Drzwi do tawerny otworzyły się, a do środka wszedł jeden z młodziaków. Na głowie miał czapkę z ogonem zrobioną ze skóry jakiegoś zwierza. Nie był to lis. Bardziej coś na kształt wiewiórki lub skrolla.
Był wysoki i nieskąpo ubrany. Największe wrażenie sprawiały buty. Wykonane z najlepszej jakości skóry pochodzącej jak mogłoby się wydawać z trolla, gdyż były koloru zielonego. Na plecach miał łuk, a w nogawce sporej długości nóż.
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej podszedł do gospodarza, w pobliżu którego przebywał Alfrid Deunfrod.
- Chytre lisy do lasu uciekają
- Myśliwego gońca się boją – odparł Alfrid
- Już nie muszą, sidła zdjęte – odrzekł młodziak
Alfrid wyjął kawałek papieru, jakaś osoba podała mu coś do pisania w ten ryknął już całkiem innym zmienionym głosem
- Imię, wiek i miejsce zamieszkania?
Nieznajomy przez chwile zastanawiał się, po co komu informacja o miejscowość, nie chciał wyjawiać prawdy i bez zastanowienia powiedział:
- Ralph z Hilys, lat 24
- Dobrze. Dziś w nocy wyruszamy, więc usiądź gdzieś i się nie oddalaj – powiedział patrząc mu się w oczy, po czym szybko zignorował rozmówcę odwracając się w stronę gospodarza
Młodziak odwrócił się i jedynie wolne miejsce jakie zobaczył to stół przy którym siedziała kobieta. Zmierzył w tamtym kierunku, lecz po chwili okazało się, że jedno z miejsc zostało zajęte przez jakiegoś mężczyznę. Kątem oka spoglądnął w prawo i zobaczył jak jedna z osób zmierza w tym samym kierunku. Ralph przyśpieszył na wszelki wypadek. Złapał za stołek i natychmiast usiadł. Osoba zatrzymała się, a po chwili poszła dalej. Ralph z uśmiechem na twarzy zwrócił się do siedzących przy stole dość cichym,
- Jestem Raplh ale mówią na mnie również wiewiór. Wy też uciekacie?
Kolejny konflikt z mrocznymi elfami nie dziwił już nikogo. Parę lat wojny, parę lat pokoju, potem znowu wojna, i znowu pokój. Ludzie nie tyle zdziwieni tym faktem co już zdenerwowani wiedzieli, że najlepszym wyjściem jest ucieczka od tej chorej sytuacji. Jakkolwiek byłoby to możliwe w innych państwach tak w Imperium jest to zakazane, albowiem Dekret Imperatora zabrania wszystkim nieupoważnionym opuszczać kraj, a w skrajnych przypadkach nawet miasta bez odpowiednich dokumentów. Takie papiery dostawali oczywiście najbardziej lojalni obywatele - politycy, wojsko, wpływowi handlarze i kapłani - więc na czas wojny prawie każdy stawał się niewolnikiem swego państwa i nikt z tych osób nie miał zamiaru się na to godzić.
Okolice zachodniej bramy Hilys już od dłuższego były oblegane przez tłumy ludzi jakoż dostali wezwanie do armii. Kilka wojen sprawiło, że z powodu braku mężczyzn do armii byli wcielani także kobiety i starcy, w skrajnych przypadkach nawet i dzieci, którym przydzielano zwykle udział w zapleczu logistycznym. Ludzie pełni obaw o swoją przyszłość wytężali umysły jak oszukać komisję poborową. Starcy stawiali na chorobę, na brak słuchu i niedołęgę. Kobiety przychodzły z dziećmi mając nadzieje, że komisja okaże im współczucia. Inne z kolei problemów nie miały, gdy okazywały się brzemienne. Wyjątkową sytuację prezentowały dzieci, bo które dostać się chciało te było odrzucane, zwykle z powodu zbyt niskiego wieku. Najgorzej oczywiście mieli młodzi mężczyźni, choćby ręki nie mieli i słabo widzieli, choćby problemy z umysłem się pojawiły, wcielano każdego. Najmniej skuteczni w walce z mrocznymi elfami zawsze byli wykorzystywani jako przynęty, toteż Ci najbardziej chcieli uniknąć poboru. Jednym z nich był nie jaki Alfrid Deunfrod, nie mający jednej ręki weteran wojenny z pierwszej wojny o granice wschodnie. Osoba ta charyzmatyczna i wielce nienawidząca imperium w przydrożnej tawernie „Lisi chód”, jakieś 200 metrów od bram założył własny sztab zbierających wszystkich chętnych, którym nie widzi się wojna i chcących od niej uciec. Alfrid zwerbował już sporą rzeszę uciekinierów jednak chciał poczekać do zmroku by nie wzbudzać podejrzeń wśród okolicznej straży. W tym czasie nadchodzili kolejni.
Drzwi do tawerny otworzyły się, a do środka wszedł jeden z młodziaków. Na głowie miał czapkę z ogonem zrobioną ze skóry jakiegoś zwierza. Nie był to lis. Bardziej coś na kształt wiewiórki lub skrolla.
Był wysoki i nieskąpo ubrany. Największe wrażenie sprawiały buty. Wykonane z najlepszej jakości skóry pochodzącej jak mogłoby się wydawać z trolla, gdyż były koloru zielonego. Na plecach miał łuk, a w nogawce sporej długości nóż.
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej podszedł do gospodarza, w pobliżu którego przebywał Alfrid Deunfrod.
- Chytre lisy do lasu uciekają
- Myśliwego gońca się boją – odparł Alfrid
- Już nie muszą, sidła zdjęte – odrzekł młodziak
Alfrid wyjął kawałek papieru, jakaś osoba podała mu coś do pisania w ten ryknął już całkiem innym zmienionym głosem
- Imię, wiek i miejsce zamieszkania?
Nieznajomy przez chwile zastanawiał się, po co komu informacja o miejscowość, nie chciał wyjawiać prawdy i bez zastanowienia powiedział:
- Ralph z Hilys, lat 24
- Dobrze. Dziś w nocy wyruszamy, więc usiądź gdzieś i się nie oddalaj – powiedział patrząc mu się w oczy, po czym szybko zignorował rozmówcę odwracając się w stronę gospodarza
Młodziak odwrócił się i jedynie wolne miejsce jakie zobaczył to stół przy którym siedziała kobieta. Zmierzył w tamtym kierunku, lecz po chwili okazało się, że jedno z miejsc zostało zajęte przez jakiegoś mężczyznę. Kątem oka spoglądnął w prawo i zobaczył jak jedna z osób zmierza w tym samym kierunku. Ralph przyśpieszył na wszelki wypadek. Złapał za stołek i natychmiast usiadł. Osoba zatrzymała się, a po chwili poszła dalej. Ralph z uśmiechem na twarzy zwrócił się do siedzących przy stole dość cichym,
- Jestem Raplh ale mówią na mnie również wiewiór. Wy też uciekacie?
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Feliks starał się nie rzucać w oczy. Bycie półelfem w momencie walki całego świata z eflami (może i mrocznymi, ale wielu ich jakoś nie potrafi odróżnić od innych elfów) nie jest łatwe. Nie dość, że wszyscy traktują cię jak wroga, to połowa uważa jako jeśli nie benkarta, to po prostu mieszańca. Najdziwniejsi pod tym względem są chyba krasnoludowie. Stanie taki z toporem przygotowanym do ataku i krzyczy: "To zdecyduj się! Jesteś człowiekiem czy elfem?" I co takiemu odpowiedzieć?
A teraz jeszcze ten pobór. Feliks nie był jeszcze w wieku poborowym, który u półelfów wypada jakoś dziwnie, w zależności, kto dowodzi poborem, ale teraz to nie miało żadnego znaczenia. A Feliks nie chciał trafić do wojska. Był asystentem zielarza. Znał się na ziołach, prostych eliksirach, okładach i naparach. Na pewno nie chciał latać po lesie w zbroi z mieczem w nadziei, że żadna drowia strzała nie przestrzeli mu gardła.
Feliks miał jeszcze jeden powód, by z niechęcią patrzeć na pobór. Ogólnie rzecz biorąc był heretykiem. Co prawda wierzył i oddawał cześć czterem bogom, które uznawało całe Imperium, lecz dla niego panteon zamieszkiwała jeszcze jedna kobieta: Joana. W niej pokładał nadzieje w sprawach najbardziej beznadziejnych, do niej składał najbardziej skryte i najgorliwsze prośby i modlitwy. Wiedział jednak, że Inkwizycja nie podziela tego zdania. A Inkwizycja zawsze miała rację i zabijała każdego, kto śmiał w to wątpić.
Dlatego też bardzo nieufnie spojrzał na osobnika w zieleni, który z pełną otwartością stwierdził, ze ucieka z miasta. Co prawda każdy w tej gospodzie uciekał, ale nie dawało to podstaw do takich oficjalnych wypowiedzi. Większość ludzi nie znała się tu, mimo, ze pochodzili z jednego miasta. Nikt nikomu nie ufa, a ten tu przychodzi i wprost przyznaje się do czegoś, co może go wepchnąć wprost pomiędzy pień a katowski topór. Feliks, który cały czas był poniewierany ze względu na rasę i religię, wyznawał raczej zasadę, że "jedynie ghule lubią otwartych ludzi". Do tego ten młodzieniaszek przyszedł cały w zieleni. Co prawda elfy nawykły do tego kolory, ale każdego, kto poznał smak herezji raził ten kolor widziany w najgorszych koszmarach.
Dlatego też jego dłoń spoczęła w sposób niewidoczny dla zwykłego człowieka na zielarskim sierpie, jaki miał przy sobie, a cichy głos odpowiedział jedynie:
- Być może. Jestem Feliks i odpoczywam jedynie od zbierania ziół dla mojego mistrza.
A teraz jeszcze ten pobór. Feliks nie był jeszcze w wieku poborowym, który u półelfów wypada jakoś dziwnie, w zależności, kto dowodzi poborem, ale teraz to nie miało żadnego znaczenia. A Feliks nie chciał trafić do wojska. Był asystentem zielarza. Znał się na ziołach, prostych eliksirach, okładach i naparach. Na pewno nie chciał latać po lesie w zbroi z mieczem w nadziei, że żadna drowia strzała nie przestrzeli mu gardła.
Feliks miał jeszcze jeden powód, by z niechęcią patrzeć na pobór. Ogólnie rzecz biorąc był heretykiem. Co prawda wierzył i oddawał cześć czterem bogom, które uznawało całe Imperium, lecz dla niego panteon zamieszkiwała jeszcze jedna kobieta: Joana. W niej pokładał nadzieje w sprawach najbardziej beznadziejnych, do niej składał najbardziej skryte i najgorliwsze prośby i modlitwy. Wiedział jednak, że Inkwizycja nie podziela tego zdania. A Inkwizycja zawsze miała rację i zabijała każdego, kto śmiał w to wątpić.
Dlatego też bardzo nieufnie spojrzał na osobnika w zieleni, który z pełną otwartością stwierdził, ze ucieka z miasta. Co prawda każdy w tej gospodzie uciekał, ale nie dawało to podstaw do takich oficjalnych wypowiedzi. Większość ludzi nie znała się tu, mimo, ze pochodzili z jednego miasta. Nikt nikomu nie ufa, a ten tu przychodzi i wprost przyznaje się do czegoś, co może go wepchnąć wprost pomiędzy pień a katowski topór. Feliks, który cały czas był poniewierany ze względu na rasę i religię, wyznawał raczej zasadę, że "jedynie ghule lubią otwartych ludzi". Do tego ten młodzieniaszek przyszedł cały w zieleni. Co prawda elfy nawykły do tego kolory, ale każdego, kto poznał smak herezji raził ten kolor widziany w najgorszych koszmarach.
Dlatego też jego dłoń spoczęła w sposób niewidoczny dla zwykłego człowieka na zielarskim sierpie, jaki miał przy sobie, a cichy głos odpowiedział jedynie:
- Być może. Jestem Feliks i odpoczywam jedynie od zbierania ziół dla mojego mistrza.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Aislinn dopiero teraz ocknęła się z zamyślenia. Bacznie obserwowała przybyłego mężczyznę z czymś śmiesznym na głowie. Przez chwilę zastanawiała się nad tym czy owe coś przypadkiem nie ożyje i nie zacznie biegać po całej tawernie. Mimo tego zwierzo-kapelusza wyglądał dość przyjaźnie. Bardzo zdziwiła ją więc odpowiedzieć drugiego mężczyzny, który przysiadł się do niej nieco wcześniej. Uśmiechnęła się pod nosem.
-No, a ja po prostu przyszłam napić się miodu – zaśmiała się dość ironicznie, lecz szybko odchrząknęła widząc, iż żart nie spotkał się z aprobatą pół-elfa. Zapanowała niezręczna cisza, więc szybko dodała:
-Jestem Aislinn, albo po prostu Aiss.
-Miło poznać, więc przyszłaś napić się miodu? To bardzo interesujące – rzucił Ralph z lekkim uśmiechem, chcąc załagodzić sytuację. Aiss zaczerwieniła się, ale nawet Feliks teraz się uśmiechał, przez co dał jej do zrozumienia, iż nie czuje urazy. Sytuacja nieco się rozluźniła, jeżeli w tym czasie można mówić o jakimkolwiek … rozluźnieniu sytuacji. Każdy tylko kombinował jak uniknąć wojny z własnym udziałem. Nic dziwnego, więc, że niektórzy tracili zaufanie nawet do swoich bliskich. Często zdarzały się sytuacje, kiedy brat „sprzedawał” brata w zamian za własne bezpieczeństwo. Chociaż jak później się okazywało i jego dosięgała ręka władzy. Więc jemu samemu zostawała tylko plama na honorze i modlitwa o to, aby nikt się o tej plamie nie dowiedział. Zdrajca podlegał zupełnie innemu prawu. Nawet władza wolała wydać zdrajcę ludziom. Dobrze wiedzieli, iż samosąd będzie dla niego o wiele gorszy niż jakiekolwiek więzienie. Ludzie zdrajców mieli za nic. Co dopiero mroczne elfy, istoty z natury złe i wrogo nastawione do świata. Dodatkowy problem z mrocznymi elfami polegał na tym, iż każdy, kto kiedykolwiek został okrzyknięty zdrajcą zostanie nim na wieki, jego rodzina, potomkowie, ród, a nawet rasa. Szczególnymi „względami” mroczne elfy darzyły Marionów. Była to rasa dość neutralna, zamieszkująca wybrzeża mórz i oceanów. Była, gdyż dziś spotkać Mariona to rzadkość, do czego przyczyniły się mroczne elfy. Z pozoru byli to zwykli ludzie. Charakteryzowała ich smukła sylwetka, ciemne włosy i przejrzyste oczy. Podobno odbijały się w nich bezkresne wody o różnych odcieniach błękitu. Dodatkowo każdy Marion rodził się z charakterystycznym znamieniem na wewnętrznej stronie dłoni. Żyli w odosobnieniu, w niewielkich społecznościach, zdając się na łaskę morza. Niektórzy uważali, iż posiadają niezwykłe moce, pozwalające im władać wodami, gdzie ukrywali skradzione skarby. Była to oczywiście nieprawda, ale kogoś trzeba było nazwać złodziejem, najlepiej odmieńca. Początkowo Marioni jako jedyni nie byli atakowani przez mroczne elfy, gdyż ci nie mieli by z tego żadnych korzyści. Do czasu. Mroczne elfy czuły pewną solidarność z Marionami. Ale później mimo tej solidarności, zaczęli traktować ich tak, jak o nich mówiono. Miano złodzieja coraz częściej było kojarzone z Marionem, nawet, a może szczególnie wśród mrocznych elfów. Było to tak dawno, iż nie każdy potrafi dziś dokładnie opowiedzieć tamtejszego biegu wydarzeń. Nikt nie wie, kto ukradł i co ukradł. Wszyscy wiedzą, że to coś należało do mrocznych elfów i było dla nich nad wyraz cenne. Cała wina oczywiście spadła na przypadkowego Mariona, na jego rodzinę, potomków, cały ród i w końcu na całą rasę. Od tej pory mroczne elfy gardzą Marionami, uważają ich za plugawy odpad morza. Przez lata, mordowali i dręczyli nieszczęsnych mieszkańców wybrzeży. To był wystarczający powód dla Aislinn aby unikać kontaktu z ówczesnym wrogiem. Jako jedna z nielicznych już, była właśnie Marionką. Rodzice oddali ją, kiedy była niemowlęciem. Mieli nadzieję, iż jeżeli wychowa ją zwykła kobieta, będzie miała szanse na bardziej normalne życie. Mimo starań kobiety ludzie zaczęli nabierać podejrzeń, co do pochodzenia Aislinn. Pewnego dnia po prostu uciekła nie chcąc narażać swojej przyszywanej matki na obelgi i niedomówienia. Odtąd musiała radzić sobie sama. Udawać kogoś, kim nie jest. Co jakiś czas przemywała włosy w naparze z ziół, aby nieco je rozjaśnić. Dłoń ze znamieniem obwijała białym bandażem, a kolor oczu tłumaczyła wymyśloną chorobą. To był jedyny sposób by traktowano ją jak zwykłego człowieka. Dzisiaj jedyną szansą na przetrwanie była ucieczka.
-Czy wiecie coś więcej o ucieczce? Przewidziany jest jakiś plan? – zapytała dziewczyna, lecz obaj mężczyźni zaprzeczyli tylko głowami.
-Myślę, że plan kończy się na przedostaniu nas poza granice. Dalej każdy radzi sobie sam – dodał Ralph.
Po tych słowach zamilkli, uświadamiając sobie, iż wieczór zbliża się nieubłaganie. Każdy z nich myślał teraz co będzie poza granicami Imperium, jeżeli w ogóle uda im się przedostać. Mimo wszystko pamiętali jednak, że jest to jedyna szansa i że muszą wykorzystać ją jak najlepiej.
-No, a ja po prostu przyszłam napić się miodu – zaśmiała się dość ironicznie, lecz szybko odchrząknęła widząc, iż żart nie spotkał się z aprobatą pół-elfa. Zapanowała niezręczna cisza, więc szybko dodała:
-Jestem Aislinn, albo po prostu Aiss.
-Miło poznać, więc przyszłaś napić się miodu? To bardzo interesujące – rzucił Ralph z lekkim uśmiechem, chcąc załagodzić sytuację. Aiss zaczerwieniła się, ale nawet Feliks teraz się uśmiechał, przez co dał jej do zrozumienia, iż nie czuje urazy. Sytuacja nieco się rozluźniła, jeżeli w tym czasie można mówić o jakimkolwiek … rozluźnieniu sytuacji. Każdy tylko kombinował jak uniknąć wojny z własnym udziałem. Nic dziwnego, więc, że niektórzy tracili zaufanie nawet do swoich bliskich. Często zdarzały się sytuacje, kiedy brat „sprzedawał” brata w zamian za własne bezpieczeństwo. Chociaż jak później się okazywało i jego dosięgała ręka władzy. Więc jemu samemu zostawała tylko plama na honorze i modlitwa o to, aby nikt się o tej plamie nie dowiedział. Zdrajca podlegał zupełnie innemu prawu. Nawet władza wolała wydać zdrajcę ludziom. Dobrze wiedzieli, iż samosąd będzie dla niego o wiele gorszy niż jakiekolwiek więzienie. Ludzie zdrajców mieli za nic. Co dopiero mroczne elfy, istoty z natury złe i wrogo nastawione do świata. Dodatkowy problem z mrocznymi elfami polegał na tym, iż każdy, kto kiedykolwiek został okrzyknięty zdrajcą zostanie nim na wieki, jego rodzina, potomkowie, ród, a nawet rasa. Szczególnymi „względami” mroczne elfy darzyły Marionów. Była to rasa dość neutralna, zamieszkująca wybrzeża mórz i oceanów. Była, gdyż dziś spotkać Mariona to rzadkość, do czego przyczyniły się mroczne elfy. Z pozoru byli to zwykli ludzie. Charakteryzowała ich smukła sylwetka, ciemne włosy i przejrzyste oczy. Podobno odbijały się w nich bezkresne wody o różnych odcieniach błękitu. Dodatkowo każdy Marion rodził się z charakterystycznym znamieniem na wewnętrznej stronie dłoni. Żyli w odosobnieniu, w niewielkich społecznościach, zdając się na łaskę morza. Niektórzy uważali, iż posiadają niezwykłe moce, pozwalające im władać wodami, gdzie ukrywali skradzione skarby. Była to oczywiście nieprawda, ale kogoś trzeba było nazwać złodziejem, najlepiej odmieńca. Początkowo Marioni jako jedyni nie byli atakowani przez mroczne elfy, gdyż ci nie mieli by z tego żadnych korzyści. Do czasu. Mroczne elfy czuły pewną solidarność z Marionami. Ale później mimo tej solidarności, zaczęli traktować ich tak, jak o nich mówiono. Miano złodzieja coraz częściej było kojarzone z Marionem, nawet, a może szczególnie wśród mrocznych elfów. Było to tak dawno, iż nie każdy potrafi dziś dokładnie opowiedzieć tamtejszego biegu wydarzeń. Nikt nie wie, kto ukradł i co ukradł. Wszyscy wiedzą, że to coś należało do mrocznych elfów i było dla nich nad wyraz cenne. Cała wina oczywiście spadła na przypadkowego Mariona, na jego rodzinę, potomków, cały ród i w końcu na całą rasę. Od tej pory mroczne elfy gardzą Marionami, uważają ich za plugawy odpad morza. Przez lata, mordowali i dręczyli nieszczęsnych mieszkańców wybrzeży. To był wystarczający powód dla Aislinn aby unikać kontaktu z ówczesnym wrogiem. Jako jedna z nielicznych już, była właśnie Marionką. Rodzice oddali ją, kiedy była niemowlęciem. Mieli nadzieję, iż jeżeli wychowa ją zwykła kobieta, będzie miała szanse na bardziej normalne życie. Mimo starań kobiety ludzie zaczęli nabierać podejrzeń, co do pochodzenia Aislinn. Pewnego dnia po prostu uciekła nie chcąc narażać swojej przyszywanej matki na obelgi i niedomówienia. Odtąd musiała radzić sobie sama. Udawać kogoś, kim nie jest. Co jakiś czas przemywała włosy w naparze z ziół, aby nieco je rozjaśnić. Dłoń ze znamieniem obwijała białym bandażem, a kolor oczu tłumaczyła wymyśloną chorobą. To był jedyny sposób by traktowano ją jak zwykłego człowieka. Dzisiaj jedyną szansą na przetrwanie była ucieczka.
-Czy wiecie coś więcej o ucieczce? Przewidziany jest jakiś plan? – zapytała dziewczyna, lecz obaj mężczyźni zaprzeczyli tylko głowami.
-Myślę, że plan kończy się na przedostaniu nas poza granice. Dalej każdy radzi sobie sam – dodał Ralph.
Po tych słowach zamilkli, uświadamiając sobie, iż wieczór zbliża się nieubłaganie. Każdy z nich myślał teraz co będzie poza granicami Imperium, jeżeli w ogóle uda im się przedostać. Mimo wszystko pamiętali jednak, że jest to jedyna szansa i że muszą wykorzystać ją jak najlepiej.
- Aislinn
- Posty: 9
- Dołączył(a): 2009-02-16 10:33
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Tak myślał każdy... No może za wyjątkiem wiewióra, któremu nieobce były podróże to tu to tam po dzikich terenach. Dlatego zamiast się zastanawiać wolał poszukać jakiejś zabawy. W zasadzie nie mógł się ruszyć z miejsca z powodu licznej "klientei" tawerny, a i też nie uśmiechało mu się oddawać stołka na którym siedział w myśl zasady "Jak nie musisz iść to usiądź, jak możesz to się połóż". Położyć się nie mógł ale mógł jakoś się rozerwać oczekując na wymarsz w nieznane. Taką rozrywką dla niego było wybieranie sobie ludzi i nadawanie im imion jakie najbardziej by im pasowały. Imion lub przydomków, bo niektórzy wyglądali tak jakby się nie nazywali. Nawet po dłuższym czasie zabawa ta w ogóle go nie nudziła. W końcu parsknął śmiechem co spowodowało wyrwanie się z myśli siędzącej obok Aiss. Spojrzała na Ralpha pytającymi oczyma.
- Z czego tak się śmiejiesz?
Wiewiór wzruszył ramionami i jakby nigdy nic odpowiedział
- A nic, śmieje się z ludzi
- Śmiejesz się? - oburzyła się trochę dziewczyna
- Znaczy, eee... nie... nie w tym sensie... znaczy... no... Taka zabawa po prostu. Wymyślam sobie imiona ludziom na podstawie ich wyglądu.
Dla Ais, zabrzmiało to dość dwuznacznie co dała do zrozumienia po wyrazie twarzy.
- No na przykład popatrz tam na tego siedzącego gościa...
Człowiek ów wskazany nie wyglądał na uciekiniera, raczej był stałym bywalcem tegoż miejsca. Jego skulona głowa i chwiejna postura ciała od razu wskazywała, że nie jeden kufel wspaniałego trunku został wlany mu do gardła. W zasadzie człowiek ten nie byłby interesujący gdyby nikt nie zainteresował się jego spodniami, które nosił nasobie, a także workiem co leżał na ziemi tuż pod miejscem na którym siedział.
... poznajesz? To Moczywór.
Aislinn chwilę zastanawiała się dlaczego takie imię zostało mu nadane, jednak nie trwało to długo gdy spostrzegła ruch kropel opadających z nogawki. Wybuchła cichym śmiechem i Ralphowi zrobiło się nieco lżej. Półelf, wydawałby się być nieco wzruszony tą sytuacją. Nie wiedział bowiem co jest bardziej żenujące. Ci szczeniacy z którymi siedzi, czy może ten gość o którym rozmawiają. Nie dał sobie jednak pokazać swoich myśli i udał, że nie był tym zainteresowany.
W końcu na przejrzystym niebie pojawił się księżyc i zauważyli to wszyscy. Jakiś mężczyzna podniósł się z krzesła i stanął na okrągły stół waląc przy tym w gliniany garnek drewnianą łychą, prosząc tym samym o ciszę.
- Zgromadzeni obywatele miasta! - rozpoczął Alfrid - Zebraliśmy się tu, by wyrwać się z okowów pospolitego ruszenia i wziąć życie we własne ręce. Przybyliście tutaj by poczuć się wolni i niezależni. Tego pragnę i ja. Dlatego też by zagwarantować wam bezpieczeństwo ogłasza się co następuje...
Tak zwany regulamin uciekiniera nie był długi, nie był też wielce rozbudowany. Obejmował on założenia formalne, czyli do kogo się zgłosić jeżeli ma się problem, także to jaki ekwipunek powinien posiadać uciekinier i również co należy robić w sytuacjach krytycznych, gdyby na drodze lub w pobliżu pojawiło się coś nieoczekiwanego jak np. Patrol wojskowy lub komando elfów z Taur-im-Duinath. Plan podróży nie został przedstawiony, ogłoszony jedynie został tylko pierwszy kierunek ucieczki - Północ. Jeżeli komuś wydało się to dziwne to nie miał teraz ochoty na to by pokazać swoje przeciwwskazania do tego kierunku. Wszyscy byli na tyle znudzeni, że chcieli w końcu wyruszyć.
Mozolnym krokiem ludzie zaczęli wysypywać się z tawerny. W końcu wyszedł Ralph, zaraz za nim Aislinn, a gdzieś po trzech następnych osobach Feliks.
- Z czego tak się śmiejiesz?
Wiewiór wzruszył ramionami i jakby nigdy nic odpowiedział
- A nic, śmieje się z ludzi
- Śmiejesz się? - oburzyła się trochę dziewczyna
- Znaczy, eee... nie... nie w tym sensie... znaczy... no... Taka zabawa po prostu. Wymyślam sobie imiona ludziom na podstawie ich wyglądu.
Dla Ais, zabrzmiało to dość dwuznacznie co dała do zrozumienia po wyrazie twarzy.
- No na przykład popatrz tam na tego siedzącego gościa...
Człowiek ów wskazany nie wyglądał na uciekiniera, raczej był stałym bywalcem tegoż miejsca. Jego skulona głowa i chwiejna postura ciała od razu wskazywała, że nie jeden kufel wspaniałego trunku został wlany mu do gardła. W zasadzie człowiek ten nie byłby interesujący gdyby nikt nie zainteresował się jego spodniami, które nosił nasobie, a także workiem co leżał na ziemi tuż pod miejscem na którym siedział.
... poznajesz? To Moczywór.
Aislinn chwilę zastanawiała się dlaczego takie imię zostało mu nadane, jednak nie trwało to długo gdy spostrzegła ruch kropel opadających z nogawki. Wybuchła cichym śmiechem i Ralphowi zrobiło się nieco lżej. Półelf, wydawałby się być nieco wzruszony tą sytuacją. Nie wiedział bowiem co jest bardziej żenujące. Ci szczeniacy z którymi siedzi, czy może ten gość o którym rozmawiają. Nie dał sobie jednak pokazać swoich myśli i udał, że nie był tym zainteresowany.
W końcu na przejrzystym niebie pojawił się księżyc i zauważyli to wszyscy. Jakiś mężczyzna podniósł się z krzesła i stanął na okrągły stół waląc przy tym w gliniany garnek drewnianą łychą, prosząc tym samym o ciszę.
- Zgromadzeni obywatele miasta! - rozpoczął Alfrid - Zebraliśmy się tu, by wyrwać się z okowów pospolitego ruszenia i wziąć życie we własne ręce. Przybyliście tutaj by poczuć się wolni i niezależni. Tego pragnę i ja. Dlatego też by zagwarantować wam bezpieczeństwo ogłasza się co następuje...
Tak zwany regulamin uciekiniera nie był długi, nie był też wielce rozbudowany. Obejmował on założenia formalne, czyli do kogo się zgłosić jeżeli ma się problem, także to jaki ekwipunek powinien posiadać uciekinier i również co należy robić w sytuacjach krytycznych, gdyby na drodze lub w pobliżu pojawiło się coś nieoczekiwanego jak np. Patrol wojskowy lub komando elfów z Taur-im-Duinath. Plan podróży nie został przedstawiony, ogłoszony jedynie został tylko pierwszy kierunek ucieczki - Północ. Jeżeli komuś wydało się to dziwne to nie miał teraz ochoty na to by pokazać swoje przeciwwskazania do tego kierunku. Wszyscy byli na tyle znudzeni, że chcieli w końcu wyruszyć.
Mozolnym krokiem ludzie zaczęli wysypywać się z tawerny. W końcu wyszedł Ralph, zaraz za nim Aislinn, a gdzieś po trzech następnych osobach Feliks.
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Atmosfera się rozluźniła. Feliks zauważył, że Aislinn nie należała do rasy ludzkiej. Nie wiedział, do jakiej należała, ale to nie miało znaczenia. Ważne, że stawiał ją bliżej inkwizytorskiego stosu niż półelfa. A skoro ona zaufała temu młodzieniaszkowi, to czemu on nie miał? Przynajmniej na tyle, by wspólna droga minęła w miarę miło.
A wspólna droga rozpoczęła się bardzo spokojnie. Hilys otoczone było murami miejskimi, ale z braku ludzi brama północna nie była obsadzona. A może ktoś zapłacił za to, by nikt nie zakłócił wymarszu uciekinierom? To już było nieważne. Najważniejsze, że znajdowali się poza miastem. Kierunek ich marszu nieco niepokoił Feliksa. Co prawda nie znał się na geografii, ale wychodząc z miasta zauważył drogowskaz wskazujący Vackell. Czy było mądrym uciekać z jednego miasta do drugiego? Większego... Ba, stolicy... Nikt jednak nie kwestionował decyzji Alfrida, a lata ukrywania się przez Inkwizycją nauczyły młodego półelfa nie wychodzić przed szereg. W każdej chwili mógł się odłączyć. Powtarzał to sobie w myślach, ale wcale go to pocieszało. Wtedy spojrzał na Aislinn i Ralpha. Ci spokojnie rozmawiali, alby szli na wycieczkę. To nieco uspokoiło Feliksa. W końcu, pomyślał, co się może stać?
Na początku pochodu zrobiło się zamieszanie. Cichy szmer przeszedł przez tłum.
- Elfy - powtarzali ludzie między sobą - elfy.
Feliks aż się zagotował. Jakie elfy? Między mrocznymi elfami a zwykłym półelfem takim jak on jest spora różnica. Wysunął się nieco na bok w nadziei, że jego wrodzony sokoli wzrok wyjaśni choć trochę to zamieszanie. Prócz coraz bardziej rozłażącego się tłumu nie dostrzegł nic. To by było chyba na tyle jeśli chodzi o regulamin uciekiniera. Wrócił do stojących ludzi.
A wspólna droga rozpoczęła się bardzo spokojnie. Hilys otoczone było murami miejskimi, ale z braku ludzi brama północna nie była obsadzona. A może ktoś zapłacił za to, by nikt nie zakłócił wymarszu uciekinierom? To już było nieważne. Najważniejsze, że znajdowali się poza miastem. Kierunek ich marszu nieco niepokoił Feliksa. Co prawda nie znał się na geografii, ale wychodząc z miasta zauważył drogowskaz wskazujący Vackell. Czy było mądrym uciekać z jednego miasta do drugiego? Większego... Ba, stolicy... Nikt jednak nie kwestionował decyzji Alfrida, a lata ukrywania się przez Inkwizycją nauczyły młodego półelfa nie wychodzić przed szereg. W każdej chwili mógł się odłączyć. Powtarzał to sobie w myślach, ale wcale go to pocieszało. Wtedy spojrzał na Aislinn i Ralpha. Ci spokojnie rozmawiali, alby szli na wycieczkę. To nieco uspokoiło Feliksa. W końcu, pomyślał, co się może stać?
Na początku pochodu zrobiło się zamieszanie. Cichy szmer przeszedł przez tłum.
- Elfy - powtarzali ludzie między sobą - elfy.
Feliks aż się zagotował. Jakie elfy? Między mrocznymi elfami a zwykłym półelfem takim jak on jest spora różnica. Wysunął się nieco na bok w nadziei, że jego wrodzony sokoli wzrok wyjaśni choć trochę to zamieszanie. Prócz coraz bardziej rozłażącego się tłumu nie dostrzegł nic. To by było chyba na tyle jeśli chodzi o regulamin uciekiniera. Wrócił do stojących ludzi.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Pojawił się chaos. Ludzie w przerażeniu odkładali myślenie na bok. Zaczęli głupieć i wariować. Dłuższa chwila minęła zanim Alfrid zdążył opanować swoje stado, a było to ponad 80 ludzi. Dotychczasowa podróż przebiegała w raczej dosyć cichym poruszaniu się ze względu na noc i klimat jaki jest jej przyporządkowany. Przywódca jednak nie bardzo wczuł się w nastrój i niezważając na to czy ktoś ich zlokalizuje czy wykryje zaczął głośno wykrzykiwać by w ten sposób tłum uspokoić. Z początku nie przynosiło to rezultatów lecz po pewnym czasie wszystko ucichło i uciekinierzy ruszyli dalej. Ralph niemalże całkowicie zignorował całą tą sytuację. Ktoś coś krzyczał, ktoś biegał, ktoś się rozglądał. On się tylko zatrzymał i zdjął łuk. Do póki ludzie się nie uspokoili nie poruszył się ani centymetr w przód. Ruszył naprzód dopiero gdy wszystko wróciło do normy, łuku jednak z powrotem na plecy nie założył i nie było to celowe. Po prostu zagadał się. Trzymał go i to napinał to rozluźniał cięciwę bezinteresownie przy tym wydając dźwięki. Niektórzy ludzie idący w pobliżu jego zaczęli zwracać mu uwagę aby tego zaprzestać jeśli nie chce gryźć prochu natury. Wiewiór nie miał nic przeciwko i dopiero teraz założył broń z powrotem na ramię.
Aislinn dopiero teraz zauważyła, coś ciekawego w młodzieńcu. Ralph posiadał łuk, lecz gdzie podziały się jego strzały? Kołczanu żadnego nie widziała, ani na plecach, ani przy pasie. Wydało jej się to dziwne i już chciała szybko zadać mu pytanie ale jednak zrezygnowała w ostatniej chwili uważając, że nie jest to odpowiednie. Nie mniej jednak zaczęło ją to coraz bardziej intrygować toteż coraz mniejszą uwagę zwracała na to w jaki sposób młodzieniec do niej zagadywał, co mówił, co opowiadał. Znowu pogrążyła się w myślach.
Choć było to już bardzo po północy to księżyc nadal był wysoko. W końcu na trakcie, którym się poruszali zaczęły przewijać się poboczem gęstwiny wszelakich roślin. Był to znak, że wkrótce cały pochód wkroczy na leśny teren. Gdy tylko Ralph to zauważył od razu pomyślał o jednej z pozytywnych cech lasu jakim jest kamuflaż. Jak pomyślał tak nie miał dalej wątpliwości, że rankiem raczej nie będą narażeni na spotkanie z patrolującą armią, gdy tylko dobrze wykorzystają to co spotkają na swej drodze...
Innego zdania była większość ludzi, którzy obawiali się bardziej band rozbójników i komand mrocznych elfów niż kogokolwiek innego, albowiem były to jedne z ulubionych ich kryjówek.
Aislinn dopiero teraz zauważyła, coś ciekawego w młodzieńcu. Ralph posiadał łuk, lecz gdzie podziały się jego strzały? Kołczanu żadnego nie widziała, ani na plecach, ani przy pasie. Wydało jej się to dziwne i już chciała szybko zadać mu pytanie ale jednak zrezygnowała w ostatniej chwili uważając, że nie jest to odpowiednie. Nie mniej jednak zaczęło ją to coraz bardziej intrygować toteż coraz mniejszą uwagę zwracała na to w jaki sposób młodzieniec do niej zagadywał, co mówił, co opowiadał. Znowu pogrążyła się w myślach.
Choć było to już bardzo po północy to księżyc nadal był wysoko. W końcu na trakcie, którym się poruszali zaczęły przewijać się poboczem gęstwiny wszelakich roślin. Był to znak, że wkrótce cały pochód wkroczy na leśny teren. Gdy tylko Ralph to zauważył od razu pomyślał o jednej z pozytywnych cech lasu jakim jest kamuflaż. Jak pomyślał tak nie miał dalej wątpliwości, że rankiem raczej nie będą narażeni na spotkanie z patrolującą armią, gdy tylko dobrze wykorzystają to co spotkają na swej drodze...
Innego zdania była większość ludzi, którzy obawiali się bardziej band rozbójników i komand mrocznych elfów niż kogokolwiek innego, albowiem były to jedne z ulubionych ich kryjówek.
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Coraz gęstsza roślinność bardzo podobało się Feliksowi. Budziła się w nim ta jego połówka, która pochodziła od elfów. Jednocześnie dostrzegał coraz więcej użytecznych ziół, które dotąd widywał głównie w pracowni swego mistrza. Było jednak coś niepokojącego. Coś, co nie tylko on odczuwał. Zdecydowanie teren stawał się zbyt przyjazny elfom - mrocznym elfom.
Chwycił sierp zielarski, jaki miał przy sobie. Gdy jego ostrze pojawiło się w świetle księżyca, Feliks dojrzał, że również inni uczestnicy marszu dobyli mieczy. Nieufnie patrzyli na półelfa. Niby był jednym z nich, ale... Wiedział, ze tak będzie. Zawsze tak jest.
Feliks zszedł na chwilę z traktu. Ściął kilka ziół i wrócił na trakt, by dogonić pochód. Dopiero wówczas zaczął układać zdobyte roślinki w podręcznej torbie. Powtarzał ten rytuał, aż wszyscy wokoło przyzwyczaili się do nagiego ostrza sierpa. Część mieczy znów schowała się pod poły płaszczy, część wciąż była gotowa do dobycia, ale ich właściciele bardziej rozglądali się w około niż spoglądali na półelfa.
I w tym momencie znów zrobiło się zamieszanie, tym razem na końcu pochodu. Wszyscy zaczęli przyspieszać poganiani przez tych, którzy byli za nimi.
Chwycił sierp zielarski, jaki miał przy sobie. Gdy jego ostrze pojawiło się w świetle księżyca, Feliks dojrzał, że również inni uczestnicy marszu dobyli mieczy. Nieufnie patrzyli na półelfa. Niby był jednym z nich, ale... Wiedział, ze tak będzie. Zawsze tak jest.
Feliks zszedł na chwilę z traktu. Ściął kilka ziół i wrócił na trakt, by dogonić pochód. Dopiero wówczas zaczął układać zdobyte roślinki w podręcznej torbie. Powtarzał ten rytuał, aż wszyscy wokoło przyzwyczaili się do nagiego ostrza sierpa. Część mieczy znów schowała się pod poły płaszczy, część wciąż była gotowa do dobycia, ale ich właściciele bardziej rozglądali się w około niż spoglądali na półelfa.
I w tym momencie znów zrobiło się zamieszanie, tym razem na końcu pochodu. Wszyscy zaczęli przyspieszać poganiani przez tych, którzy byli za nimi.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
- Tam znowu coś się dzieje – rzuciła Aiss, oglądając się za siebie.
- Ludzie chyba nie wytrzymują napięcia, każdy szelest ich płoszy – odparł Ralph. Była to prawda, większość uciekinierów zbyt bardzo się bała. Wyglądali czasem jak stado bezradnych owiec. Alfrid też pomału zaczął tracić nerwy. Wreszcie zatrzymał całą grupę, by opanować sytuację. Wezwał do siebie trzech mężczyzn, z którymi ustalał cały plan ucieczki jeszcze w karczmie. Alfrid położył swoją jedyną kończynę górną na barku przyjaciela.
- Słuchajcie, tak dłużej być nie może. Za chwilę zaatakują nas bandyci albo całą grupę ogarnie panika! A nie potrzebujemy tu teraz ani jednego ani drugiego.
- Nie jesteśmy w stanie opanować całej grupy – rzekł jeden z mężczyzn.
- Otóż to, grupa jest zbyt liczna, prędzej czy później zostaniemy zauważeni.
- Co proponujesz ?
- Musimy się rozdzielić – szybko odparł przywódca a pozostali mężczyźni popatrzyli na niego jak na obłąkanego.
- Przecież w mniejszej grupie nie będziemy mieli szans na obronę ! – spanikował jeden z nich niemal krzycząc w stronę Alfrida. Ten tylko trzasnął go zdrową ręką po twarzy i zwrócił się do pozostałych.
- Musimy zaryzykować. Podzielimy całą grupę na cztery. Każda grupa będzie kierować się w stronę granicy inną drogą – sięgnął do kieszeni wyciągając z niej parę kolorowych szkiełek – nie będziemy jednak zbyt bardzo się od siebie oddalać – podał każdemu mężczyźnie po jednym szkiełku i wyjaśniał dalej – będziemy porozumiewać się za pomocą tego – wskazał na szkło – po lekkim przetarciu daje niewielki błysk, który widać w ciemności.
- Ale przecież ktoś inny może zobaczyć ten błysk, wtedy szybciej nas zlokalizują.
- Niekoniecznie, wygląda to dość naturalnie, wierzcie mi. Nie raz uratowało mi to życie. Ustalmy więc podstawowy kod – mężczyźni jeszcze na chwile zajęli się rozmową.
Tym czasem Aislinn była już naprawdę zdenerwowana.
- A jeśli to nie strach ? może coś nas śledzi?
- Jeżeli w ogóle to nie coś tylko ktoś – pocieszył ją Ralph, co niezbyt ucieszyło dziewczynę. Obejrzała się za siebie i dostrzegła postać Feliksa. On również się rozglądał, lecz nie wyglądał na spanikowanego. Na trochę jej ulżyło. Nie chodziło o to, że nie potrafiła się bronić… bo umiała. Zawsze była gotowa na taką ewentualność, życie zmuszało ją do tego by potrafiła. Posługiwanie się więc niewielką bronią, którą przy sobie dzierżyła nie sprawiało jej żadnego problemu. Jednak ogólna atmosfera zaczynała się jej udzielać. Wzięła głęboki oddech i spojrzała w kierunku Alfrida, który właśnie ściskał dłonie swoich przyjaciół.
- i pamiętajcie…jeżeli którejś grupie coś się stanie, lub zostanie schwytana, idźcie dalej. Komuś musi się udać! Spotkamy się na granicy Imperium – więcej już nic nie powiedział tylko ruszył w stronę ludzi by szybko i sprawnie ich podzielić. Po chwili i mężczyźni ruszyli za nim, modląc się tylko po cichu, aby wszystko dobrze się skończyło.
- Ludzie chyba nie wytrzymują napięcia, każdy szelest ich płoszy – odparł Ralph. Była to prawda, większość uciekinierów zbyt bardzo się bała. Wyglądali czasem jak stado bezradnych owiec. Alfrid też pomału zaczął tracić nerwy. Wreszcie zatrzymał całą grupę, by opanować sytuację. Wezwał do siebie trzech mężczyzn, z którymi ustalał cały plan ucieczki jeszcze w karczmie. Alfrid położył swoją jedyną kończynę górną na barku przyjaciela.
- Słuchajcie, tak dłużej być nie może. Za chwilę zaatakują nas bandyci albo całą grupę ogarnie panika! A nie potrzebujemy tu teraz ani jednego ani drugiego.
- Nie jesteśmy w stanie opanować całej grupy – rzekł jeden z mężczyzn.
- Otóż to, grupa jest zbyt liczna, prędzej czy później zostaniemy zauważeni.
- Co proponujesz ?
- Musimy się rozdzielić – szybko odparł przywódca a pozostali mężczyźni popatrzyli na niego jak na obłąkanego.
- Przecież w mniejszej grupie nie będziemy mieli szans na obronę ! – spanikował jeden z nich niemal krzycząc w stronę Alfrida. Ten tylko trzasnął go zdrową ręką po twarzy i zwrócił się do pozostałych.
- Musimy zaryzykować. Podzielimy całą grupę na cztery. Każda grupa będzie kierować się w stronę granicy inną drogą – sięgnął do kieszeni wyciągając z niej parę kolorowych szkiełek – nie będziemy jednak zbyt bardzo się od siebie oddalać – podał każdemu mężczyźnie po jednym szkiełku i wyjaśniał dalej – będziemy porozumiewać się za pomocą tego – wskazał na szkło – po lekkim przetarciu daje niewielki błysk, który widać w ciemności.
- Ale przecież ktoś inny może zobaczyć ten błysk, wtedy szybciej nas zlokalizują.
- Niekoniecznie, wygląda to dość naturalnie, wierzcie mi. Nie raz uratowało mi to życie. Ustalmy więc podstawowy kod – mężczyźni jeszcze na chwile zajęli się rozmową.
Tym czasem Aislinn była już naprawdę zdenerwowana.
- A jeśli to nie strach ? może coś nas śledzi?
- Jeżeli w ogóle to nie coś tylko ktoś – pocieszył ją Ralph, co niezbyt ucieszyło dziewczynę. Obejrzała się za siebie i dostrzegła postać Feliksa. On również się rozglądał, lecz nie wyglądał na spanikowanego. Na trochę jej ulżyło. Nie chodziło o to, że nie potrafiła się bronić… bo umiała. Zawsze była gotowa na taką ewentualność, życie zmuszało ją do tego by potrafiła. Posługiwanie się więc niewielką bronią, którą przy sobie dzierżyła nie sprawiało jej żadnego problemu. Jednak ogólna atmosfera zaczynała się jej udzielać. Wzięła głęboki oddech i spojrzała w kierunku Alfrida, który właśnie ściskał dłonie swoich przyjaciół.
- i pamiętajcie…jeżeli którejś grupie coś się stanie, lub zostanie schwytana, idźcie dalej. Komuś musi się udać! Spotkamy się na granicy Imperium – więcej już nic nie powiedział tylko ruszył w stronę ludzi by szybko i sprawnie ich podzielić. Po chwili i mężczyźni ruszyli za nim, modląc się tylko po cichu, aby wszystko dobrze się skończyło.
- Aislinn
- Posty: 9
- Dołączył(a): 2009-02-16 10:33
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Feliks szybko zorientował się, że jego niedawni towarzysze z karczmy poddali się zbiorowemu przerażeniu. Ich strach spotęgowało dodatkowo, że nie dostali się do tej części pochodu, którą dowodził Alfrid.
- Spokojnie - powiedział cicho podchodząc do dwójki towarzyszy - Nikt nas nie śledzi. Raczej bym to zauważył. Poza tym Alfrid wie co robi. Ten gość, który będzie nas teraz prowadził chyba nazywa się Elrik i zdaje się, że zna się z Alfridem od dawna. W każdym razie sporo razem przeżyli. Do tego chyba mają ustalony sposób komunikacji. Nie ma się czym martwić.
Aislinn spojrzała z lekkim niedowierzaniem na półelfa.
- Podsłuchiwałeś ich rozmowę? - spytała w końcu zdziwiona.
- Jestem elfem... no w połowie... w każdym razie mam wyostrzone zmysły. Słyszałem strzępy ich rozmowy. Na pewno nie mamy się czego obawiać. Lepiej ruszajmy.
Cztery grupy pomału i bardzo niechętnie zaczęły się rozdzielać. Zdaje się, że słowa półelfa trafiły nie tylko do dwójki adresatów, gdyż ich grupa wydała się najspokojniej przyjąć decyzję dowódcy pochodu.
Mimo wszystko Feliks nie był spokojny. Starał się to ukryć przed resztą, ale sam przed sobą nie potrafił. Wpatrywał się tylko co pewien czas w daleki horyzont dostrzegalny jedynie dla niego. Tam znad dużo bliższych czubków drzew majaczyły białe strzępy szczytów górskich, które w księżycowym blasku nabierały dodatkowego upiornego wyglądu. Feliks z niepokojem patrzył w tamte strony, gdyś wśród słów, jakie usłyszał ze strony dowódców pochodu padły dwa przerażające dla niego: Ered-Luin.
- Spokojnie - powiedział cicho podchodząc do dwójki towarzyszy - Nikt nas nie śledzi. Raczej bym to zauważył. Poza tym Alfrid wie co robi. Ten gość, który będzie nas teraz prowadził chyba nazywa się Elrik i zdaje się, że zna się z Alfridem od dawna. W każdym razie sporo razem przeżyli. Do tego chyba mają ustalony sposób komunikacji. Nie ma się czym martwić.
Aislinn spojrzała z lekkim niedowierzaniem na półelfa.
- Podsłuchiwałeś ich rozmowę? - spytała w końcu zdziwiona.
- Jestem elfem... no w połowie... w każdym razie mam wyostrzone zmysły. Słyszałem strzępy ich rozmowy. Na pewno nie mamy się czego obawiać. Lepiej ruszajmy.
Cztery grupy pomału i bardzo niechętnie zaczęły się rozdzielać. Zdaje się, że słowa półelfa trafiły nie tylko do dwójki adresatów, gdyż ich grupa wydała się najspokojniej przyjąć decyzję dowódcy pochodu.
Mimo wszystko Feliks nie był spokojny. Starał się to ukryć przed resztą, ale sam przed sobą nie potrafił. Wpatrywał się tylko co pewien czas w daleki horyzont dostrzegalny jedynie dla niego. Tam znad dużo bliższych czubków drzew majaczyły białe strzępy szczytów górskich, które w księżycowym blasku nabierały dodatkowego upiornego wyglądu. Feliks z niepokojem patrzył w tamte strony, gdyś wśród słów, jakie usłyszał ze strony dowódców pochodu padły dwa przerażające dla niego: Ered-Luin.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Ten łańcuch górski północnej krainy imperium miał wiele legend. Począwszy od upiornego maga Belgara, który dawno temu został uśmiercony przechodząc przez zapomniane legowiska trolli i kończąc na ukrytych smokach, które są a nikt ich nie widział. Niektórzy powiadają, że tylko nieliczne smoki pozostały w górach i dobrze się poukrywały, gdyż blisko jest do Vackell, a łasych wojowników i łowców skór i skarbów jest wielu. Ered-Luin to również miejsce, w którym pierwszy raz udokumentowano pojawienie się roślin nifredilu, z których przyrządza się mikstury o niebywałej mocy. Stworzyć eliksir potrafią jednak nieliczni, toteż rośliny te nie mają większego znaczenia bez wcześniejszej znajomości odpowiednich alchemików. W górach tych także mieszka pewien pustelnik, którego imienia się nie wymienia. Podróżnicy powiadają, że ilekroć się go spotka nigdy nie można być pewnym co do jego intencji. Z pewnością wielu ludzi uważa to za magiczne miejsce, nie wielu jednak ludzi odwiedza to miejsce z obaw przed rychłymi niebezpieczeństwami powiewającymi przez gwiżdżący wiatr z tamtych stron. Do gór było jeszcze jednak bardzo daleko.
Zbliżał się ranek lecz słońca nie było widać. Elrik był mężczyzną wydający się wyglądać nie wiele młodziej od Alfrida. Przywódca nowej grupy zarządził pierwszy dłuższy postój. Było to miejsce w niewielkiej dolince kilkaset metrów od drogi, którą po rozdzieleniu poruszali się. Elrik usiadł przy zwalonym drzewie, odwrócił się w stronę północy i wyjął szkiełko. Spojrzał na nie. Widać było, że coś go dręczyło. Był zdenerwowany, nie podobał mu się pomysł rozdzielenia grupy. Czuł presję i w głębi bał się, że sobie nie poradzi. Zaczął zastanawiać się, jaką dalszą drogę obrać. Nie miał mapy, jednak teren znał dobrze, gdyż wiele razy tędy podróżował to z Vackell do Hilys, to z Umris do Vackell. Na razie był pewien, że znajduje się gdzieś w centrum tego lasu i kolejnym krokiem było wyjście z niego najlepiej nie zbliżając się do dróg, gdzie można było spotkać poranne patrole.
Tymczasem w prowizorycznym obozie panowała cisza. Wszyscy byli tak zmęczeni, że nie chcieli nawet tracić sił na rozmowę. Jedni przysypiali pod drzewami, inni wsłuchiwali się w śpiew porannych ptaków odpływając myślami gdzieś daleko, a co bardziej przestraszeni stali na czatach by być przygotowanym na każdą ewentualność.
Ralph oczywiście nie mógł tracić czasu na takie bzdury, w każdej nudnej sytuacji musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, raz było to głupie naciąganie cięciwy swojego łuku teraz głupsze walenie kawałkiem patyka o pień drzewa. Po jakimś czasie znudziło mu się to i w końcu padło pytanie, które nie co zdziwiło wszystkich wokół, a najbardziej Aislinn i Feliksa
- Hej! Pływaliście kiedyś po morzu?
Zbliżał się ranek lecz słońca nie było widać. Elrik był mężczyzną wydający się wyglądać nie wiele młodziej od Alfrida. Przywódca nowej grupy zarządził pierwszy dłuższy postój. Było to miejsce w niewielkiej dolince kilkaset metrów od drogi, którą po rozdzieleniu poruszali się. Elrik usiadł przy zwalonym drzewie, odwrócił się w stronę północy i wyjął szkiełko. Spojrzał na nie. Widać było, że coś go dręczyło. Był zdenerwowany, nie podobał mu się pomysł rozdzielenia grupy. Czuł presję i w głębi bał się, że sobie nie poradzi. Zaczął zastanawiać się, jaką dalszą drogę obrać. Nie miał mapy, jednak teren znał dobrze, gdyż wiele razy tędy podróżował to z Vackell do Hilys, to z Umris do Vackell. Na razie był pewien, że znajduje się gdzieś w centrum tego lasu i kolejnym krokiem było wyjście z niego najlepiej nie zbliżając się do dróg, gdzie można było spotkać poranne patrole.
Tymczasem w prowizorycznym obozie panowała cisza. Wszyscy byli tak zmęczeni, że nie chcieli nawet tracić sił na rozmowę. Jedni przysypiali pod drzewami, inni wsłuchiwali się w śpiew porannych ptaków odpływając myślami gdzieś daleko, a co bardziej przestraszeni stali na czatach by być przygotowanym na każdą ewentualność.
Ralph oczywiście nie mógł tracić czasu na takie bzdury, w każdej nudnej sytuacji musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, raz było to głupie naciąganie cięciwy swojego łuku teraz głupsze walenie kawałkiem patyka o pień drzewa. Po jakimś czasie znudziło mu się to i w końcu padło pytanie, które nie co zdziwiło wszystkich wokół, a najbardziej Aislinn i Feliksa
- Hej! Pływaliście kiedyś po morzu?
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
- po morzu? … nie nigdy – odparł Feliks a jego twarz przybrała szmaragdowy odcień.
Aislinn zaśmiała się cicho.
- a nie chciałbyś spróbować? – dopytywał się Ralph.
- niekoniecznie … - wybełkotał, najwyraźniej chcąc już zakończyć ten temat.
- a ja bym chciała – odparła żwawo dziewczyna. W tym momencie na chwilę się zamyśliła i przypomniały jej się opowieści z dzieciństwa.
Przybrana matka bardzo dbała o to, by córka jej przyjaciół miała pełną świadomość, kim jest, skąd jest, a co najważniejsze, by się tego nie wstydziła. Długie wieczory spędzały na rozmowach o rodzinnych stronach Aiss.
- Stello opowiedz mi coś jeszcze, proszę – mała dziewczynka siedząca na kolanach swej opiekunki, wciąż domagała się nowych informacji. W tym momencie kobieta rozsiadała się wygodnie i z intrygującą nutką w głosie pytała:
- A czy opowiadałam ci już o święcie pereł?
- Nie ! jeszcze nie ! opowiedz, co to takiego? - Stella uśmiechała się życzliwie i gładziła włoski dziewczynki.
- Święto to obchodzą Marioni, którzy pochodzą z tych samych stron co ty. Twoja mama opowiadała mi, że niedaleko nich znajduję się pewna wyspa, na której raz do roku można zobaczyć prawdziwy cud przyrody. Tego dnia wszyscy przyozdabiają swoje łodzie i ubierają odświętne stroje.
- Po co to robią?
- Woda jest kapryśna, czasem sprzyja ludziom, czasem ich karze. Marioni z tego rejonu wierzą, iż jest to dzień, kiedy woda chce z nimi świętować. Na co dzień jest ich źródłem utrzymania, łaskawie pozwalając sobie zabrać to, co dla ludzi potrzebne. Tego dnia stają się sobie równi – dziewczynka słuchała swojej opiekunki z szeroko otwartymi oczami i zapartym tchem.
- Gdy zapada zmierzch, wszyscy wypływają na tą niezwykłą wyspę, śpiewając pieśni przekazywane z pokolenia na pokolenie. Pewnie chcesz zapytać co niezwykłego jest w wyspie ? – wyprzedziła Aiss, która już otwierała usta.
- Otóż tej nocy gości ona Marionów najprzeróżniejszymi owocami, które rosną w niewielu miejscach na świecie. Dodatkowo właśnie w święto pereł są najdojrzalsze i najsłodsze. Marioni siedzą razem przy ognisku, jedzą, śpiewają, rozmawiają, wymieniają się prezentami. Jest to również czas, gdy niknął wszelkie spory.
- Dlaczego więc jest to święto pereł? Nie rozumiem.
- Bądź cierpliwa, daj mi skończyć – dała jej pstryczka w nos – gdzieś tak koło północy, woda zaczyna swój występ. Staje się czysta i przejrzysta. Mimo nocy, przy samym brzegu można dostrzec białe, lśniące muszle wielkości dwóch dłoni dorosłego mężczyzny. Kiedy księżyc zajmuje odpowiednią pozycję na niebie, wszystkie powoli się otwierają ukazując piękne perły. W świetle gwiazdy przybierają najróżniejsze barwy i odcienie, przez co woda wydaje się mienić kolorami. Według Marionów jest to najpiękniejszy widok jaki można sobie wyobrazić.
- To dlaczego nie wezmą tych pięknych pereł dla siebie? Przecież zachwycałyby ich swym blaskiem każdego dnia.
- Kochanie, nie wolno zabierać czegoś co należy do przyrody, Marioni o tym wiedzą, dlatego morza i oceany pozwalają zamieszkiwać im swoje wybrzeża.
Oczy Aislinn zamigotały wspomnieniami.
- a ja bym chciała ! – powtórzyła i wdrapała się na przewrócone drzewo.
- pływać po morzach, zamknąć oczy, poczuć jak wiatr rozwiewa włosy – westchnęła głęboko i rozłożyła ramiona – poczuć bryzę na policzkach mmmm – zaczęła kręcić się dookoła. Woda była życiem Aiss. Tęsknotę do morza miała we krwi.
Ralph i Feliks patrzyli na te jej niezdarne wygibasy, chwilę zastanawiając się czy mają do czynienia z niepoprawną romantyczką czy też z może po prostu z wariatką. Jednak ich rozmyślenia przerwała niezwłoczna konieczność podbiegnięcia w jej stronę, gdyż gałąź na której tańczyła właśnie złamała się z trzaskiem.
- Nic ci nie jest ? – Ralph pierwszy wyciągnął rękę w stronę rozchichotanej dziewczyny.
- Nie, dzięki, może jednak na dziś koniec tych morskich wycieczek – wstała i otrzepała ubranie.
- Aislinn, twoja ręka – Feliks wskazał na niej dłoń, obwiniętą białym materiałem, który lekko nasączył się krwią – pokaż znam się na tym.
- Nie, nie trzeba, pewnie skaleczyłam się upadając. Zaraz przestanie – schowała rękę za siebie i zmieniła temat. Na szczęście chyba Erik właśnie szykował się do dalszej drogi.
Aislinn zaśmiała się cicho.
- a nie chciałbyś spróbować? – dopytywał się Ralph.
- niekoniecznie … - wybełkotał, najwyraźniej chcąc już zakończyć ten temat.
- a ja bym chciała – odparła żwawo dziewczyna. W tym momencie na chwilę się zamyśliła i przypomniały jej się opowieści z dzieciństwa.
Przybrana matka bardzo dbała o to, by córka jej przyjaciół miała pełną świadomość, kim jest, skąd jest, a co najważniejsze, by się tego nie wstydziła. Długie wieczory spędzały na rozmowach o rodzinnych stronach Aiss.
- Stello opowiedz mi coś jeszcze, proszę – mała dziewczynka siedząca na kolanach swej opiekunki, wciąż domagała się nowych informacji. W tym momencie kobieta rozsiadała się wygodnie i z intrygującą nutką w głosie pytała:
- A czy opowiadałam ci już o święcie pereł?
- Nie ! jeszcze nie ! opowiedz, co to takiego? - Stella uśmiechała się życzliwie i gładziła włoski dziewczynki.
- Święto to obchodzą Marioni, którzy pochodzą z tych samych stron co ty. Twoja mama opowiadała mi, że niedaleko nich znajduję się pewna wyspa, na której raz do roku można zobaczyć prawdziwy cud przyrody. Tego dnia wszyscy przyozdabiają swoje łodzie i ubierają odświętne stroje.
- Po co to robią?
- Woda jest kapryśna, czasem sprzyja ludziom, czasem ich karze. Marioni z tego rejonu wierzą, iż jest to dzień, kiedy woda chce z nimi świętować. Na co dzień jest ich źródłem utrzymania, łaskawie pozwalając sobie zabrać to, co dla ludzi potrzebne. Tego dnia stają się sobie równi – dziewczynka słuchała swojej opiekunki z szeroko otwartymi oczami i zapartym tchem.
- Gdy zapada zmierzch, wszyscy wypływają na tą niezwykłą wyspę, śpiewając pieśni przekazywane z pokolenia na pokolenie. Pewnie chcesz zapytać co niezwykłego jest w wyspie ? – wyprzedziła Aiss, która już otwierała usta.
- Otóż tej nocy gości ona Marionów najprzeróżniejszymi owocami, które rosną w niewielu miejscach na świecie. Dodatkowo właśnie w święto pereł są najdojrzalsze i najsłodsze. Marioni siedzą razem przy ognisku, jedzą, śpiewają, rozmawiają, wymieniają się prezentami. Jest to również czas, gdy niknął wszelkie spory.
- Dlaczego więc jest to święto pereł? Nie rozumiem.
- Bądź cierpliwa, daj mi skończyć – dała jej pstryczka w nos – gdzieś tak koło północy, woda zaczyna swój występ. Staje się czysta i przejrzysta. Mimo nocy, przy samym brzegu można dostrzec białe, lśniące muszle wielkości dwóch dłoni dorosłego mężczyzny. Kiedy księżyc zajmuje odpowiednią pozycję na niebie, wszystkie powoli się otwierają ukazując piękne perły. W świetle gwiazdy przybierają najróżniejsze barwy i odcienie, przez co woda wydaje się mienić kolorami. Według Marionów jest to najpiękniejszy widok jaki można sobie wyobrazić.
- To dlaczego nie wezmą tych pięknych pereł dla siebie? Przecież zachwycałyby ich swym blaskiem każdego dnia.
- Kochanie, nie wolno zabierać czegoś co należy do przyrody, Marioni o tym wiedzą, dlatego morza i oceany pozwalają zamieszkiwać im swoje wybrzeża.
Oczy Aislinn zamigotały wspomnieniami.
- a ja bym chciała ! – powtórzyła i wdrapała się na przewrócone drzewo.
- pływać po morzach, zamknąć oczy, poczuć jak wiatr rozwiewa włosy – westchnęła głęboko i rozłożyła ramiona – poczuć bryzę na policzkach mmmm – zaczęła kręcić się dookoła. Woda była życiem Aiss. Tęsknotę do morza miała we krwi.
Ralph i Feliks patrzyli na te jej niezdarne wygibasy, chwilę zastanawiając się czy mają do czynienia z niepoprawną romantyczką czy też z może po prostu z wariatką. Jednak ich rozmyślenia przerwała niezwłoczna konieczność podbiegnięcia w jej stronę, gdyż gałąź na której tańczyła właśnie złamała się z trzaskiem.
- Nic ci nie jest ? – Ralph pierwszy wyciągnął rękę w stronę rozchichotanej dziewczyny.
- Nie, dzięki, może jednak na dziś koniec tych morskich wycieczek – wstała i otrzepała ubranie.
- Aislinn, twoja ręka – Feliks wskazał na niej dłoń, obwiniętą białym materiałem, który lekko nasączył się krwią – pokaż znam się na tym.
- Nie, nie trzeba, pewnie skaleczyłam się upadając. Zaraz przestanie – schowała rękę za siebie i zmieniła temat. Na szczęście chyba Erik właśnie szykował się do dalszej drogi.
- Aislinn
- Posty: 9
- Dołączył(a): 2009-02-16 10:33
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Na to wyglądało, niektórzy zauważyli jak przewodnik wstał od pnia, zaczęli więc przygotowywać się do wymarszu czekając na odpowiednią komendę. Elrik jednak nie powiedział nic. Za nim ruszyło dwóch mężczyzn, gdzie jeden z nich wyglądał na przerażonego, drugi natomiast nie dawał po sobie poznać strachu. Nie byli to jego przyjaciele, ani znajomi ale wszystko wskazywało na to, że chcą nimi zostać. Elrik nie miał nic przeciwko jednak teraz musiał zastanowić się w spokoju toteż niemiłym gestem i słowem polecił im się oddalić, sam natomiast udał się na przeciwległy kraj obozowiska. Wspiął się na pagórek, nie zobaczył nic oprócz drzew. Nie przejął się tym w ogóle. Interesowało go ukształtowanie terenu i na tej podstawie obrał kolejny kierunek wędrówki - Północny zachód.
Wstrzymał się jednak jeszcze na jakiś czas z wymarszem. Chciał zaplanować kolejne posunięcie gdy już wyjdą z lasu na równiny i dowiedzieć się ile czasu to zajmie.
Tymczasem w grupie nieco atmosfera się rozluźniła... Ludzie chętniej zaczęli ze sobą rozmawiać jednak by nie robić zbyt większego hałasu jak ustalono w regulaminie - mówili szeptem lub po cichu. Po krótkiej namowie Aislinn w końcu pozwoliła się opatrzeć toteż Feliks mógł wykazać swoje umiejętności. Nie chwalił się tym co potrafi, zrobił to co po prostu należało. Ralph natomiast zapragnął stworzyć sobie prymitywną laskę. Upatrzył sobie jakieś wolno rosnące młode drzewko, wyjął nóż, przyłożył do gałęzi i począł w niego walić patykiem, którym wcześniej uderzał bezsensownie ku swojej uciesze.
Nagle jednak coś zaniepokoiło Feliksa, który jeszcze chwile temu zastanawiał się nad dobrze wykonanym opatrunkiem. Jego nagły obrót za siebie zwrócił uwagę wszystkich w pobliżu
- Szzzzz!...
- Co? Coś się stało? - zapytał jeden z grupy
- Ciiiii! - polecił gniewnie Feliks
Minęła chwila zanim ktokolwiek dowiedział się o co chodzi, a i tak nie było to wiele.
- Chyba będą kłopoty - szepnął Ralph do Aislinn, która jeszcze przed chwilą uradowana teraz zaczęła się niepokoić.
- Gdzie jest Elrik? - zapytał się głośniej półelf
- Poszedł w tamtą stronę - ktoś odpowiedział wskazując na pagórek.
Feliks niezastanawiając się natychmiast zerwał się biegiem w tą stronę, którą mu pokazano.
Wszyscy zrozumieli tylko tyle, że podróż jaka była do tej pory, nie będzie już więcej taka sama.
Niebezpieczeństwo było blisko. Elfy, Dzikie Zwierzęta, może wojsko? Zdarzyć się mogło wszystko. Wiadomo było również, że... Feliks coś wie.
Wstrzymał się jednak jeszcze na jakiś czas z wymarszem. Chciał zaplanować kolejne posunięcie gdy już wyjdą z lasu na równiny i dowiedzieć się ile czasu to zajmie.
Tymczasem w grupie nieco atmosfera się rozluźniła... Ludzie chętniej zaczęli ze sobą rozmawiać jednak by nie robić zbyt większego hałasu jak ustalono w regulaminie - mówili szeptem lub po cichu. Po krótkiej namowie Aislinn w końcu pozwoliła się opatrzeć toteż Feliks mógł wykazać swoje umiejętności. Nie chwalił się tym co potrafi, zrobił to co po prostu należało. Ralph natomiast zapragnął stworzyć sobie prymitywną laskę. Upatrzył sobie jakieś wolno rosnące młode drzewko, wyjął nóż, przyłożył do gałęzi i począł w niego walić patykiem, którym wcześniej uderzał bezsensownie ku swojej uciesze.
Nagle jednak coś zaniepokoiło Feliksa, który jeszcze chwile temu zastanawiał się nad dobrze wykonanym opatrunkiem. Jego nagły obrót za siebie zwrócił uwagę wszystkich w pobliżu
- Szzzzz!...
- Co? Coś się stało? - zapytał jeden z grupy
- Ciiiii! - polecił gniewnie Feliks
Minęła chwila zanim ktokolwiek dowiedział się o co chodzi, a i tak nie było to wiele.
- Chyba będą kłopoty - szepnął Ralph do Aislinn, która jeszcze przed chwilą uradowana teraz zaczęła się niepokoić.
- Gdzie jest Elrik? - zapytał się głośniej półelf
- Poszedł w tamtą stronę - ktoś odpowiedział wskazując na pagórek.
Feliks niezastanawiając się natychmiast zerwał się biegiem w tą stronę, którą mu pokazano.
Wszyscy zrozumieli tylko tyle, że podróż jaka była do tej pory, nie będzie już więcej taka sama.
Niebezpieczeństwo było blisko. Elfy, Dzikie Zwierzęta, może wojsko? Zdarzyć się mogło wszystko. Wiadomo było również, że... Feliks coś wie.
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Tymczasem w Vackell - w bezpiecznej odległości oraz prawdopodobnej niewiedzy w związku z ucieczką ludzi, którzy chcą uniknąć zaciągu – umysł pewnego człowieka pracował intensywnie nad swoimi własnymi planami. Przez brudne okno w jednym z domów czwartego kręgu pewien mężczyzna spoglądał na skąpane jeszcze w mroku ulice stolicy. O tej porze nie było tam niczego nadzwyczajnego, ot jakiś piany kupiec czy para patrolujących strażników. Niebieskie oczy tajemniczego obserwatora zmrużyły się, gdy ujrzał pewną ciekawostkę. Jednak na razie nie interesował się tym. Miał inną sprawę do załatwienia. A potem będzie mógł zająć się tym, czym powinien.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie od okna. Jego zielona szata spróbowała zawirować, jednak nie udało się jej tego do końca osiągnąć. Wzbiła ona tylko mały obłok kurzu, który po chwili zaczął powoli opadać i zajmować miejsce na brudnej podłodze. Mężczyzna w zielonej szacie natomiast złączył swoje ręce za plecami i zrobił kilka kroków do przodu. Spojrzał na umięśnionego człowieka siedzącego przy małym stoliku.
- Mów. – powiedział oschle.
Jego rozmówca przełknął ślinę. Nienawidził tych spotkań. Nie dość, że narażał się na posądzenie o herezję, to w tym mroku niczego nie widział. Tylko niewyraźną sylwetkę. Poza tym inkwizytor wzbudzał w nim strach.
- Opuścili Hilys. – rzekł w końcu. – Prowadzi ich Alfrid Deunfrod.
- Coś jeszcze? Dokąd zmierzają, jakim tempem idą, ilu ich jest? Cokolwiek innego niż to, czego mogę się domyślić?
- Nie, ale wysłałem Brzytwę, by ich śledził. Wkrótce powinien się z nami skontaktować. – mężczyzna poczuł jak wzrok inkwizytora przewierca się przez jego duszę. – Wyśle…
- Gołębia pocztowego?
- Eeee… prawie. Wytrenował swojego kruka. Niedługo dostaniemy od niego wiadomość.
- Możesz już iść.
Inkwizytor odwrócił się i podszedł do okna. Usłyszał jeszcze jak jego rozmówca pospiesznie wychodzi. Po niecałej minucie zobaczył go na ulicy przed sobą. Jednak nie to przykuło jego uwagę. Bardziej zainteresował się pewnym osobnikiem. Ubrany w czarną koszulę i brązowe spodnie kupiec rozkładał swój stragan na pustej ulicy. Gdy skończył, stał tylko i czekał. Nie pojawiły się żadne towary…
Jednak chwilę potem podeszła do niego osoba średniego wzrostu ubrana w czarny, skrywający wszystko płaszcz z kapturem. Zaczęła się rozmowa. Inkwizytor westchnął. Potem odwrócił się i wyszedł.
- …musisz opuścić czwarty krąg zanim cię wykryją. – powiedział głos młodego mężczyzny wydobywający się spod czarnego kaptura. – Inkwizycja na pewno spali cię na stosie, gdy tylko zorientują się co i jak. Nie możesz zwlekać.
- Ha! Niech tylko spróbują. Nic na mnie nie mają! – odparł kupiec i od niechcenia przetarł pusty stragan rękawem swojej koszuli.
- Nie rozumiesz. Inkwizycja zawsze coś znajdzie, nawet jeśli nie jest to prawdziwe. Musisz uciekać!
- Zapominasz, przyjacielu, że od Inkwizycji nie da się uciec.
Wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna o popielatych włosach i zmęczonej twarzy jakby znikąd pojawił się przy osobniku w płaszczu. Położył mu rękę na prawym ramieniu.
- Prawda, bracie Inkwizytorze?
- A-ale… jak… skąd… - osobnik w płaszczu wydawał się być wyjątkowo zaskoczony.
- Jesteśmy Inkwizytorami. Czy nie mówi się, że Inkwizycja ma oczy i uszy wszędzie? Co my tu mamy? – Inkwizytor zrobił krok w stronę kupca i przyjrzał mu się uważnie. – Idealny przykład heretyka. Nie dość, że wyznawca Auriola, boga nocy, to jeszcze demon. Nieładnie. – Inkwizytor pokręcił głową, jakby z fałszywym politowaniem.
- Co? Nie jestem żadnym heretykiem! Nic na mnie nie masz! – próbował bronić się „heretyk”.
- Nie? A twój medalik? – wskazał srebrne świecidełko, które widać było przez rozpięty guzik koszuli. – Przedstawia Auriola, który w swych objęciach trzyma księżyc. Powinieneś go lepiej schować. Poza tym, ubiegając twoje kolejne „nie jestem heretykiem”, masz w sobie krew demonów. Nie mogę tego udowodnić tu i teraz, ale wiem. Czuję. Jeśli chcesz, możemy cię przesłuchać, albo zbadać w jakiś specyficzny sposób. Na pewno wyjdzie na to, że mam rację. – Inkwizytor uśmiechnął się.
Kupiec rozejrzał się gorączkowo. Potem zerwał się do ucieczki. Starszy Inkwizytor pokręcił tylko głową.
- Czemu oni zawsze uciekają? W końcu i tak są łapani. W ten, czy inny sposób.
- Co mnie zdradziło? – zapytał młodszy, gdy cisza przedłużyła się za bardzo.
- Spod płaszcza wystaje ci kawałek szaty. Jeśli chcesz ich ratować, proszę bardzo, jednak nie daj się zdemaskować. Do zobaczenia na egzekucji, bracie Inkwizytorze.
Starszy Inkwizytor odwrócił się i zaczął iść przed siebie. Traf chciał, że po kilku chwilach wpadł na uciekającego kupca. Tak, wszyscy są łapani. W ten, czy inny sposób. Od Inkwizycji nie ma ucieczki.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie od okna. Jego zielona szata spróbowała zawirować, jednak nie udało się jej tego do końca osiągnąć. Wzbiła ona tylko mały obłok kurzu, który po chwili zaczął powoli opadać i zajmować miejsce na brudnej podłodze. Mężczyzna w zielonej szacie natomiast złączył swoje ręce za plecami i zrobił kilka kroków do przodu. Spojrzał na umięśnionego człowieka siedzącego przy małym stoliku.
- Mów. – powiedział oschle.
Jego rozmówca przełknął ślinę. Nienawidził tych spotkań. Nie dość, że narażał się na posądzenie o herezję, to w tym mroku niczego nie widział. Tylko niewyraźną sylwetkę. Poza tym inkwizytor wzbudzał w nim strach.
- Opuścili Hilys. – rzekł w końcu. – Prowadzi ich Alfrid Deunfrod.
- Coś jeszcze? Dokąd zmierzają, jakim tempem idą, ilu ich jest? Cokolwiek innego niż to, czego mogę się domyślić?
- Nie, ale wysłałem Brzytwę, by ich śledził. Wkrótce powinien się z nami skontaktować. – mężczyzna poczuł jak wzrok inkwizytora przewierca się przez jego duszę. – Wyśle…
- Gołębia pocztowego?
- Eeee… prawie. Wytrenował swojego kruka. Niedługo dostaniemy od niego wiadomość.
- Możesz już iść.
Inkwizytor odwrócił się i podszedł do okna. Usłyszał jeszcze jak jego rozmówca pospiesznie wychodzi. Po niecałej minucie zobaczył go na ulicy przed sobą. Jednak nie to przykuło jego uwagę. Bardziej zainteresował się pewnym osobnikiem. Ubrany w czarną koszulę i brązowe spodnie kupiec rozkładał swój stragan na pustej ulicy. Gdy skończył, stał tylko i czekał. Nie pojawiły się żadne towary…
Jednak chwilę potem podeszła do niego osoba średniego wzrostu ubrana w czarny, skrywający wszystko płaszcz z kapturem. Zaczęła się rozmowa. Inkwizytor westchnął. Potem odwrócił się i wyszedł.
- …musisz opuścić czwarty krąg zanim cię wykryją. – powiedział głos młodego mężczyzny wydobywający się spod czarnego kaptura. – Inkwizycja na pewno spali cię na stosie, gdy tylko zorientują się co i jak. Nie możesz zwlekać.
- Ha! Niech tylko spróbują. Nic na mnie nie mają! – odparł kupiec i od niechcenia przetarł pusty stragan rękawem swojej koszuli.
- Nie rozumiesz. Inkwizycja zawsze coś znajdzie, nawet jeśli nie jest to prawdziwe. Musisz uciekać!
- Zapominasz, przyjacielu, że od Inkwizycji nie da się uciec.
Wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna o popielatych włosach i zmęczonej twarzy jakby znikąd pojawił się przy osobniku w płaszczu. Położył mu rękę na prawym ramieniu.
- Prawda, bracie Inkwizytorze?
- A-ale… jak… skąd… - osobnik w płaszczu wydawał się być wyjątkowo zaskoczony.
- Jesteśmy Inkwizytorami. Czy nie mówi się, że Inkwizycja ma oczy i uszy wszędzie? Co my tu mamy? – Inkwizytor zrobił krok w stronę kupca i przyjrzał mu się uważnie. – Idealny przykład heretyka. Nie dość, że wyznawca Auriola, boga nocy, to jeszcze demon. Nieładnie. – Inkwizytor pokręcił głową, jakby z fałszywym politowaniem.
- Co? Nie jestem żadnym heretykiem! Nic na mnie nie masz! – próbował bronić się „heretyk”.
- Nie? A twój medalik? – wskazał srebrne świecidełko, które widać było przez rozpięty guzik koszuli. – Przedstawia Auriola, który w swych objęciach trzyma księżyc. Powinieneś go lepiej schować. Poza tym, ubiegając twoje kolejne „nie jestem heretykiem”, masz w sobie krew demonów. Nie mogę tego udowodnić tu i teraz, ale wiem. Czuję. Jeśli chcesz, możemy cię przesłuchać, albo zbadać w jakiś specyficzny sposób. Na pewno wyjdzie na to, że mam rację. – Inkwizytor uśmiechnął się.
Kupiec rozejrzał się gorączkowo. Potem zerwał się do ucieczki. Starszy Inkwizytor pokręcił tylko głową.
- Czemu oni zawsze uciekają? W końcu i tak są łapani. W ten, czy inny sposób.
- Co mnie zdradziło? – zapytał młodszy, gdy cisza przedłużyła się za bardzo.
- Spod płaszcza wystaje ci kawałek szaty. Jeśli chcesz ich ratować, proszę bardzo, jednak nie daj się zdemaskować. Do zobaczenia na egzekucji, bracie Inkwizytorze.
Starszy Inkwizytor odwrócił się i zaczął iść przed siebie. Traf chciał, że po kilku chwilach wpadł na uciekającego kupca. Tak, wszyscy są łapani. W ten, czy inny sposób. Od Inkwizycji nie ma ucieczki.
Nie ma znaczenia, jak silny jesteś. Zawsze będzie ktoś potężniejszy.
-

Kreeth - Posty: 12
- Dołączył(a): 2008-10-21 21:06
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
- O co chodzi ?! – ktoś krzyknął w stronę biegnącego Feliksa, ale ten nawet się nie obejrzał.
- Eee pewnie nic takiego, Phi, kolejny tchórz! – rzucił brodaty mężczyzna - banda trzęsących się siusiumajtków ! weźcie się w garść! Nie poszliśmy na grzyby ! – wykrzykiwał dalej. Reszta zamilkła, oczekując co stanie się dalej. Niektórzy przygotowali swoje bronie, na wypadek najgorszego. Inni chcieli pośpieszyć za Feliksem, ale szybko zostali zatrzymani. Nie mogli się teraz rozdzielać, niebezpieczeństwo było blisko.
Aiss spojrzała tylko na Ralpha, który wpatrywał się w dal. Jego mina nie dodawała jej otuchy. Był bardzo skupiony.
- Ralph? – Aislinn nie wytrzymała dłużej tej ciszy. Wyglądał tak, jakby teraz i on coś słyszał.
- Słyszysz ? – wyszeptał tylko nadal czegoś wypatrując. Dziewczyna wstała odruchowo i spojrzała w to samo miejsce co Wiewiór. Wyostrzyła zmysły, jednak nadal nic nie słyszała.
- To pewnie nic takiego … - wypowiedziała w nadziei, że potwierdzi, lecz on nic nie odpowiedział.
- Oczywiście że nic takiego ! po prostu panikujecie – kontynuował mężczyzna.
- Zamknij się ! zobaczymy czy będziesz taki cwany gdy dorwą cię mroczne elfy ! – wtrącił się siwy grubas i zaczęli się przepychać.
- Ralph?! – pisnęła dziewczyna i zaczęła się cofać. W tym momencie zorientowała się co wyczuwali jej towarzysze.
- Masz rację Aiss trzeba się ratować ! uciekajcie! – wrzasnął. W tym momencie rozległ się ryk. Teraz już wszyscy poczuli jak ziemia drży i usłyszeli, że coś zbliża się w ich kierunku.
- Uciekajcie ! – powtórzył Elrik, który właśnie wrócił wraz z Feliksem, ale już nikt go nie usłyszał. Nagle zza drzew wyłoniła się przerażająca bestia. Wzrostem znacznie przewyższał dorosłego mężczyznę. Jego ciało było szczątkowo pokryte owłosienie, a potężny łeb zdobiły wydłużone i wysunięte kły. Poruszał się głównie na dwóch tylnich łapach, lecz podpierał się również przednimi. Na szczęście dla grupy nie biegał nad zwyczaj szybko , co dawało im niejaką szansę na ucieczkę. Na widok ludzi przystanął parsknął, wspiął się na tylnie łapy i znów potężnie zawył.
- Mówiłem, że to Grekle! – krzyknął Feliks oglądając się na Elrika, ale jego już nie było. Wszyscy rozbiegli się w popłochu gdy tylko okazało się że owa bestia wlecze za sobą niewielkie stado. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. W ostatniej chwili dojrzał rudą czapkę Ralpha. Zaczął uciekać w tym samym kierunku mając nadzieje, że jeszcze zobaczy swoich towarzyszy.
Tym czasem Aislinn biegła tuż za Ralphem. Jeden z Grekli początkowo ruszył za nimi, lecz zaprzestał pogoni zaplątując się w jakieś zarośla.
Wiewiór zatrzymał się tak nagle, że Aiss wpadła na jego plecy. Wreszcie mogli chociaż przez chwilę złapać oddech.
- Skąd one się tu wzięły? – wysapała wreszcie dziewczyna.
- Nie mam pojęcia, to bardzo dziwne. Zwykle się ich tu nie spotyka.
- Ile ich tam było ?
- Nie zdążyłem się przypatrzeć – odparł ironicznie – ale myślę że na czterech osobnikach się nie kończy.
- Chyba musimy kogoś odnaleźć, sami nie mamy szans.
- Możemy teraz liczyć tylko na szczęście, może uda nam się odnaleźć inną grupę. No i Feliksa.
Aislinn uciszyła Ralpha. Ten nawet nie pytał, tylko ruszył za dziewczyną. Przebiegli kawałek i schowali się za niewielki pagórek porośnięty mchem.
- Chyba go właśnie znaleźliśmy – szepnął Ralph.
Feliks właśnie starał się zgubić potwora, który uporczywie „ siedział mu na karku”. Widać, iż był już bardzo zmęczony. W pewnym momencie przewrócił się. Szybko narzucił na siebie liście, zwinął się w kłębek i starał się być niewidoczny. Po chwili pojawiła się bestia, która nie zauważyła co stało się z jego ofiarą.
- Musimy mu pomóc! – dziewczyna wybiegła zza pagórka i podbiegła do obszernego dębu.
- Co ty robisz ?! – dogonił ją Wiewiór.
- Odwrócimy jego uwagę – sięgnęła po duży kamień, wychyliła się zza drzewa i rzuciła w stronę potwora. Kamień niczym piłka odbił się od ciała stwora. Ten tylko głupkowato się rozejrzał i przybliżył w stronę Feliksa. Zaczął wąchać, najwyraźniej wyczuwając obecnoś człowieka.
- Genialnie! Super mu pomogłaś ! – skwitował to Ralph, lecz gdy to powiedział Aislinn przemknęła już w stronę drugiego drzewa – Aiss! – krzyknął cicho. Podniosła teraz grubą gałąź i znów cisnęła w bestie. Grekl zgłupiał nie widząc, kto go atakuje. Nieco poirytowany podbiegł w miejsce gdzie przed chwilą stała Aiss. Chwycił zostawioną tam przez nią chustę i zaczął szarpać. W tym samym momencie Feliks korzystając z okazji, wygrzebał się z kryjówki i podbiegł do towarzyszy.
- Dzięki za… - ale nie dokończył bo właśnie zauważył drugą bestie zbliżającą się z przeciwnego kierunku.
- No i co teraz Aiss !!?
- Ralph ! użyj łuku ! – krzyknął Feliks – przecież masz łuk!
- Mam łuk ! – mężczyzna sięgnął po broń – ale nie mam strzał !
- Więc zostaje nam tylko ucieczka, panowie ! – krzyknęła dziewczyna i ruszyła na przód. Grekl, który jeszcze przed chwila zajmował się chustą Aislinn, dołączył się do pościgu. Sytuacja nie wyglądała zbyt pozytywnie. Mogli liczyć jedynie na swoje nogi, no i na to, że Grekle po prostu się znudzą. Jednak nie zapowiadało się na to aby się znudziły. Tym bardziej, że były czymś rozwścieczone i to bardzo.
- Nie damy rady! – krzyczała dziewczyna.
- Musimy! Przecież na pewnooooooo ….. – urwał się głos Ralpha, pod którym zapadło się podłoże.
- Wiewiór! – Aislinn zatrzymała się niemal na skraju dziury, ale Feliks z impetem wpadł na nią i razem podzielili los towarzysza. Na szczęście dziura nie była aż tak głęboka aby się połamać, ale na tyle głęboka by nie móc się z niej wydostać.
- Nic wam nie jest !? – sapał Ralph, pomagając wstać towarzyszom.
- Cała i … zdrowa – zameldowała Aiss.
- Ja również … tylko … zaraz wypluje … płuca – dodał Feliks. Po chwili usłyszeli jak bestie przebiegają nad ich głowami.
- Wygląda na to, że tak łatwo się nie wydostaniemy – Wiewiór spoglądał w górę, ocierając pot z czoła.
- Chyba, że tamtędy – wśród ciemności dziewczyna dostrzegła niewielkie przejście.
- Eee pewnie nic takiego, Phi, kolejny tchórz! – rzucił brodaty mężczyzna - banda trzęsących się siusiumajtków ! weźcie się w garść! Nie poszliśmy na grzyby ! – wykrzykiwał dalej. Reszta zamilkła, oczekując co stanie się dalej. Niektórzy przygotowali swoje bronie, na wypadek najgorszego. Inni chcieli pośpieszyć za Feliksem, ale szybko zostali zatrzymani. Nie mogli się teraz rozdzielać, niebezpieczeństwo było blisko.
Aiss spojrzała tylko na Ralpha, który wpatrywał się w dal. Jego mina nie dodawała jej otuchy. Był bardzo skupiony.
- Ralph? – Aislinn nie wytrzymała dłużej tej ciszy. Wyglądał tak, jakby teraz i on coś słyszał.
- Słyszysz ? – wyszeptał tylko nadal czegoś wypatrując. Dziewczyna wstała odruchowo i spojrzała w to samo miejsce co Wiewiór. Wyostrzyła zmysły, jednak nadal nic nie słyszała.
- To pewnie nic takiego … - wypowiedziała w nadziei, że potwierdzi, lecz on nic nie odpowiedział.
- Oczywiście że nic takiego ! po prostu panikujecie – kontynuował mężczyzna.
- Zamknij się ! zobaczymy czy będziesz taki cwany gdy dorwą cię mroczne elfy ! – wtrącił się siwy grubas i zaczęli się przepychać.
- Ralph?! – pisnęła dziewczyna i zaczęła się cofać. W tym momencie zorientowała się co wyczuwali jej towarzysze.
- Masz rację Aiss trzeba się ratować ! uciekajcie! – wrzasnął. W tym momencie rozległ się ryk. Teraz już wszyscy poczuli jak ziemia drży i usłyszeli, że coś zbliża się w ich kierunku.
- Uciekajcie ! – powtórzył Elrik, który właśnie wrócił wraz z Feliksem, ale już nikt go nie usłyszał. Nagle zza drzew wyłoniła się przerażająca bestia. Wzrostem znacznie przewyższał dorosłego mężczyznę. Jego ciało było szczątkowo pokryte owłosienie, a potężny łeb zdobiły wydłużone i wysunięte kły. Poruszał się głównie na dwóch tylnich łapach, lecz podpierał się również przednimi. Na szczęście dla grupy nie biegał nad zwyczaj szybko , co dawało im niejaką szansę na ucieczkę. Na widok ludzi przystanął parsknął, wspiął się na tylnie łapy i znów potężnie zawył.
- Mówiłem, że to Grekle! – krzyknął Feliks oglądając się na Elrika, ale jego już nie było. Wszyscy rozbiegli się w popłochu gdy tylko okazało się że owa bestia wlecze za sobą niewielkie stado. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. W ostatniej chwili dojrzał rudą czapkę Ralpha. Zaczął uciekać w tym samym kierunku mając nadzieje, że jeszcze zobaczy swoich towarzyszy.
Tym czasem Aislinn biegła tuż za Ralphem. Jeden z Grekli początkowo ruszył za nimi, lecz zaprzestał pogoni zaplątując się w jakieś zarośla.
Wiewiór zatrzymał się tak nagle, że Aiss wpadła na jego plecy. Wreszcie mogli chociaż przez chwilę złapać oddech.
- Skąd one się tu wzięły? – wysapała wreszcie dziewczyna.
- Nie mam pojęcia, to bardzo dziwne. Zwykle się ich tu nie spotyka.
- Ile ich tam było ?
- Nie zdążyłem się przypatrzeć – odparł ironicznie – ale myślę że na czterech osobnikach się nie kończy.
- Chyba musimy kogoś odnaleźć, sami nie mamy szans.
- Możemy teraz liczyć tylko na szczęście, może uda nam się odnaleźć inną grupę. No i Feliksa.
Aislinn uciszyła Ralpha. Ten nawet nie pytał, tylko ruszył za dziewczyną. Przebiegli kawałek i schowali się za niewielki pagórek porośnięty mchem.
- Chyba go właśnie znaleźliśmy – szepnął Ralph.
Feliks właśnie starał się zgubić potwora, który uporczywie „ siedział mu na karku”. Widać, iż był już bardzo zmęczony. W pewnym momencie przewrócił się. Szybko narzucił na siebie liście, zwinął się w kłębek i starał się być niewidoczny. Po chwili pojawiła się bestia, która nie zauważyła co stało się z jego ofiarą.
- Musimy mu pomóc! – dziewczyna wybiegła zza pagórka i podbiegła do obszernego dębu.
- Co ty robisz ?! – dogonił ją Wiewiór.
- Odwrócimy jego uwagę – sięgnęła po duży kamień, wychyliła się zza drzewa i rzuciła w stronę potwora. Kamień niczym piłka odbił się od ciała stwora. Ten tylko głupkowato się rozejrzał i przybliżył w stronę Feliksa. Zaczął wąchać, najwyraźniej wyczuwając obecnoś człowieka.
- Genialnie! Super mu pomogłaś ! – skwitował to Ralph, lecz gdy to powiedział Aislinn przemknęła już w stronę drugiego drzewa – Aiss! – krzyknął cicho. Podniosła teraz grubą gałąź i znów cisnęła w bestie. Grekl zgłupiał nie widząc, kto go atakuje. Nieco poirytowany podbiegł w miejsce gdzie przed chwilą stała Aiss. Chwycił zostawioną tam przez nią chustę i zaczął szarpać. W tym samym momencie Feliks korzystając z okazji, wygrzebał się z kryjówki i podbiegł do towarzyszy.
- Dzięki za… - ale nie dokończył bo właśnie zauważył drugą bestie zbliżającą się z przeciwnego kierunku.
- No i co teraz Aiss !!?
- Ralph ! użyj łuku ! – krzyknął Feliks – przecież masz łuk!
- Mam łuk ! – mężczyzna sięgnął po broń – ale nie mam strzał !
- Więc zostaje nam tylko ucieczka, panowie ! – krzyknęła dziewczyna i ruszyła na przód. Grekl, który jeszcze przed chwila zajmował się chustą Aislinn, dołączył się do pościgu. Sytuacja nie wyglądała zbyt pozytywnie. Mogli liczyć jedynie na swoje nogi, no i na to, że Grekle po prostu się znudzą. Jednak nie zapowiadało się na to aby się znudziły. Tym bardziej, że były czymś rozwścieczone i to bardzo.
- Nie damy rady! – krzyczała dziewczyna.
- Musimy! Przecież na pewnooooooo ….. – urwał się głos Ralpha, pod którym zapadło się podłoże.
- Wiewiór! – Aislinn zatrzymała się niemal na skraju dziury, ale Feliks z impetem wpadł na nią i razem podzielili los towarzysza. Na szczęście dziura nie była aż tak głęboka aby się połamać, ale na tyle głęboka by nie móc się z niej wydostać.
- Nic wam nie jest !? – sapał Ralph, pomagając wstać towarzyszom.
- Cała i … zdrowa – zameldowała Aiss.
- Ja również … tylko … zaraz wypluje … płuca – dodał Feliks. Po chwili usłyszeli jak bestie przebiegają nad ich głowami.
- Wygląda na to, że tak łatwo się nie wydostaniemy – Wiewiór spoglądał w górę, ocierając pot z czoła.
- Chyba, że tamtędy – wśród ciemności dziewczyna dostrzegła niewielkie przejście.
- Aislinn
- Posty: 9
- Dołączył(a): 2009-02-16 10:33
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Przez jakiś czas szli niewielkim korytarzem wyrytym w ziemi. Feliks rozglądał się czujnie. Nigdy nie ufał podziemiom. Może to cecha nabyta po elfich przodkach, a może wynik ciągłego przebywania na wolnym powietrzu. W każdym razie nie podobało mu się tu. Zwłaszcza, że nie bardzo wiedział, kto stworzył ten korytarz. Nie wyglądał on na typowy wytwór krasnoludzki, choć po pewnym czasie zaczął dostrzegać wyraźne umocnienia. Tylko nie było tu ani grama kruszców, dla których krasnoludy zwykle kopały.
Aislinn i Ralph szli tuż za półelfem. Nie widzieli dobrze w ciemnościach, więc praktycznie zdani byli na jedyną w ich otoczeniu osobę z wystarczająco wyostrzonymi zmysłami.
- Gdzie jesteśmy? - spytała Aiss, jakby przez ten czas Feliks odkrył tajemnicę ich położenia.
- Istnieje wiele możliwości - odparł półelf - ale żadna nie jest na tyle prawdopodobna, by myła możliwa.
- Co? - zabrzmiał w ciemności głos Ralpha.
- Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy - powiedział Feliks i z posępną miną ruszył dalej.
Jakiś czas później nieco zwolnił. Pozostała dwójka szybko to zauważyła, gdyż omal na siebie nie wpadli.
- Co się stało? - spytał zirytowany Ralph.
- Słuchaj - odpowiedział jedynie Feliks.
Wszyscy troje zastygli w bezruchu, jakby miało to pomóc w nasłuchiwaniu. W końcu dosłyszeli odległy głos.
- Ocaleni - krzyknął Ralph i pobiegł w stronę nadchodzącego dźwięku. Aiss, równie radosna ruszyła za nim. Feliks powlókł się na końcu. Miał złe przeczucia co do tego głosu. Ja mawiał jego dziadek "nigdy nie ufaj głosom pod ziemią", ale może to uprzedzenia elfa...
Aislinn i Ralph szli tuż za półelfem. Nie widzieli dobrze w ciemnościach, więc praktycznie zdani byli na jedyną w ich otoczeniu osobę z wystarczająco wyostrzonymi zmysłami.
- Gdzie jesteśmy? - spytała Aiss, jakby przez ten czas Feliks odkrył tajemnicę ich położenia.
- Istnieje wiele możliwości - odparł półelf - ale żadna nie jest na tyle prawdopodobna, by myła możliwa.
- Co? - zabrzmiał w ciemności głos Ralpha.
- Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy - powiedział Feliks i z posępną miną ruszył dalej.
Jakiś czas później nieco zwolnił. Pozostała dwójka szybko to zauważyła, gdyż omal na siebie nie wpadli.
- Co się stało? - spytał zirytowany Ralph.
- Słuchaj - odpowiedział jedynie Feliks.
Wszyscy troje zastygli w bezruchu, jakby miało to pomóc w nasłuchiwaniu. W końcu dosłyszeli odległy głos.
- Ocaleni - krzyknął Ralph i pobiegł w stronę nadchodzącego dźwięku. Aiss, równie radosna ruszyła za nim. Feliks powlókł się na końcu. Miał złe przeczucia co do tego głosu. Ja mawiał jego dziadek "nigdy nie ufaj głosom pod ziemią", ale może to uprzedzenia elfa...
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Jednak już po paru sekundach okazało się, że dziadek miał racje. Ralph potykając się o stalagmit którego nie mógł dostrzec upadł na ziemię. Jąkając z bólu Aislinn pomagała mu się podnieść. Obydwoje zrozumieli, że przodem musi podążać Feliks. Półelf nieco rozbawiony sytuacją na chwilę zapomniał o niebezpieczeństwach ale nie minęła chwila i znów poczuł powagę miejsca, w którym się znajdują. Cała trójka szła dość wolno ostrożnie stąpając na chropowate podłoże korytarza pełnego głazów i niebezpiecznych szczelin, na których nieostrożni mogliby połamać nogi.
Z czasem dźwięk zaczął się nasilać i w końcu całej trójce udało się rozpoznać cóż miało znaczyć owe "ocalenie". Hałas lejącej się wody nie oznaczał nic innego jak źródło lub podziemną rzekę.
Feliks miał mieszane uczucia. Pomyślał o wodospadzie, przystanął i po dłuższym wachaniu rzekł:
- Nie podoba mi się to
- Dlaczego? Jak jest rzeka to jest i wyjście - błysnął Ralph
- Ale jeżeli to wodospad to będziemy mieć problemy z jego pokonaniem - odparł Feliks
- Póki co na razie nie mamy wyboru i musimy iść do przodu - zwróciła uwagę Ais, której nie podobało się stanie w ciemności. Feliks ruszył dalej.
Kilka chwil później korytarz zaczynał się rozjaśniać, dźwięk był na tyle hałaśliwy, że aby trójka się mogła porozumieć to musiała do siebie krzyczeć. Ralph wysunął się na przód gdy w oddali zobaczył blask światła bijącego z zakręcającego korytarza tuż za nim pobiegła dziewczyna.
- Niesamowite! - zaświecił oczami Ralph
Jego oczom ukazało się to co przewidział Feliks. Wzburzona podziemna rzeka wypływała z podziemi niewielkim wodospadem, ale na tyle dużym, że nie sposób było po nim zejść.
- Co teraz!? - Zapytała Ais na co Ralph jedynie wzruszył ramionami patrząc na piękno przyrody, które dla wielkich podróżników nie zrobiło by zapewne żadnego wrażenia.
- Spójrzcie! - krzyknął zza pleców półelf wskazując w górę rzeki.
Na jej drugim końcu było widać jakieś przejście w głąb jaskini. Ralph nawet nie zastanawiając ruszył w tamtym kierunku. Przystanął nad brzegiem i przyglądał się spienionej wodzie jakby chciał zbadać jej głębokość. Jego uwagę przykuł lęcący kamień tuż przy jego boku. Głaz uderzył w powierzchnię wody i natychmiast się zatrzymał na niej wyznaczając głębokość palca. Zdążył zauważyć, że został rzucony przez Feliksa.
- E tam nie jest głęboko. Możemy przejść śm....
Głos Ralpha zamarł gdy położył stopę na dnie lodowatej wody, która momentalnie porwała nogę i poślizgnąłby się gdyby w ostatniej chwili nie przytrzymał go Feliks. Aislinn wrzasnęła
- Na Endera, nie wiele brakowało.
- Jego szczęście - odparł Feliks
Cała trójka nie musiała zastanawiać się długi nad przeprawą. Wszyscy jednomyślnie ruszyli w stronę wystających z wody kilku stalagmitów, przy ich pomocy nie trudno było się przedostać na drugą stronę. Najpierw przeszedł Ralph, potem Aislinn, na końcu Feliks. Ponownie zaczęła się wędrówka w głąb korytarza, jednak ten był oświetlony za pomocą małych szczelin w suficie, które wychodziły na powierzchnię. Jednak poruszanie się nie było łatwiejsze, mokre buty sprawiały, że nie trudno było poślizgnąć się na pierwszym lepszym kamieniu. Po kilku przebytych zakrętach głos wodospadu stale cichł i słyszał go jeszcze tylko Feliks. Zdenerwowana Aislinn miała już dość tej jaskini, chciała odpocząć, podobnie myślał półelf. Wiewiór natomiast ciągle był ciekawy co znajdowało się za następnym zakrętem.
Ciekawość opłaciła się. Korytarz rozszerzył się do dużej jaskini pełnej stalaktytów, w której ktoś już kiedyś przebywał. Świadczyły o tym palenisko, leżący w popiele metalowy garnek i nie co dalej drewniana skrzynia. Ralph nieomal zaślinił się na jej widok.
- Skarb! - krzyknął, złapał Aislinn za rękę i pobiegł do paleniska
Feliks był również ucieszony, jednak nie z tego co zawierała jaskinia, a z tego, że po drugiej stronie było wyjście na powierzchnię. Uśmiechnął się i ruszył za Ais. W tym samym momencie rozległ się grzmot i natychmiastowo zaczęło padać.
Z czasem dźwięk zaczął się nasilać i w końcu całej trójce udało się rozpoznać cóż miało znaczyć owe "ocalenie". Hałas lejącej się wody nie oznaczał nic innego jak źródło lub podziemną rzekę.
Feliks miał mieszane uczucia. Pomyślał o wodospadzie, przystanął i po dłuższym wachaniu rzekł:
- Nie podoba mi się to
- Dlaczego? Jak jest rzeka to jest i wyjście - błysnął Ralph
- Ale jeżeli to wodospad to będziemy mieć problemy z jego pokonaniem - odparł Feliks
- Póki co na razie nie mamy wyboru i musimy iść do przodu - zwróciła uwagę Ais, której nie podobało się stanie w ciemności. Feliks ruszył dalej.
Kilka chwil później korytarz zaczynał się rozjaśniać, dźwięk był na tyle hałaśliwy, że aby trójka się mogła porozumieć to musiała do siebie krzyczeć. Ralph wysunął się na przód gdy w oddali zobaczył blask światła bijącego z zakręcającego korytarza tuż za nim pobiegła dziewczyna.
- Niesamowite! - zaświecił oczami Ralph
Jego oczom ukazało się to co przewidział Feliks. Wzburzona podziemna rzeka wypływała z podziemi niewielkim wodospadem, ale na tyle dużym, że nie sposób było po nim zejść.
- Co teraz!? - Zapytała Ais na co Ralph jedynie wzruszył ramionami patrząc na piękno przyrody, które dla wielkich podróżników nie zrobiło by zapewne żadnego wrażenia.
- Spójrzcie! - krzyknął zza pleców półelf wskazując w górę rzeki.
Na jej drugim końcu było widać jakieś przejście w głąb jaskini. Ralph nawet nie zastanawiając ruszył w tamtym kierunku. Przystanął nad brzegiem i przyglądał się spienionej wodzie jakby chciał zbadać jej głębokość. Jego uwagę przykuł lęcący kamień tuż przy jego boku. Głaz uderzył w powierzchnię wody i natychmiast się zatrzymał na niej wyznaczając głębokość palca. Zdążył zauważyć, że został rzucony przez Feliksa.
- E tam nie jest głęboko. Możemy przejść śm....
Głos Ralpha zamarł gdy położył stopę na dnie lodowatej wody, która momentalnie porwała nogę i poślizgnąłby się gdyby w ostatniej chwili nie przytrzymał go Feliks. Aislinn wrzasnęła
- Na Endera, nie wiele brakowało.
- Jego szczęście - odparł Feliks
Cała trójka nie musiała zastanawiać się długi nad przeprawą. Wszyscy jednomyślnie ruszyli w stronę wystających z wody kilku stalagmitów, przy ich pomocy nie trudno było się przedostać na drugą stronę. Najpierw przeszedł Ralph, potem Aislinn, na końcu Feliks. Ponownie zaczęła się wędrówka w głąb korytarza, jednak ten był oświetlony za pomocą małych szczelin w suficie, które wychodziły na powierzchnię. Jednak poruszanie się nie było łatwiejsze, mokre buty sprawiały, że nie trudno było poślizgnąć się na pierwszym lepszym kamieniu. Po kilku przebytych zakrętach głos wodospadu stale cichł i słyszał go jeszcze tylko Feliks. Zdenerwowana Aislinn miała już dość tej jaskini, chciała odpocząć, podobnie myślał półelf. Wiewiór natomiast ciągle był ciekawy co znajdowało się za następnym zakrętem.
Ciekawość opłaciła się. Korytarz rozszerzył się do dużej jaskini pełnej stalaktytów, w której ktoś już kiedyś przebywał. Świadczyły o tym palenisko, leżący w popiele metalowy garnek i nie co dalej drewniana skrzynia. Ralph nieomal zaślinił się na jej widok.
- Skarb! - krzyknął, złapał Aislinn za rękę i pobiegł do paleniska
Feliks był również ucieszony, jednak nie z tego co zawierała jaskinia, a z tego, że po drugiej stronie było wyjście na powierzchnię. Uśmiechnął się i ruszył za Ais. W tym samym momencie rozległ się grzmot i natychmiastowo zaczęło padać.
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Ralph otworzył skrzynię. Jej zawartość była imponująca
- Zobaczmy co my tu mamy - powiedział zaciekawiony Ralph i zaczął wszystko wyjmować - Koce, krzesiwo, trochę liny, jakieś flakoniki, o nóż! Całkiem całkiem - przyjrzał mu się bliżej.
- On będzie mój - buchnęła Ais i natychmiast wyrwała go Wiewiórowi z ręki.
- Jak chcesz... ja już swój mam - powiedział wyjmując z cholewki niemal dwa razy większy. Dziewczynie nie co zbrzydła mina ale nadal czuła się zadowolona.
- Co my tu jeszcze... O... O.... Ooooou - podniecił się Ralph - strzały... Proste! Mocne! Myśliwskie!
- Strzały jak strzały. Teraz przynajmniej będziesz mieć czym strzelać - odezwał się Feliks przykucnąwszy do skrzyni.
- Oj to nie są zwykłe strzały... To myśliwskie Prebidium Maliunum?
- Że co? - zdziwiła się dwójka
- Prebidium Maliunum. Prawdziwe wyroby z Taur-Im-Duinath. Takimi posługują się mroczne elfy. Rzadko spotykane okazy. Zatrute końcówki. Drogie jak cholera. Po prostu cudo - powiedział ostrożnie kładąc je na ziemi jakby była to święta relikwia Endera.
- Mroczne elfy? - kontynuowali.
- No tak... Z...
- Dobrze dobrze - powstrzymał go Feliks - jeżeli są tutaj ich strzały to i oni muszą tutaj też gdzieś być.
- To całkiem możliwe, ale jednak wątpie w to - rzekł Ralph nie co poważniejszym tonem - Ognisko nie było palone od miesiąca, drewno zza skrzyni jest suche jak krakersy z Alys, a i te koce też nie wyglądają jakby były nie dawno używane - w tym momencie od trzepał ich z kurzu - Co jak co ale ta jaskinia jest od dawna opuszczona
- Skąd ty to wiesz? - Zapytała zdziwiona Ais
- Taki fach po ojcu - zaśmiał się.
- Dobrze - rzekł przekonująco Feliks, choć w głębi w ogóle się tak nie czuł. Dla niego ta jaskinia wyglądała doskonale na kryjówkę mrocznych elfów. Jaskinia w głębi lasów, blisko źródło wody i najróżniejszego pożywienia. Miejsce w sam raz na bazę wypadową. Spojrzał na wyjście z jaskini i pomyślał, że i tak będą musieli tutaj zostać więc nie ma co się martwić na zapas. Padający deszcz przy takim zmęczeniu odkładał chęć wędrówki w kąt.
Drużyna zzaklimatyzowała się z miejscem. Wiewiór rozpalił ognisko. Nie było to dla niego trudne, Aislinn wygodnie usiadła na kocu, a Feliks interesownie przyglądał się flakonikom znalezionym w skrzyni. Na twarzach wszystkich można było zobaczyć uśmiech i zadowolenie.
Po nie długim czasie zapadł zmrok. Deszcz nadal padał. Wszyscy poczuli głębokie zmęczenie i powoli układali się do snu. Koce choć były nie co za małe w zupełności wystarczały przy tak wielkim ognisku. Z poczuciem bezpieczeństwa i przy trzaskającym ogniu w końcu zasnęli.
- Zobaczmy co my tu mamy - powiedział zaciekawiony Ralph i zaczął wszystko wyjmować - Koce, krzesiwo, trochę liny, jakieś flakoniki, o nóż! Całkiem całkiem - przyjrzał mu się bliżej.
- On będzie mój - buchnęła Ais i natychmiast wyrwała go Wiewiórowi z ręki.
- Jak chcesz... ja już swój mam - powiedział wyjmując z cholewki niemal dwa razy większy. Dziewczynie nie co zbrzydła mina ale nadal czuła się zadowolona.
- Co my tu jeszcze... O... O.... Ooooou - podniecił się Ralph - strzały... Proste! Mocne! Myśliwskie!
- Strzały jak strzały. Teraz przynajmniej będziesz mieć czym strzelać - odezwał się Feliks przykucnąwszy do skrzyni.
- Oj to nie są zwykłe strzały... To myśliwskie Prebidium Maliunum?
- Że co? - zdziwiła się dwójka
- Prebidium Maliunum. Prawdziwe wyroby z Taur-Im-Duinath. Takimi posługują się mroczne elfy. Rzadko spotykane okazy. Zatrute końcówki. Drogie jak cholera. Po prostu cudo - powiedział ostrożnie kładąc je na ziemi jakby była to święta relikwia Endera.
- Mroczne elfy? - kontynuowali.
- No tak... Z...
- Dobrze dobrze - powstrzymał go Feliks - jeżeli są tutaj ich strzały to i oni muszą tutaj też gdzieś być.
- To całkiem możliwe, ale jednak wątpie w to - rzekł Ralph nie co poważniejszym tonem - Ognisko nie było palone od miesiąca, drewno zza skrzyni jest suche jak krakersy z Alys, a i te koce też nie wyglądają jakby były nie dawno używane - w tym momencie od trzepał ich z kurzu - Co jak co ale ta jaskinia jest od dawna opuszczona
- Skąd ty to wiesz? - Zapytała zdziwiona Ais
- Taki fach po ojcu - zaśmiał się.
- Dobrze - rzekł przekonująco Feliks, choć w głębi w ogóle się tak nie czuł. Dla niego ta jaskinia wyglądała doskonale na kryjówkę mrocznych elfów. Jaskinia w głębi lasów, blisko źródło wody i najróżniejszego pożywienia. Miejsce w sam raz na bazę wypadową. Spojrzał na wyjście z jaskini i pomyślał, że i tak będą musieli tutaj zostać więc nie ma co się martwić na zapas. Padający deszcz przy takim zmęczeniu odkładał chęć wędrówki w kąt.
Drużyna zzaklimatyzowała się z miejscem. Wiewiór rozpalił ognisko. Nie było to dla niego trudne, Aislinn wygodnie usiadła na kocu, a Feliks interesownie przyglądał się flakonikom znalezionym w skrzyni. Na twarzach wszystkich można było zobaczyć uśmiech i zadowolenie.
Po nie długim czasie zapadł zmrok. Deszcz nadal padał. Wszyscy poczuli głębokie zmęczenie i powoli układali się do snu. Koce choć były nie co za małe w zupełności wystarczały przy tak wielkim ognisku. Z poczuciem bezpieczeństwa i przy trzaskającym ogniu w końcu zasnęli.
Wykreować postać można tak, że przekroczy ona nasze oczekiwania.
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
"Moją Ojczyzną jest Świat, Moją religią jest czynienie Dobra"
THE ZEITGEIST
-

Rafka - Posty: 43
- Dołączył(a): 2008-11-03 19:37
- Lokalizacja: Przemyśl
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Szum deszczu splatał się w nieskończony warkocz z kapaniem kropel spływających po stalaktytach jaskini wyrastających z sufitu przy wejściu. Wspaniała muzyka natury uspokajała, przynosiła ukojenie, usypiała. Feliks nie chciał zasnąć. Mimo wszystko jaskinia mogła należeć do mrocznych elfów, a nawet być przez nich używana. Kupka kurzu na kocach i zimne drewno w palenisku to nic w porównaniu z umiejętnościami, jakie nie raz pokazywali. Jednak coś nie dawało Feliksowi spokoju.
Deszcz szumiał na zewnątrz pogrążając młodego półelfa z śnie. Feliks nie chciał spać. Starał się pamiętać, że nie może zasnąć. Jednak pamięć uciekała gdzie indziej. W dzieciństwie jego dziadek wykorzystywał deszczowe dni, by przekazywać wnukom wiedzę nabytą przez lata. Szum za oknem zawsze zwiastował opowieść. Historie nigdy się nie powtarzały. Dziadek w swym krótkim, ludzkim życiu tyle razy odwiedzał obce strony, że zazdrościł mu chyba nawet ten z elfiej części rodziny. Każda historia dążyła do tego, że w podróż możesz ruszyć bez broni, ale jeśli zapomnisz garnka, zginiesz. Szum zawsze zwiastował opowieść.
Kropelka po kropelce spadały wśród jednostajnego dźwięku nieskończonej ilości sióstr, które nie miały szczęścia zwolnić przed upadkiem. Dokładnie jak wtedy, gdy dziadek opowiedział tę historię. Opowieść toczyła się dawno temu gdzieś przy górzystym ujściu Luny. Tam kompania złożona ze zbieraniny ludzi, elfów i krasnoludów stanęła na noc w jaskini... Była to zwyczajna przystań podróżnych... Niewielkie palenisko... Nawet skrzynia na podręczne rzeczy... Od dawna nieużywana... Niewielu z nich przeżyło tę noc. W głębi jaskini był tunel, którym w środku nocy wdarły się potworne istoty. Nie poruszały się po ziemi, trzymały się sopli skalnych na suficie. Kryły się w cieniu. Gdy atakowały, zabijały zręcznie i nieubłaganie. Dziadek stwierdził, że gdyby zabiły wszystkich, nie pozostawiłyby nawet śladu w jaskini. Jakby nigdy ich tam nie było.
Szum spadających kropel, choć tak pospolity jest bardzo charakterystyczny. Skoncentrowany słuchacz potrafiłby go odróżnić od każdego innego dźwięku. Od dźwięku szorstkiego zsunięcia się po skalnym soplu. Feliks otworzył oczy.
Szybko się rozejrzał. Nie zauważył nic. Słabnące ognisko rzucało słaby blask na ścianie gdzie falowały olbrzymie cienie stalaktytów i ich odpowiedników na ziemi. Dopiero teraz Feliks zdał sobie sprawę, że ziemia sama stara się zasklepić ranę, jaką jest jaskinia. Jednak gdy w ranie pozostanie odłamek, rana broczy ropą, daje zakażenie. Wśród alchemików i zielarzy istniały różne sposoby penetracji. Używane do różnych celów, w różnych przypadkach. A Feliks uwielbiał takie ciekawostki. Stanowiły jakiekolwiek urozmaicenie w bądź co bądź nudnym życiu pomocnika zielarza. Sięgnął do torby. Wyjął kilka suchych ziół. Przyjrzał się im. Część z nich miał bardzo ciekawe właściwości, inne były głównie po to, by podtrzymać odpowiednią "atmosferę" ogniska bądź naparu. Wybrał kilka. Kolejno wrzucał do ognia. Suche gałązki szybko przyjmowały na siebie tańczące płomyki. Feliks spokojnie oglądał jaskinię. Nowy płomień oświetlił ją na nowy, niespotykany sposób. Blask przenikał skały, rozjaśniając nawet najdalsze zakamarki. Przy tym układzie ziół cień dawać mogły jedynie cząstki organiczne. Kiedyś w ten sposób odgadywał zawartość jedzenia w skrzyniach zwożonych do spichrzy. Teraz cienie mogły się ruszać, mogły oznaczać śmierć.
Feliks dostrzegł niewielki cień gdzieś w dali korytarza, którym sami przybyli. Ktokolwiek to był, uciekał. Feliks siedział i długo jeszcze patrzył w ten punkt. Myślał o wielu rzeczach. O pozostawionym ekwipunku. O niewielkim cieniu uciekającym w głąb tunelu. O swoim dziadku. Był przekonany, że gdy słyszał opowieść o jaskini u ujścia Luny, wcale nie padało...
Deszcz szumiał na zewnątrz pogrążając młodego półelfa z śnie. Feliks nie chciał spać. Starał się pamiętać, że nie może zasnąć. Jednak pamięć uciekała gdzie indziej. W dzieciństwie jego dziadek wykorzystywał deszczowe dni, by przekazywać wnukom wiedzę nabytą przez lata. Szum za oknem zawsze zwiastował opowieść. Historie nigdy się nie powtarzały. Dziadek w swym krótkim, ludzkim życiu tyle razy odwiedzał obce strony, że zazdrościł mu chyba nawet ten z elfiej części rodziny. Każda historia dążyła do tego, że w podróż możesz ruszyć bez broni, ale jeśli zapomnisz garnka, zginiesz. Szum zawsze zwiastował opowieść.
Kropelka po kropelce spadały wśród jednostajnego dźwięku nieskończonej ilości sióstr, które nie miały szczęścia zwolnić przed upadkiem. Dokładnie jak wtedy, gdy dziadek opowiedział tę historię. Opowieść toczyła się dawno temu gdzieś przy górzystym ujściu Luny. Tam kompania złożona ze zbieraniny ludzi, elfów i krasnoludów stanęła na noc w jaskini... Była to zwyczajna przystań podróżnych... Niewielkie palenisko... Nawet skrzynia na podręczne rzeczy... Od dawna nieużywana... Niewielu z nich przeżyło tę noc. W głębi jaskini był tunel, którym w środku nocy wdarły się potworne istoty. Nie poruszały się po ziemi, trzymały się sopli skalnych na suficie. Kryły się w cieniu. Gdy atakowały, zabijały zręcznie i nieubłaganie. Dziadek stwierdził, że gdyby zabiły wszystkich, nie pozostawiłyby nawet śladu w jaskini. Jakby nigdy ich tam nie było.
Szum spadających kropel, choć tak pospolity jest bardzo charakterystyczny. Skoncentrowany słuchacz potrafiłby go odróżnić od każdego innego dźwięku. Od dźwięku szorstkiego zsunięcia się po skalnym soplu. Feliks otworzył oczy.
Szybko się rozejrzał. Nie zauważył nic. Słabnące ognisko rzucało słaby blask na ścianie gdzie falowały olbrzymie cienie stalaktytów i ich odpowiedników na ziemi. Dopiero teraz Feliks zdał sobie sprawę, że ziemia sama stara się zasklepić ranę, jaką jest jaskinia. Jednak gdy w ranie pozostanie odłamek, rana broczy ropą, daje zakażenie. Wśród alchemików i zielarzy istniały różne sposoby penetracji. Używane do różnych celów, w różnych przypadkach. A Feliks uwielbiał takie ciekawostki. Stanowiły jakiekolwiek urozmaicenie w bądź co bądź nudnym życiu pomocnika zielarza. Sięgnął do torby. Wyjął kilka suchych ziół. Przyjrzał się im. Część z nich miał bardzo ciekawe właściwości, inne były głównie po to, by podtrzymać odpowiednią "atmosferę" ogniska bądź naparu. Wybrał kilka. Kolejno wrzucał do ognia. Suche gałązki szybko przyjmowały na siebie tańczące płomyki. Feliks spokojnie oglądał jaskinię. Nowy płomień oświetlił ją na nowy, niespotykany sposób. Blask przenikał skały, rozjaśniając nawet najdalsze zakamarki. Przy tym układzie ziół cień dawać mogły jedynie cząstki organiczne. Kiedyś w ten sposób odgadywał zawartość jedzenia w skrzyniach zwożonych do spichrzy. Teraz cienie mogły się ruszać, mogły oznaczać śmierć.
Feliks dostrzegł niewielki cień gdzieś w dali korytarza, którym sami przybyli. Ktokolwiek to był, uciekał. Feliks siedział i długo jeszcze patrzył w ten punkt. Myślał o wielu rzeczach. O pozostawionym ekwipunku. O niewielkim cieniu uciekającym w głąb tunelu. O swoim dziadku. Był przekonany, że gdy słyszał opowieść o jaskini u ujścia Luny, wcale nie padało...
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V] Przygody Imperium - Kierunek Zachód
Ralph otworzył oczy, słysząc cichy głos Feliksa.
- Co się dzieje ? – zapytał. W tym samym momencie przebudziła się Aiss. Feliks wskazał na zbliżający się cień. Jednak nie zdążyli jakkolwiek zareagować gdyż cień szybko zamienił się w człowieka. Wbiegając do jaskini potknął się o kamień i runął na twarde podłoże. Z jego ust wypływała krew.
Pierwszy wstał Ralph i podszedł do leżącego.
- Przecież to Elrik! – krzyknął kucając przy mężczyźnie. Ten tylko kaszlał i oddychał coraz płycej.
- Musiał wpaść w pułapkę Grekli – Feliks ocierał krew z twarzy mężczyzny.
- Chyba raczej nie – zaczęła Aislinn – spójrz na jego brzuch. W tym momencie zaczął bełkotać.
- Powtórz! – prosił Ralph przybliżając ucho do ust Elrika.
- Bredzi, ma gorączkę, od ran idzie zakażenie, Aiss ma rację, to nie Grekle go tak urządziły- stwierdził Feliks. Nagle usłyszeli gwizd. Ale nie był to zwykły czysty dźwięk. Wdzierał się do ucha i paraliżował całe ciało.
- Co to było ? – dziewczyna rozejrzała się dookoła. Elrik zaczął sapać i machać rękami, próbując się podnieść.
- Nie wiem, ale myślę, że musimy się stąd wynosić. Będziemy go nieść.
- Ale gdzie pójdziemy?
- Musimy zaryzykować, tu nie jesteśmy bezpieczni – rzekł Ralph łapiąc Elrika za ręce. Feliks podniósł mężczyznę z drugiej strony. Aislinn pozbierała najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyła przodem. W tym momencie rozległ się dźwięk, który można nazwać obrzydliwym. Takie dźwięki wywołują obłęd, na pewno zmuszają do ucieczki. To tak jakby wsłuchiwać się w opętany śmiech wariata, słychać w nim wszystko, ból, strach i cierpienie.
Świeże powietrze uderzyło w ich nozdrza, gdy tylko wyszli na powierzchnie. Starali poruszać się szybko ale w miarę cicho. Niestety prawie bezwładny Elrik utrudniał im to zadanie.
- Ralph, on długo nie wytrzyma, potrzebuje specjalistycznych ziół, bez tego zakażenie zabije go już niedługo, rany są zbyt rozległe – szeptał Feliks.
- Nie możemy go tak zostawić.
- Ciiii… - upomniała ich dziewczyna. Ralph tym czasem sięgnął do kieszeni mężczyzny. Wyjął z niej kolorowe szkiełko. Dobrze wiedział iż Feliks ma rację. Schował przyrząd do własnej kieszeni i podrzucił ramie mężczyzny gdyż zaczął się powoli osuwać. Szli tak przed siebie, wysilając wszelkie zmysły i hamując strach. Sami już nie wiedzieli czy ta głucha cisza to ich wróg czy sprzymierzeniec. Nie wiedzieli, czego się spodziewać, dokąd iść, każdy krok był wielkim znakiem zapytania. Nagle Elrik zemdlał co odczuli obaj mężczyźni.
- Trzymaj go – sapał Ralph, gdyż ich przywódca zaczął przygniatać Wiewióra swoim ciężarem.
- Połóżmy go na chwilę.
- Spójrzcie, widzicie … ?- szepnęła Aiss, spoglądając przed siebie. Mrużyła oczy by dokładniej przyjrzeć się temu co zobaczyła. Lecz mężczyźni jej nie usłyszeli, byli zajęci nieprzytomnym Elrikiem.
- Jest za ciężki, nie poniesiemy go dłużej, Ralph on umiera.
- Damy sobie radę ! muszę tylko chwilę odpocząć – Wiewiór sam nie wierzył w to co mówił.
- Zostawiamy widoczne ślady, prędzej czy później coś nas dopadnie – kontynuował półelf – nie możemy mu już pomóc, musimy… - w tym momencie znów rozległ się gwizd, który wpadł w zdanie Feliksowi.
- I co teraz ? – mężczyźni rozejrzeli się dookoła.
- Gdzie jest Aislinn ?! – Feliks wstał, lecz nawet teraz jej nie widział. Ralph zaklnął tylko.
- Jeszcze przed chwilą tu była ! Aiss?! – Gwizd powtórzył się, a ciarki przebiegły po plecach mężczyzn. Elrik niespodziewanie otworzył oczy i z przerażeniem spojrzał w niebo. Lecz nikt tego nie widział. Nie słyszał też nikt jego szeptu. Gdyby ktoś mógł usłyszeć jego myśli …
- Co się dzieje ? – zapytał. W tym samym momencie przebudziła się Aiss. Feliks wskazał na zbliżający się cień. Jednak nie zdążyli jakkolwiek zareagować gdyż cień szybko zamienił się w człowieka. Wbiegając do jaskini potknął się o kamień i runął na twarde podłoże. Z jego ust wypływała krew.
Pierwszy wstał Ralph i podszedł do leżącego.
- Przecież to Elrik! – krzyknął kucając przy mężczyźnie. Ten tylko kaszlał i oddychał coraz płycej.
- Musiał wpaść w pułapkę Grekli – Feliks ocierał krew z twarzy mężczyzny.
- Chyba raczej nie – zaczęła Aislinn – spójrz na jego brzuch. W tym momencie zaczął bełkotać.
- Powtórz! – prosił Ralph przybliżając ucho do ust Elrika.
- Bredzi, ma gorączkę, od ran idzie zakażenie, Aiss ma rację, to nie Grekle go tak urządziły- stwierdził Feliks. Nagle usłyszeli gwizd. Ale nie był to zwykły czysty dźwięk. Wdzierał się do ucha i paraliżował całe ciało.
- Co to było ? – dziewczyna rozejrzała się dookoła. Elrik zaczął sapać i machać rękami, próbując się podnieść.
- Nie wiem, ale myślę, że musimy się stąd wynosić. Będziemy go nieść.
- Ale gdzie pójdziemy?
- Musimy zaryzykować, tu nie jesteśmy bezpieczni – rzekł Ralph łapiąc Elrika za ręce. Feliks podniósł mężczyznę z drugiej strony. Aislinn pozbierała najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyła przodem. W tym momencie rozległ się dźwięk, który można nazwać obrzydliwym. Takie dźwięki wywołują obłęd, na pewno zmuszają do ucieczki. To tak jakby wsłuchiwać się w opętany śmiech wariata, słychać w nim wszystko, ból, strach i cierpienie.
Świeże powietrze uderzyło w ich nozdrza, gdy tylko wyszli na powierzchnie. Starali poruszać się szybko ale w miarę cicho. Niestety prawie bezwładny Elrik utrudniał im to zadanie.
- Ralph, on długo nie wytrzyma, potrzebuje specjalistycznych ziół, bez tego zakażenie zabije go już niedługo, rany są zbyt rozległe – szeptał Feliks.
- Nie możemy go tak zostawić.
- Ciiii… - upomniała ich dziewczyna. Ralph tym czasem sięgnął do kieszeni mężczyzny. Wyjął z niej kolorowe szkiełko. Dobrze wiedział iż Feliks ma rację. Schował przyrząd do własnej kieszeni i podrzucił ramie mężczyzny gdyż zaczął się powoli osuwać. Szli tak przed siebie, wysilając wszelkie zmysły i hamując strach. Sami już nie wiedzieli czy ta głucha cisza to ich wróg czy sprzymierzeniec. Nie wiedzieli, czego się spodziewać, dokąd iść, każdy krok był wielkim znakiem zapytania. Nagle Elrik zemdlał co odczuli obaj mężczyźni.
- Trzymaj go – sapał Ralph, gdyż ich przywódca zaczął przygniatać Wiewióra swoim ciężarem.
- Połóżmy go na chwilę.
- Spójrzcie, widzicie … ?- szepnęła Aiss, spoglądając przed siebie. Mrużyła oczy by dokładniej przyjrzeć się temu co zobaczyła. Lecz mężczyźni jej nie usłyszeli, byli zajęci nieprzytomnym Elrikiem.
- Jest za ciężki, nie poniesiemy go dłużej, Ralph on umiera.
- Damy sobie radę ! muszę tylko chwilę odpocząć – Wiewiór sam nie wierzył w to co mówił.
- Zostawiamy widoczne ślady, prędzej czy później coś nas dopadnie – kontynuował półelf – nie możemy mu już pomóc, musimy… - w tym momencie znów rozległ się gwizd, który wpadł w zdanie Feliksowi.
- I co teraz ? – mężczyźni rozejrzeli się dookoła.
- Gdzie jest Aislinn ?! – Feliks wstał, lecz nawet teraz jej nie widział. Ralph zaklnął tylko.
- Jeszcze przed chwilą tu była ! Aiss?! – Gwizd powtórzył się, a ciarki przebiegły po plecach mężczyzn. Elrik niespodziewanie otworzył oczy i z przerażeniem spojrzał w niebo. Lecz nikt tego nie widział. Nie słyszał też nikt jego szeptu. Gdyby ktoś mógł usłyszeć jego myśli …
- Aislinn
- Posty: 9
- Dołączył(a): 2009-02-16 10:33
19 posty(ów) • Strona 1 z 1
Kto przegląda forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość