Strona główna forum → Twórczość → Twierdza Fantasy → Grupowe
[V]Opowieści z Vackell
Moderator: Mecenasi sztuki
5 posty(ów) • Strona 1 z 1
[V]Opowieści z Vackell
Było to w czternastym roku panowania Rondruda II, gdy generał Dreefan, dzielny rycerz i zaufany podkomendny postanowił zdradzić swego pana. Zawarł on wówczas pakt z orkami, który wysoce niebezpieczny okazał się dla stolicy i samego imperatora. Skutkiem jego działań kreatury te najechały Imperium i niezauważone dotarły niemal do samego miasta Vackell. Imperator, ufny meldunkom składanym przez Dreefana, o ataku nieprzyjaznej armii dowiedział się dopiero, gdy ta pojawiła się na horyzoncie dostrzegalnym z murów stolicy w blasku wschodzącego słońca. Wówczas to zwiadowcy posłani, by sprawdzić cóż za tabun zbliża się do miasta, donieśli o orkach w ogromnej sile nadciągających.
Imperator zwołał pospiesznie naradę. Za namową swoich generałów kazał ewakuować ostatni, piąty pierścień stolicy, gdyż jego mury były prowizoryczne i w złym stanie utrzymane. Nieprzyjaciel dotarł jednak do miasta nim ludność cywilna zdołała udać się w wyższe jego partie, o czym świadczą pewne wzmianki o ich aktywności w walkach z wrogiem. Późniejsze oceny doświadczonych wojskowych przeczą, jakoby możliwa była znacząca pomoc owych ludzi, lecz w dolnych partiach Vackell do dziś słychać opowieści o ich dzielnych czynach.
Orkowie wdarli się do piątego kręgu i zachęceni łatwą zdobyczą ruszyli ku bramom części wyższych. Pierścień czwarty miał cztery bramy, każda poświęcona opiece jednego z bogów. Były one solidne i dobrze wzmocnione, przez co fala wroga zatrzymała się na nich. Walkom nie było widać im końca. Mur kręgu czwartego skutecznie powstrzymywał siły wroga, lecz jego napływ z ziem dalszych wciąż uzupełniał ubytki w pierwszej linii, dokonywane przez obrońców.
Gdy słońce przeszło już zenit, oblegający jedną z bram odstąpili nieco. Obrońcy dziękowali Mancowi, gdyż to on czuwał akurat nad tymi wrotami. Nagle rozległ się huk słyszalny nie tylko w całej stolicy, ale chyba i całym Imperium. Orkowie, używając nieznanej po dziś dzień magii, zdołali zniszczyć bramę. Jej odłamki wzniosły się wysoko ponad murami najwyższego pierścienia, tak, ze ponoć okruchy doleciały do balkonu Imperatora. Władca tak przejął się tym faktem, że postąpił bezprecedensowo - do obrony miasta i pomocy rycerzom w stolicy zaangażował gildię najemników. Jego zdania nie zdołał zmienić żaden z jego dowódców. Ponoć jeden z nich wyraził się wręcz: „Gildia najemników? Nie potrzebujemy tych szumowin”. Słowa te zachowały się do dziś dzięki staraniom samej gildii, która wybrała go sobie jako swój szyld.
Sytuacja w ruinach bramy Manca stała się jednak krytyczna. Sam wybuch wrót, jak i ich resztki spadające z nieba zdziesiątkowały obrońców, na których od razu natarły wojska orków. Nieprzyjaciel był również przetrzebiony, lecz braki te szybko uzupełniały nowe posiłki.
Obrońcy starali się niedopuścić przeciwnika do wnętrza czwartego pierścienia, toteż poczęli burzyć i podpalać zabudowania wokół bramy i tworzyć z nich barykady, których wróg nie mógłby sforsować. Zadanie to było o tyle trudne, że przy wrotach stworzono duży skwer, gdzie w świąteczne dni odbywał się targ. Dowódca obrony bramy, którego zwano Grabdarem, postanowił zasypać gruzem wszystkie uliczki pozostawiając jedyną możliwą głównym traktem. Tam też ustawił większość swoich rycerzy. Za namową swojego maga ocalił on jednak od zburzenia bibliotekę, która przy skwerze się znajdowała. Okazało się być to błędem. Niewielka grupka orków dostała się do pomieszczeń owego budynku i plądrując i niszcząc przedarła się w głąb czwartego pierścienia. Wróg zaszedł od tyłu główne linie obrońców by zgnieść zamkniętych w potrzasku.
Gdy rycerze imperialni znaleźli się w pułapce, zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Oto gildia najemników przyszła im z pomocą, wycinając z pień każdego napotkanego wroga. Dopiero wówczas siły obrońców zdołały wyprzeć nieprzyjaciela poza pierścień. Przejęto również niewielkie obszary piątego kręgu.
W tym czasie do miasta dotarł oddział ciężkozbrojnej odsieczy z pobliskiego miasta. Zdołał on zaatakować oblegających od tyłu i odciąć ich od stałego zaopatrzenia w nowe siły. Stworzył on silny front zewnętrzny i zepchnął znajdujących się w piątym kręgu orków pod same mury, gdzie padli oni ofiarą rozstawionych na górze łuczników. W ten sposób agresorzy zostali wyrżnięci w pień.
Miasto Vackell długo nie mogło się jednak podnieść po tym ataku. Imperator, mimo usilnych starań nie zdołał w pełni odtworzyć wielkości stolicy i dopiero za panowania jego syna, Rondruda III miasto odzyskało swoją świetność.
Kroniki Imperium
Imperator zwołał pospiesznie naradę. Za namową swoich generałów kazał ewakuować ostatni, piąty pierścień stolicy, gdyż jego mury były prowizoryczne i w złym stanie utrzymane. Nieprzyjaciel dotarł jednak do miasta nim ludność cywilna zdołała udać się w wyższe jego partie, o czym świadczą pewne wzmianki o ich aktywności w walkach z wrogiem. Późniejsze oceny doświadczonych wojskowych przeczą, jakoby możliwa była znacząca pomoc owych ludzi, lecz w dolnych partiach Vackell do dziś słychać opowieści o ich dzielnych czynach.
Orkowie wdarli się do piątego kręgu i zachęceni łatwą zdobyczą ruszyli ku bramom części wyższych. Pierścień czwarty miał cztery bramy, każda poświęcona opiece jednego z bogów. Były one solidne i dobrze wzmocnione, przez co fala wroga zatrzymała się na nich. Walkom nie było widać im końca. Mur kręgu czwartego skutecznie powstrzymywał siły wroga, lecz jego napływ z ziem dalszych wciąż uzupełniał ubytki w pierwszej linii, dokonywane przez obrońców.
Gdy słońce przeszło już zenit, oblegający jedną z bram odstąpili nieco. Obrońcy dziękowali Mancowi, gdyż to on czuwał akurat nad tymi wrotami. Nagle rozległ się huk słyszalny nie tylko w całej stolicy, ale chyba i całym Imperium. Orkowie, używając nieznanej po dziś dzień magii, zdołali zniszczyć bramę. Jej odłamki wzniosły się wysoko ponad murami najwyższego pierścienia, tak, ze ponoć okruchy doleciały do balkonu Imperatora. Władca tak przejął się tym faktem, że postąpił bezprecedensowo - do obrony miasta i pomocy rycerzom w stolicy zaangażował gildię najemników. Jego zdania nie zdołał zmienić żaden z jego dowódców. Ponoć jeden z nich wyraził się wręcz: „Gildia najemników? Nie potrzebujemy tych szumowin”. Słowa te zachowały się do dziś dzięki staraniom samej gildii, która wybrała go sobie jako swój szyld.
Sytuacja w ruinach bramy Manca stała się jednak krytyczna. Sam wybuch wrót, jak i ich resztki spadające z nieba zdziesiątkowały obrońców, na których od razu natarły wojska orków. Nieprzyjaciel był również przetrzebiony, lecz braki te szybko uzupełniały nowe posiłki.
Obrońcy starali się niedopuścić przeciwnika do wnętrza czwartego pierścienia, toteż poczęli burzyć i podpalać zabudowania wokół bramy i tworzyć z nich barykady, których wróg nie mógłby sforsować. Zadanie to było o tyle trudne, że przy wrotach stworzono duży skwer, gdzie w świąteczne dni odbywał się targ. Dowódca obrony bramy, którego zwano Grabdarem, postanowił zasypać gruzem wszystkie uliczki pozostawiając jedyną możliwą głównym traktem. Tam też ustawił większość swoich rycerzy. Za namową swojego maga ocalił on jednak od zburzenia bibliotekę, która przy skwerze się znajdowała. Okazało się być to błędem. Niewielka grupka orków dostała się do pomieszczeń owego budynku i plądrując i niszcząc przedarła się w głąb czwartego pierścienia. Wróg zaszedł od tyłu główne linie obrońców by zgnieść zamkniętych w potrzasku.
Gdy rycerze imperialni znaleźli się w pułapce, zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Oto gildia najemników przyszła im z pomocą, wycinając z pień każdego napotkanego wroga. Dopiero wówczas siły obrońców zdołały wyprzeć nieprzyjaciela poza pierścień. Przejęto również niewielkie obszary piątego kręgu.
W tym czasie do miasta dotarł oddział ciężkozbrojnej odsieczy z pobliskiego miasta. Zdołał on zaatakować oblegających od tyłu i odciąć ich od stałego zaopatrzenia w nowe siły. Stworzył on silny front zewnętrzny i zepchnął znajdujących się w piątym kręgu orków pod same mury, gdzie padli oni ofiarą rozstawionych na górze łuczników. W ten sposób agresorzy zostali wyrżnięci w pień.
Miasto Vackell długo nie mogło się jednak podnieść po tym ataku. Imperator, mimo usilnych starań nie zdołał w pełni odtworzyć wielkości stolicy i dopiero za panowania jego syna, Rondruda III miasto odzyskało swoją świetność.
Kroniki Imperium
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V]Opowieści z Vackell
„Ne tarrat, tirtira”
Opowieść gońca
Trattar był zabójcą z pochodzenia i wychowania. Jego rasa od pokoleń zajmowała się zabijaniem na zlecenie, lub dla czystej przyjemności. Trattar jednak nie zabijał. Był gońcem. W całym zgromadzeniu w jego rodzinnej wiosce wszyscy dziwili się temu upodobaniu. Między innym dlatego ten młody osobnik ją opuścił.
Nastał jednak trudny czas. Trudny dla Vackell, gdzie Trattar pracował i żył, jak i dla samego gońca. Atak orków wzniecił w powietrzu zapach walki, krwi i śmierci. Wszystkie wrodzone instynkty młodzieńca aż grzały się do boju. On wiedział, że to bogowie poddają go próbie. Musiał udowodnić, że jest godzien spełniać swój zawód w każdych okolicznościach – że nie ulegnie wrodzonej pokusie walki.
I zawiódł. Z całego serca nie chciał brać udziału w walkach - miał przekazywać rozkazy. Teraz jednak stał na środku jednego z niewielkich rynków piątego pierścienia, a naprzeciw niego szło dwóch orków. Jeszcze go nie zauważyli. Może zdoła ich ominąć?
Nagle jeden z opasłych najeźdźców odwrócił głowę… i to by było na tyle, jeśli chodzi o uniknięcie walki. Trattar szybko podbiegł do niego. Długi szczupakiem przeskoczył nad przeciwnikiem. Lecąc nad nim obiema rękami chwycił jego szyję tuż pod niewielkim hełmem. Chwyt ten nieco skrócił skok tak, że Trattar wylądował bezpośrednio za plecami orka. Szybko schylił się, a ręce z całych sił rzuciły zaskoczonym przeciwnikiem przez plecy. W locie młodzieniec pokręcił kilka razy rękoma i w ten dość wyszukany sposób skręcił kark orka. Drugi z najeźdźców dopiero, co zdołał opanować osłupienie i z uniesionym orężem ruszył na gońca. Ten jednak gibkim ogonem złapał miecz niedawnej ofiary i niczym skorpion zaatakował nim znad swoich pleców. Ostrze trafiło w środek głowy, a krew siknęła z taką pompą, że zachlapała całe ciemne futro młodzieńca. Jej świeży zapach znów zaczął korcić nozdrza Trattara.
Jednak nie wyszedłem z wprawy – pomyślał z satysfakcją
- Nie wiedziałem, że nie tylko mnie najęli – usłyszał cierpki głos, odchodzący z jednego z rogów placu. Spojrzał tam. Wśród nietkniętych jeszcze nawałnicą oblężenia domów stało stworzenie podobne do niego. Ciemniejsze furto świadczyło, że brał udział w niejednej krwawej bitwie, a długi, silny ogon, że nie przeżył ich tylko dzięki szczęściu.
Trattar znał go. Nazywał się Jaddre i był chyba najlepszym przedstawicielem pokolenia. Wszyscy sądzili, że tylko kwestią czasu będzie jego walka o dominację w zgromadzeniu. Teraz ten nie mniej okrutny niż potężny przeciwnik stał na rynku i wpatrywał się w młodego gońca.
- Nie jestem tu by zabijać – odpowiedział w końcu Trattar
Jego rozmówca zaśmiał się donośnie.
- Po co cię wynajęli, skoro nie masz zabijać?
- Jestem gońcem na usługach mieszkańców Vackell – odpowiedział młodzieniec z powagą
- Więc jesteśmy wrogami – bez chwili zastanowienia Jaddre ruszył do walki. W kilku susach znalazł się tuż przed Trattarem. Wyprowadził potężne kopnięcie w głowę, które jednak zostało zablokowane ramieniem przez gońca. Następnie włączył się do ataku ogon, niczym bicz atakując nogę młodzieńca. Trattar pozwolił, by to uderzenie zatrzymało się na jego kończynie, a gdy ogon zaczął oplatać ją dookoła, po prostu pociągnął ją ku górze i kopnął przeciwnika w pierś. Jaddre odleciał kilka metrów w tył, ale wykonał przy tym efektowne salto i wylądował na nogach.
- Widzę, że nie zniewieściałeś wśród ludzi, Trattarze
- Miło, że mnie pamiętasz, Jaddre
- Skoro nie chcesz umrzeć jak ofiara, wyjmij broń i stań do pojedynku.
Trattar tylko rozłożył ręce dając znać, że nie jest uzbrojony. Jaddre westchnął głośno. Wyciągnął zza pasa dwa sztylety i jeden rzucił w stronę gońca. Ledwo Trattar chwycił broń, jego rywal już ruszył do boju.
Pierwsze cięcie poszło z lewej strony ku górze. Trattar usunął się tuż przed ostrzem, ale niemal natychmiast musiał zrobić salto w tył, by uniknąć ataku ogonem na nogi. Gdy tylko wylądował, od razu ruszył nisko do ataku. Minął dołem nogę przeciwnika, który jakby na odlew kopnął wysoko z półobrotu, i znalazł się tuż przy nim gotów zadać śmiertelny cios. Wówczas jednak Jaddre podskoczył na nodze, na której dotąd stał i posłał nią Trattara dobry kawałek drogi w tył.
Kopniak pozbawił młodzieńca powietrza w płucach. Przed oczyma zrobiło mu się ciemno...
...jak tej nocy, gdy pijany dozorca zaatakował pewną kobietę. Księżyc schował się z gęstymi chmurami i żadna gwiazda nie oświetlała ulic. W takie noce najgorsze były ulice piątego kręgu, gdzie lamp nikt nawet nie starał się zapalać. Trattarowi jednak mrok nie przeszkadzał. Dobrze widział w ciemnościach. Nic więc dziwnego, że zauważył ową parę szamoczącą się na rogu jednej z ulic. Początkowo myślał, że kobieta proponuje mężczyźnie swoje wdzięki, co nie było rzadkim procederem w tych okolicach. Wtedy jednak zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Kobieta sięgnęła po niewielki sztylet i zamachnęła się tak, jakby chciała odciąć napastnikowi jego przyrodzenie. Mężczyzna, co dość oczywiste, zasłonił czułe miejsce, ale wówczas cięcie zmieniło nieznacznie kierunek i ostrze przeorało kolano pijaka. Ten głośno zawył, a do nozdrzy Trattara doszedł ożywczy zapach krwi...
...leżących nieopodal nieżywych orków. Goniec zauważył, że Jaddre stoi już nad nim, by zadać ostateczny cios. Trattar sięgnął po nuż, który leżał pod jego plecami, i starając się, by wyglądało to jak najbardziej desperacko, zadał cięcie w krocze przeciwnika. W takiej sytuacji każdy samiec reaguje identycznie. Ostrze napastnika zasłoniło najważniejszy z organów pozostawiając na pastwę losu inne miejsca w zasięgu sztyletu. Trattar nie mógł zmarnować takiej szansy. Rozpruł kolano przeciwnika i silnym uderzeniem ogona w drugą nogę powalił go na ziemię. Ledwo wstał, a już musiał cofnąć się przed ostrzem, które pochwycone giętkim ogonem zataczało szeroki łuk. Sztylet przeszedł tuż przed szyją gońca.
- Nie walczysz uczciwie – powiedział Jaddre trzymając się za kolano
- Staram się tylko przeżyć – odpowiedział mu Trattar próbując złapać oddech
- „Kochaj życie zbyt mocno, a stracisz powód, dla którego warto żyć”*
- Moralistyczne frazesy z ust płatnego zabójcy – stwierdził z dezaprobatą Trattar – Jak chcesz możemy przerwać walkę.
- Nie możemy – odpowiedział dumnie Jaddre. Obaj dobrze o tym wiedzieli. W ich kulturze walkę mogła kończyć jedynie śmierć. Można też było się zhańbić ucieczką, ale wówczas przeciwnik musiał i tak zabić oponenta, by samemu nie być pohańbionym. Wychodziło na to samo. Przez chwilę stali tak w przedłużającej się ciszy, przerywanej jedynie dalekimi odgłosami bitwy. W pewnym momencie Jaddre rzucił się na przeciwnika i jednym, potężnym susem dopadł go. Trattar chciał uderzyć sztyletem z dołu, lecz jego cios został zatrzymany, a w brzuch wbiło się krwawiące kolano zabójcy, po raz kolejny pozbawiając go powietrza w płucach. Krew z kolana nadała ostatniemu chałatowi powietrza woń...
…identyczną, jak zapach z rzeźni. Trattar wszedł doń, by poręczyć przesyłkę dla rzeźnika od jednego z jego klientów. Wśród tuczników wiszących na hakach i czekających na oporządzenie leżał mężczyzna. Jego ciało drgało w konwulsyjnych drgawkach, a z rany tuż po żebrami tryskała niewysoka fontanna krwi.
- Nie przejmuj się nim – powiedział rzeźnik, stojący w głębi pomieszczenia – nie zdołasz mu pomóc, a po ciało zgłoszą się pewnie jego kamraci.
Wytarł ręce w pokrwawiony fartuch i zabrał się do czytania wiadomości. Goniec utrzymywał przez cały ten czas czujność, by nie skończyć jak ten pod ścianą. Rzeźnik w tym czasie zapoznał się z przesyłką i dał Trattarowi kolejną, by ją zaniósł z powrotem. Po chwili zajął się dalszym oporządzaniem tuczników. Ostatnią rzeczą, którą zauważył goniec, był błysk noża...
...na którym nadal znajdowała się krew Jaddre. W tym momencie obrócił go w dłoni do pozycji „truar”, w której ostrze zwrócone było na zewnątrz i chroniło przedramię, którym walczący mógł się osłaniać, lub czasem atakować (choć to trudna sztuka). Wiedział dokładnie, że tuż nad nim znajduje się drugi nóż, którym jego przeciwnik chce zadać cios w plecy wiszącemu mu jeszcze na kolanie gońcowi. Momentalnie cofnął się, by uniknąć tego ataku. Zostawił po drodze swój sztylet tuż pod żebrami przeciwnika. Cios Jaddre nie trafił co prawda z serce Trattara, ale poważnie rozciął mu ramię.
Teraz stali naprzeciwko siebie. Zabójca wyciągnął z boku sztylet, a z rany popłynęła strumieniem krew.
- Zgubiłeś broń, Trattarze. To był błąd – uśmiechnął się przy tym szyderczo...
...jak ten gość w piątym pierścieniu, który zagadywał wszystkich napotkanych. Mocno przy tym gestykulował. Przy tak aktywnej pracy rąk nikt nie zauważał, że istota ta miał ich drugą parę, którą w odpowiednim czasie przeszukiwała kieszenie rozmówcy. Gdy złodziejaszek ten trafił na Trattara i zaczął go obszukiwać, ten chwycił jedną z jego dłoni ogonem, po czym rękoma zahamował gestykulację wyższej pary. Rozmówca zaśmiał się szyderczo i powiedział:
- Mam przewagę ręki nad tobą
Jedyną wolną ręką dobył noża, schowanego za pasem, lecz wyciągając go, otrzymał silny kopniak tak, że ostrze wbiło mu się prosto w serce. Na jego twarzy nadal gościł ten złośliwy uśmieszek...
...który nagle znikł za ostrzem sztyletów, z których Jaddre spił krew. Była to jedna z metod ośmieszenia i rozwścieczenia przeciwnika. Trattar nie dał się jednak wybić z równowagi. Olbrzymim saltem przeskoczył nad przeciwnikiem lądując obiema nogami na jego ogonie. Rękami chwycił łokcie zabójcy tak, że ten nie mógł wykonać żadnego udanego ataku. Teraz to on miał przewagę. Oplótł ogonem głowę Jaddrego i skręcił mu kark. Ciało zabójcy opadło na ziemię, ale on sam z całych sił starał się jeszcze utrzymać przy życiu.
- Tarrat – powiedział cicho.
Słowo to w ich rodzimym języku oznaczało „zabójca” i było niezwykle wysokim komplementem dla uznania umiejętności przeciwnika. Trattar jednak posmutniał. Nie był zabójcą. Nie chciał nim być. Przecież dlatego opuścił zgromadzenie, dlatego przebywał na wygnaniu. Jaddre chyba to zauważył, bo powiedział:
- Ne tarrat, tirtira.
Po tych słowach wyzionął ducha. Gońcowi ostatnie słowo wciąż kołatało się w głowie. Było zapomnianym frazesem, które istniało tylko w najstarszych podaniach jego ludu. Oznaczało „wojownik”.
Niewiadomo skąd zjawiło się na placu trzech orków. Podeszli niemrawo do gońca i spoglądali na trupy ich sprzymierzeńców leżące wokoło. Trattar spojrzał na nich gniewnie i krzyknął:
- Co się tak gapicie. Przynieście oliwę i ogień.
W tradycji jego ludu było, by ciała nie chować w ziemi, ale i nie dawać na pożarcie bestiom. Należało je spalić. Po chwili wrócili orkowie z kilkoma lampami oliwnymi, wyniesionymi z pobliskich domów, i pochodnią. Trattar oblał oliwą ciało zabójcy i podpalił je. Chwilę stał nad ogniem, po czym odwrócił się. Za nim nadal stali ci trzej.
- Zmiatać stąd, albo was poszatkuję – krzyknął
Orkowie zdębieli, ale widząc trupy pobratymców, oddalili się.
Powietrze pachniało dymem i krwią...
...poległych zarówno przy obronie jak i zdobywaniu bramy Manca. Trattar stał przy dowodzącym jej obroną. Nazywał się Grabdar i nie miał żadnych insygniów wskazujących na stopień wojskowy. Był jednak wielkim wojownikiem. Trattra potrafił to wyczuć. Właśnie dostaczył mu wiadomość, że nie dostanie posiłków z wyższych pierścieni do obrony, jaką mu przydzielono.
- Zbierz wszystkich, których napotkasz w czwartym pierścieniu, a którzy mogą nosić broń. Niech się tu stawią.
Wtedy z bram dobiegł radosny krzyk i zastępca dowódcy odetchnął z ulgą. Grabdar nie zareagował tak optymistycznie.
Dobry dowódca – pomyślał Trattar – nie da się wciągnąć w pułapkę.
Wtedy huknęło. Dźwięk był tak donośny, że goniec przez chwilę nic nie słyszał. W życiu nie przeżył czegoś takiego. Z kurzu nad rumowiskiem, które zostało z bramy, wyłaniali się pierwsi orkowie.
- Odszukaj wszystkich – krzyknął do gońca Grabdar – Zarówno w czwartym jak i w piątym pierścieniu. Niech kierują się na bramę Manca. Potrzebujemy każdego miecza.
Po tych słowach dobył własnej broni, a klinga błyszczała w słońcu...
...i płomieniach dopalającego się ciała Jaddre. Trattar spojrzał na sztylety, które zabrał od ciała pobratymca. Schował je. Był zabójcą z pochodzenia i wychowania. Ale teraz był gońcem. I miał misję. Musi odnaleźć zdolnych nosić broń. A najbliższa ich grupka powinna być już niedaleko...
Judith i Garfield Reeves-Stevens „Ostatnia noc w „kantynie”: Opowieść Wolfmana i Lamproida” – „Opowieści z kantyny Mos Esley” – wspaniały wzór i niedościgniony ideał
*Kathy Tyers „Czas żałoby, czas tańca – opowieść Ooli” – „Opowieści z pałacu Jabby”
Opowieść gońca
Trattar był zabójcą z pochodzenia i wychowania. Jego rasa od pokoleń zajmowała się zabijaniem na zlecenie, lub dla czystej przyjemności. Trattar jednak nie zabijał. Był gońcem. W całym zgromadzeniu w jego rodzinnej wiosce wszyscy dziwili się temu upodobaniu. Między innym dlatego ten młody osobnik ją opuścił.
Nastał jednak trudny czas. Trudny dla Vackell, gdzie Trattar pracował i żył, jak i dla samego gońca. Atak orków wzniecił w powietrzu zapach walki, krwi i śmierci. Wszystkie wrodzone instynkty młodzieńca aż grzały się do boju. On wiedział, że to bogowie poddają go próbie. Musiał udowodnić, że jest godzien spełniać swój zawód w każdych okolicznościach – że nie ulegnie wrodzonej pokusie walki.
I zawiódł. Z całego serca nie chciał brać udziału w walkach - miał przekazywać rozkazy. Teraz jednak stał na środku jednego z niewielkich rynków piątego pierścienia, a naprzeciw niego szło dwóch orków. Jeszcze go nie zauważyli. Może zdoła ich ominąć?
Nagle jeden z opasłych najeźdźców odwrócił głowę… i to by było na tyle, jeśli chodzi o uniknięcie walki. Trattar szybko podbiegł do niego. Długi szczupakiem przeskoczył nad przeciwnikiem. Lecąc nad nim obiema rękami chwycił jego szyję tuż pod niewielkim hełmem. Chwyt ten nieco skrócił skok tak, że Trattar wylądował bezpośrednio za plecami orka. Szybko schylił się, a ręce z całych sił rzuciły zaskoczonym przeciwnikiem przez plecy. W locie młodzieniec pokręcił kilka razy rękoma i w ten dość wyszukany sposób skręcił kark orka. Drugi z najeźdźców dopiero, co zdołał opanować osłupienie i z uniesionym orężem ruszył na gońca. Ten jednak gibkim ogonem złapał miecz niedawnej ofiary i niczym skorpion zaatakował nim znad swoich pleców. Ostrze trafiło w środek głowy, a krew siknęła z taką pompą, że zachlapała całe ciemne futro młodzieńca. Jej świeży zapach znów zaczął korcić nozdrza Trattara.
Jednak nie wyszedłem z wprawy – pomyślał z satysfakcją
- Nie wiedziałem, że nie tylko mnie najęli – usłyszał cierpki głos, odchodzący z jednego z rogów placu. Spojrzał tam. Wśród nietkniętych jeszcze nawałnicą oblężenia domów stało stworzenie podobne do niego. Ciemniejsze furto świadczyło, że brał udział w niejednej krwawej bitwie, a długi, silny ogon, że nie przeżył ich tylko dzięki szczęściu.
Trattar znał go. Nazywał się Jaddre i był chyba najlepszym przedstawicielem pokolenia. Wszyscy sądzili, że tylko kwestią czasu będzie jego walka o dominację w zgromadzeniu. Teraz ten nie mniej okrutny niż potężny przeciwnik stał na rynku i wpatrywał się w młodego gońca.
- Nie jestem tu by zabijać – odpowiedział w końcu Trattar
Jego rozmówca zaśmiał się donośnie.
- Po co cię wynajęli, skoro nie masz zabijać?
- Jestem gońcem na usługach mieszkańców Vackell – odpowiedział młodzieniec z powagą
- Więc jesteśmy wrogami – bez chwili zastanowienia Jaddre ruszył do walki. W kilku susach znalazł się tuż przed Trattarem. Wyprowadził potężne kopnięcie w głowę, które jednak zostało zablokowane ramieniem przez gońca. Następnie włączył się do ataku ogon, niczym bicz atakując nogę młodzieńca. Trattar pozwolił, by to uderzenie zatrzymało się na jego kończynie, a gdy ogon zaczął oplatać ją dookoła, po prostu pociągnął ją ku górze i kopnął przeciwnika w pierś. Jaddre odleciał kilka metrów w tył, ale wykonał przy tym efektowne salto i wylądował na nogach.
- Widzę, że nie zniewieściałeś wśród ludzi, Trattarze
- Miło, że mnie pamiętasz, Jaddre
- Skoro nie chcesz umrzeć jak ofiara, wyjmij broń i stań do pojedynku.
Trattar tylko rozłożył ręce dając znać, że nie jest uzbrojony. Jaddre westchnął głośno. Wyciągnął zza pasa dwa sztylety i jeden rzucił w stronę gońca. Ledwo Trattar chwycił broń, jego rywal już ruszył do boju.
Pierwsze cięcie poszło z lewej strony ku górze. Trattar usunął się tuż przed ostrzem, ale niemal natychmiast musiał zrobić salto w tył, by uniknąć ataku ogonem na nogi. Gdy tylko wylądował, od razu ruszył nisko do ataku. Minął dołem nogę przeciwnika, który jakby na odlew kopnął wysoko z półobrotu, i znalazł się tuż przy nim gotów zadać śmiertelny cios. Wówczas jednak Jaddre podskoczył na nodze, na której dotąd stał i posłał nią Trattara dobry kawałek drogi w tył.
Kopniak pozbawił młodzieńca powietrza w płucach. Przed oczyma zrobiło mu się ciemno...
...jak tej nocy, gdy pijany dozorca zaatakował pewną kobietę. Księżyc schował się z gęstymi chmurami i żadna gwiazda nie oświetlała ulic. W takie noce najgorsze były ulice piątego kręgu, gdzie lamp nikt nawet nie starał się zapalać. Trattarowi jednak mrok nie przeszkadzał. Dobrze widział w ciemnościach. Nic więc dziwnego, że zauważył ową parę szamoczącą się na rogu jednej z ulic. Początkowo myślał, że kobieta proponuje mężczyźnie swoje wdzięki, co nie było rzadkim procederem w tych okolicach. Wtedy jednak zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Kobieta sięgnęła po niewielki sztylet i zamachnęła się tak, jakby chciała odciąć napastnikowi jego przyrodzenie. Mężczyzna, co dość oczywiste, zasłonił czułe miejsce, ale wówczas cięcie zmieniło nieznacznie kierunek i ostrze przeorało kolano pijaka. Ten głośno zawył, a do nozdrzy Trattara doszedł ożywczy zapach krwi...
...leżących nieopodal nieżywych orków. Goniec zauważył, że Jaddre stoi już nad nim, by zadać ostateczny cios. Trattar sięgnął po nuż, który leżał pod jego plecami, i starając się, by wyglądało to jak najbardziej desperacko, zadał cięcie w krocze przeciwnika. W takiej sytuacji każdy samiec reaguje identycznie. Ostrze napastnika zasłoniło najważniejszy z organów pozostawiając na pastwę losu inne miejsca w zasięgu sztyletu. Trattar nie mógł zmarnować takiej szansy. Rozpruł kolano przeciwnika i silnym uderzeniem ogona w drugą nogę powalił go na ziemię. Ledwo wstał, a już musiał cofnąć się przed ostrzem, które pochwycone giętkim ogonem zataczało szeroki łuk. Sztylet przeszedł tuż przed szyją gońca.
- Nie walczysz uczciwie – powiedział Jaddre trzymając się za kolano
- Staram się tylko przeżyć – odpowiedział mu Trattar próbując złapać oddech
- „Kochaj życie zbyt mocno, a stracisz powód, dla którego warto żyć”*
- Moralistyczne frazesy z ust płatnego zabójcy – stwierdził z dezaprobatą Trattar – Jak chcesz możemy przerwać walkę.
- Nie możemy – odpowiedział dumnie Jaddre. Obaj dobrze o tym wiedzieli. W ich kulturze walkę mogła kończyć jedynie śmierć. Można też było się zhańbić ucieczką, ale wówczas przeciwnik musiał i tak zabić oponenta, by samemu nie być pohańbionym. Wychodziło na to samo. Przez chwilę stali tak w przedłużającej się ciszy, przerywanej jedynie dalekimi odgłosami bitwy. W pewnym momencie Jaddre rzucił się na przeciwnika i jednym, potężnym susem dopadł go. Trattar chciał uderzyć sztyletem z dołu, lecz jego cios został zatrzymany, a w brzuch wbiło się krwawiące kolano zabójcy, po raz kolejny pozbawiając go powietrza w płucach. Krew z kolana nadała ostatniemu chałatowi powietrza woń...
…identyczną, jak zapach z rzeźni. Trattar wszedł doń, by poręczyć przesyłkę dla rzeźnika od jednego z jego klientów. Wśród tuczników wiszących na hakach i czekających na oporządzenie leżał mężczyzna. Jego ciało drgało w konwulsyjnych drgawkach, a z rany tuż po żebrami tryskała niewysoka fontanna krwi.
- Nie przejmuj się nim – powiedział rzeźnik, stojący w głębi pomieszczenia – nie zdołasz mu pomóc, a po ciało zgłoszą się pewnie jego kamraci.
Wytarł ręce w pokrwawiony fartuch i zabrał się do czytania wiadomości. Goniec utrzymywał przez cały ten czas czujność, by nie skończyć jak ten pod ścianą. Rzeźnik w tym czasie zapoznał się z przesyłką i dał Trattarowi kolejną, by ją zaniósł z powrotem. Po chwili zajął się dalszym oporządzaniem tuczników. Ostatnią rzeczą, którą zauważył goniec, był błysk noża...
...na którym nadal znajdowała się krew Jaddre. W tym momencie obrócił go w dłoni do pozycji „truar”, w której ostrze zwrócone było na zewnątrz i chroniło przedramię, którym walczący mógł się osłaniać, lub czasem atakować (choć to trudna sztuka). Wiedział dokładnie, że tuż nad nim znajduje się drugi nóż, którym jego przeciwnik chce zadać cios w plecy wiszącemu mu jeszcze na kolanie gońcowi. Momentalnie cofnął się, by uniknąć tego ataku. Zostawił po drodze swój sztylet tuż pod żebrami przeciwnika. Cios Jaddre nie trafił co prawda z serce Trattara, ale poważnie rozciął mu ramię.
Teraz stali naprzeciwko siebie. Zabójca wyciągnął z boku sztylet, a z rany popłynęła strumieniem krew.
- Zgubiłeś broń, Trattarze. To był błąd – uśmiechnął się przy tym szyderczo...
...jak ten gość w piątym pierścieniu, który zagadywał wszystkich napotkanych. Mocno przy tym gestykulował. Przy tak aktywnej pracy rąk nikt nie zauważał, że istota ta miał ich drugą parę, którą w odpowiednim czasie przeszukiwała kieszenie rozmówcy. Gdy złodziejaszek ten trafił na Trattara i zaczął go obszukiwać, ten chwycił jedną z jego dłoni ogonem, po czym rękoma zahamował gestykulację wyższej pary. Rozmówca zaśmiał się szyderczo i powiedział:
- Mam przewagę ręki nad tobą
Jedyną wolną ręką dobył noża, schowanego za pasem, lecz wyciągając go, otrzymał silny kopniak tak, że ostrze wbiło mu się prosto w serce. Na jego twarzy nadal gościł ten złośliwy uśmieszek...
...który nagle znikł za ostrzem sztyletów, z których Jaddre spił krew. Była to jedna z metod ośmieszenia i rozwścieczenia przeciwnika. Trattar nie dał się jednak wybić z równowagi. Olbrzymim saltem przeskoczył nad przeciwnikiem lądując obiema nogami na jego ogonie. Rękami chwycił łokcie zabójcy tak, że ten nie mógł wykonać żadnego udanego ataku. Teraz to on miał przewagę. Oplótł ogonem głowę Jaddrego i skręcił mu kark. Ciało zabójcy opadło na ziemię, ale on sam z całych sił starał się jeszcze utrzymać przy życiu.
- Tarrat – powiedział cicho.
Słowo to w ich rodzimym języku oznaczało „zabójca” i było niezwykle wysokim komplementem dla uznania umiejętności przeciwnika. Trattar jednak posmutniał. Nie był zabójcą. Nie chciał nim być. Przecież dlatego opuścił zgromadzenie, dlatego przebywał na wygnaniu. Jaddre chyba to zauważył, bo powiedział:
- Ne tarrat, tirtira.
Po tych słowach wyzionął ducha. Gońcowi ostatnie słowo wciąż kołatało się w głowie. Było zapomnianym frazesem, które istniało tylko w najstarszych podaniach jego ludu. Oznaczało „wojownik”.
Niewiadomo skąd zjawiło się na placu trzech orków. Podeszli niemrawo do gońca i spoglądali na trupy ich sprzymierzeńców leżące wokoło. Trattar spojrzał na nich gniewnie i krzyknął:
- Co się tak gapicie. Przynieście oliwę i ogień.
W tradycji jego ludu było, by ciała nie chować w ziemi, ale i nie dawać na pożarcie bestiom. Należało je spalić. Po chwili wrócili orkowie z kilkoma lampami oliwnymi, wyniesionymi z pobliskich domów, i pochodnią. Trattar oblał oliwą ciało zabójcy i podpalił je. Chwilę stał nad ogniem, po czym odwrócił się. Za nim nadal stali ci trzej.
- Zmiatać stąd, albo was poszatkuję – krzyknął
Orkowie zdębieli, ale widząc trupy pobratymców, oddalili się.
Powietrze pachniało dymem i krwią...
...poległych zarówno przy obronie jak i zdobywaniu bramy Manca. Trattar stał przy dowodzącym jej obroną. Nazywał się Grabdar i nie miał żadnych insygniów wskazujących na stopień wojskowy. Był jednak wielkim wojownikiem. Trattra potrafił to wyczuć. Właśnie dostaczył mu wiadomość, że nie dostanie posiłków z wyższych pierścieni do obrony, jaką mu przydzielono.
- Zbierz wszystkich, których napotkasz w czwartym pierścieniu, a którzy mogą nosić broń. Niech się tu stawią.
Wtedy z bram dobiegł radosny krzyk i zastępca dowódcy odetchnął z ulgą. Grabdar nie zareagował tak optymistycznie.
Dobry dowódca – pomyślał Trattar – nie da się wciągnąć w pułapkę.
Wtedy huknęło. Dźwięk był tak donośny, że goniec przez chwilę nic nie słyszał. W życiu nie przeżył czegoś takiego. Z kurzu nad rumowiskiem, które zostało z bramy, wyłaniali się pierwsi orkowie.
- Odszukaj wszystkich – krzyknął do gońca Grabdar – Zarówno w czwartym jak i w piątym pierścieniu. Niech kierują się na bramę Manca. Potrzebujemy każdego miecza.
Po tych słowach dobył własnej broni, a klinga błyszczała w słońcu...
...i płomieniach dopalającego się ciała Jaddre. Trattar spojrzał na sztylety, które zabrał od ciała pobratymca. Schował je. Był zabójcą z pochodzenia i wychowania. Ale teraz był gońcem. I miał misję. Musi odnaleźć zdolnych nosić broń. A najbliższa ich grupka powinna być już niedaleko...
Judith i Garfield Reeves-Stevens „Ostatnia noc w „kantynie”: Opowieść Wolfmana i Lamproida” – „Opowieści z kantyny Mos Esley” – wspaniały wzór i niedościgniony ideał
*Kathy Tyers „Czas żałoby, czas tańca – opowieść Ooli” – „Opowieści z pałacu Jabby”
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V]Opowieści z Vackell
„Ci, co tworzą historię”
Opowieść skryby
„Miasto Vackell długo nie mogło się jednak podnieść po tym ataku. Imperator, mimo usilnych starań nie zdołał w pełni odtworzyć wielkości stolicy i dopiero za panowania jego syna, Rondruda III miasto odzyskało swoją świetność.” – myślał Prafis – tak właśnie zakończę tę kronikę.
Rozejrzał się wokoło. Minęło dziesięć lat od strasznego oblężenia Vackell. Miasto zdążyło się już podźwignąć z popiołów, choć nadal łatwo znaleźć można było ślady tamtego dnia, zwłaszcza w piątym pierścieniu. Biblioteka, która została wówczas zrujnowana, nadal nie odzyskała swojej świetności. Co prawda główny jej budynek został już odnowiony, jednak skrzydła nadal były w budowie. Zwłaszcza, że imperator kazał wzmocnić ich konstrukcję tak, by nigdy więcej nie doszło do jej dewastacji. Miała być największą biblioteką w dziejach – Biblioteką Vackell.
Prafis spojrzał w dół. Znajdował się na wąskiej antresoli, na której poustawiano rzędem wzdłuż krawędzi niezliczone ilości stolików, przy których skrybowie przepisywali księgi. Sprowadzono je z chyba każdej biblioteki w Imperium, by ich kopie zapełniły opustoszałe regały. Na dole zaś znajdowała się czytelnia. Olbrzymią przestrzeń pomieszczenia rozdzielały jedynie cztery wysokie kolumny podtrzymujące strop. Każda z nich poświęcona była innemu bogowi, a pośrodku, niczym pałac Imperatora znajdowało się burko kustosza biblioteki, u którego załatwia się sprawy formalne i prosi o pomoc. Na dole panował mały ruch, gdyż magowie nadal czekali na moment, kiedy biblioteka odzyska swoją potęgę. Niektórzy z nich pomagali skrybom w jej odnowieniu.
Prafis spojrzał na stolik, przy którym siedział. Powierzono mu przepisanie jednej z kronik. Zadanie to, mimo że odpowiedzialne, przyćmiewała wizja innej pracy. Miał bowiem spisać w kronikę atak na stolicę. Młodego skrybę tak podniecała ta myśl, że nie mógł skupić się na pracy. Spojrzał na tekst. Mówił on o jakimś heretyku imieniem Destret, który twierdził, że bogowie nie mają żadnej władzy. Prafis odszukał miejsce, w którym skończył.
„To śmiertelni tworzą dzieje...”
Skryba uśmiechnął się. Za taką herezję nikt nie czeka nawet na ustawienie stosu. Aż dziwne, że sami bogowie nie interweniowali.
Nagle na dole powstało poruszenie. Do budynku weszło kilku rycerzy w charakterystycznych brunatnych szatach – gwardia imperatorska. Tuż za nimi pojawił się sam książę... nie, Imperator. Ciężko było się przestawić, zwłaszcza, że Rondrud II zmarł ledwie tydzień temu, a jego syn koronowany został ledwie przedwczoraj. Władca podszedł do biurka na środku sali i chwilę rozmawiał z kustoszem. Ten wskazał nagle na Prafisa i Imperator ruszył na antresolę.
- Czy to ty piszesz kronikę z ataku na Vackell – spytał, gdy doszedł do młodego skryby
- Tak, panie – odpowiedział niepewnie młodzieniec.
- W takim razie chcę, byś wiedział, że odnaleziono zdrajcę, który tak naraził nasz kraj. Nazywa się Dreefan i był zaufanym generałem mego ojca.
Skryba aż wybałuszył oczy. Powszechnie wiadomo było, że młody suweren ma zatarg z owym szlachcicem, jednak według niektórych człowiek ten znajdował się podczas ataku w mieście i dowodził obroną jednego z wyższych pierścieni.
- Ale... – zaczął nieśmiało skryba
- Czyżbyś podważał słowa władcy? – stwierdzenie to umocniło tylko Prafisa w przekonaniu, że podane informacje dalekie są od prawdy.
- Nie, panie – skryba przerażony był, jak jeszcze nigdy w życiu – Ale mam do wykonania pracę – tu wskazał na tekst, który właśnie przepisywał.
- Porzuć to. Chcę widzieć tekst nowej kroniki dziś wieczorem – odpowiedział Imperator, po czym odwrócił się i odszedł.
Prafis odprowadził go wzrokiem. Następnie spojrzał na tekst, który był zmuszony odłożyć
Może i to śmiertelni tworzą dzieje – pomyślał – Ale to skrybowie tworzą historię.
Po czym wziął nową kartkę papieru i zaczął:
„Było to w czternastym roku panowania Rondruda II, gdy generał Dreefan, dzielny rycerz i zaufany podkomendny postanowił zdradzić swego pana...”
Opowieść skryby
„Miasto Vackell długo nie mogło się jednak podnieść po tym ataku. Imperator, mimo usilnych starań nie zdołał w pełni odtworzyć wielkości stolicy i dopiero za panowania jego syna, Rondruda III miasto odzyskało swoją świetność.” – myślał Prafis – tak właśnie zakończę tę kronikę.
Rozejrzał się wokoło. Minęło dziesięć lat od strasznego oblężenia Vackell. Miasto zdążyło się już podźwignąć z popiołów, choć nadal łatwo znaleźć można było ślady tamtego dnia, zwłaszcza w piątym pierścieniu. Biblioteka, która została wówczas zrujnowana, nadal nie odzyskała swojej świetności. Co prawda główny jej budynek został już odnowiony, jednak skrzydła nadal były w budowie. Zwłaszcza, że imperator kazał wzmocnić ich konstrukcję tak, by nigdy więcej nie doszło do jej dewastacji. Miała być największą biblioteką w dziejach – Biblioteką Vackell.
Prafis spojrzał w dół. Znajdował się na wąskiej antresoli, na której poustawiano rzędem wzdłuż krawędzi niezliczone ilości stolików, przy których skrybowie przepisywali księgi. Sprowadzono je z chyba każdej biblioteki w Imperium, by ich kopie zapełniły opustoszałe regały. Na dole zaś znajdowała się czytelnia. Olbrzymią przestrzeń pomieszczenia rozdzielały jedynie cztery wysokie kolumny podtrzymujące strop. Każda z nich poświęcona była innemu bogowi, a pośrodku, niczym pałac Imperatora znajdowało się burko kustosza biblioteki, u którego załatwia się sprawy formalne i prosi o pomoc. Na dole panował mały ruch, gdyż magowie nadal czekali na moment, kiedy biblioteka odzyska swoją potęgę. Niektórzy z nich pomagali skrybom w jej odnowieniu.
Prafis spojrzał na stolik, przy którym siedział. Powierzono mu przepisanie jednej z kronik. Zadanie to, mimo że odpowiedzialne, przyćmiewała wizja innej pracy. Miał bowiem spisać w kronikę atak na stolicę. Młodego skrybę tak podniecała ta myśl, że nie mógł skupić się na pracy. Spojrzał na tekst. Mówił on o jakimś heretyku imieniem Destret, który twierdził, że bogowie nie mają żadnej władzy. Prafis odszukał miejsce, w którym skończył.
„To śmiertelni tworzą dzieje...”
Skryba uśmiechnął się. Za taką herezję nikt nie czeka nawet na ustawienie stosu. Aż dziwne, że sami bogowie nie interweniowali.
Nagle na dole powstało poruszenie. Do budynku weszło kilku rycerzy w charakterystycznych brunatnych szatach – gwardia imperatorska. Tuż za nimi pojawił się sam książę... nie, Imperator. Ciężko było się przestawić, zwłaszcza, że Rondrud II zmarł ledwie tydzień temu, a jego syn koronowany został ledwie przedwczoraj. Władca podszedł do biurka na środku sali i chwilę rozmawiał z kustoszem. Ten wskazał nagle na Prafisa i Imperator ruszył na antresolę.
- Czy to ty piszesz kronikę z ataku na Vackell – spytał, gdy doszedł do młodego skryby
- Tak, panie – odpowiedział niepewnie młodzieniec.
- W takim razie chcę, byś wiedział, że odnaleziono zdrajcę, który tak naraził nasz kraj. Nazywa się Dreefan i był zaufanym generałem mego ojca.
Skryba aż wybałuszył oczy. Powszechnie wiadomo było, że młody suweren ma zatarg z owym szlachcicem, jednak według niektórych człowiek ten znajdował się podczas ataku w mieście i dowodził obroną jednego z wyższych pierścieni.
- Ale... – zaczął nieśmiało skryba
- Czyżbyś podważał słowa władcy? – stwierdzenie to umocniło tylko Prafisa w przekonaniu, że podane informacje dalekie są od prawdy.
- Nie, panie – skryba przerażony był, jak jeszcze nigdy w życiu – Ale mam do wykonania pracę – tu wskazał na tekst, który właśnie przepisywał.
- Porzuć to. Chcę widzieć tekst nowej kroniki dziś wieczorem – odpowiedział Imperator, po czym odwrócił się i odszedł.
Prafis odprowadził go wzrokiem. Następnie spojrzał na tekst, który był zmuszony odłożyć
Może i to śmiertelni tworzą dzieje – pomyślał – Ale to skrybowie tworzą historię.
Po czym wziął nową kartkę papieru i zaczął:
„Było to w czternastym roku panowania Rondruda II, gdy generał Dreefan, dzielny rycerz i zaufany podkomendny postanowił zdradzić swego pana...”
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V]Opowieści z Vackell
„Za tych, co zdołali pomścić krew braci! ”
Opowieść Grabdara, Obrońcy Bramy Manca
Sol Rith była jedyną wyspą w Imperium, którą niemal w całości otaczał mur. Chronił on ją nie przed atakami, a raczej przed kradzieżą tajemnic, których nikomu poznać nie było dane. Za tymi murami mieściła się bowiem akademia.
Jest wiele szkół wojskowych w Imperium. Za najbardziej prestiżową uchodzi Akademia Imperialna, niedaleko stolicy. Kończyli ją wielcy wojowie, generałowie, a nawet sam Imperator. Nikt jednak z nich nie śmie porównywać się do wychowanków Akademii na Sol Rith. Jej absolwenci zasłużenie cieszą się poważaniem, szacunkiem i... strachem. Jednak szkoła ta nie kształci w swych obszernych murach rycerzy. Wywodzą się z niej jedynie Gwardziści Imperatora.
Na wyspie Sol Rith znajduje się, poza szkołą, mała wioska portowa. Mieszkają tam zwykli ludzie. Zajmują się głównie dostarczaniem jedzenia do Akademii. Mają własne problemy, małe radości i smutki. To tu wychował się Grabdar. Od małego wyróżniał się wśród swoich rówieśników. Każdy bowiem chłopiec chce zostać wielkim rycerzem, który będzie zwalczał zło, zwyciężał wrogów i zdobywał skarby. Ten jednak młodzieniec nie widział się w roli bohatera z mieczem w dłoni. Twarde wychowanie uświadomiło mu, że jedyne, na co może liczyć, to to, że zostanie rybakiem, jak jego ojciec i dziadek. Dotarło to do niego nieco wcześniej niż do jego rówieśników. Cięty język dodatkowo nie przysparzał mu przyjaciół. Dlatego właśnie nazywany był błaznem.
Nastał jednak dzień, kiedy to zjeżdżali się do Akademii śmiałkowie, by spróbować swych sił w próbie trzech dni. Było bowiem tradycją, że raz do roku szkoła ogłaszała nabór. By uzyskać prawo wstępu należało przez trzy dni stać w miejscu w pozycji zasadniczej. Po tym czasie drzwi Akademii otwierały się i ci, którzy zdołali wejść, byli uznawani za rekrutów.
Tym razem w całej wsi nastało wielkie poruszenie w związku z tymi dniami. Prócz istnego najazdu śmiałków, w tym roku wyspa miała gościć księcia, syna Imperatora. Następca tronu chciał przypatrywać się tym, którzy uznali, że są wystarczająco dobrzy, by stać się Gwardzistami.
Każdy z chłopców, żyjących w wiosce, chciał pokazać się księciu z jak najlepszej strony. Walczyli zaciekle między sobą, wykonując zamaszyste łuki drewnianą bronią. Z ironicznym uśmiechem na buzi przypatrywał się im Grabdar.
- I co się śmiejesz, błaźnie? – zauważył go jeden z rówieśników.
- Myślicie, że coś tym osiągniecie? Wasz wielki książę nawet nie raczy na was spojrzeć. Pewnie to podobny buc jak każdy z was.
Los jednak chciał, że syn Imperatora znajdował się tuż obok. Usłyszawszy te słowa, od razu wezwał straż, by pojmać małego zuchwalca. Grabdar, mimo braku umiejętności bojowych, opanował do perfekcji jeden manewr wojskowy: ucieczkę. Gwardziści byli jednak nie mniej zwinni i jedynym miejscem, gdzie młodzieniec zdołał się ukryć, był plac przed Akademią. W tradycji bowiem było, że osoba tam się znajdująca, chroniona była jako prawdopodobny rekrut szkoły. Grabdar widział, że zarówno książę, jak i jego podwładni, czekają tylko, aż opuści to miejsce. Zaszył się więc wśród śmiałków i czekał co będzie dalej.
Nagle na murze nad bramą pokazała się jakaś osoba i krzyknęła:
- Baczność.
Rozpoczęła się próba.
Cały plac, podobnie jak reszta szkoły, obudowany był wysokim murem. Jego kamienie zdążyły już poszarzeć, twardo przeciwstawiając się siłom natury. Kamienna posadzka zdawała się być w lepszym stanie, choć wynikać to mogło raczej z częstego używania niż większej wytrzymałości. Niewielkie wgłębienia pokazywały, że próba trzech dni ma wielowiekową tradycję.
Grabdar wiedział, że w każdej chwili może ją przerwać, lecz widział przy wyjściu z placu służących księcia, którzy tylko patrzyli na ten jego błąd. Stał więc tam tak długo, jak tylko zdołał.
Po trzech dniach stania Grabdar usłyszał słowa:
- Możecie wejść, rekruci.
Spojrzał jeszcze raz w kierunku wyjścia z placu, zobaczył tam jednego z popleczników księcia, i wszedł przez bramę Akademii...
Ten rocznik nie różnił się niczym od innych. Bramy Akademii przekroczyło około pięciuset kandydatów. Tylko kilku miało wyjść stąd, by oddać swe życie w usługi Imperatorowi. Nikt nigdy nie pytał, jak byli szkoleni, czy gdzie się podziała reszta rekrutów. I nikt by na to nie udzielił odpowiedzi. To, co się działo za murami Sol Rith było ścisłą tajemnica. Jedyne, co było wiadomo, że jej absolwenci są bez skazy. Niepokonani, nieprzekupni, wierni Imperatorowi.
Co rok bramy Akademii otwierały się i wychodziło z nich kilku ludzi. W zasadzie nie można ich nazwać ludźmi – byli absolwentami Sol Rith. Rozpoznawalni byli dzięki lekkim zbrojom i krótkim mieczom, zwanym rithańskimi. Oręż absolwentów, a później gwardzistów słynna była z tego, że była niezwykle trudna w użyciu. Jednak jego mistrzowie, a za takich należało uważać tych, którzy przeżyli Sol Rith, potrafili wykrzesać z niego dużo więcej niż z jakiegokolwiek innego rynsztunku. Ostatecznym egzaminem absolwenta była droga do stolicy, gdzie musiał dotrzeć do Imperatora i oddać mu w służbę swoje życie.
Wówczas do zbroi dołączana była brunatny płaszcz. Na głowę nakładany był wielki hełm, który nie utrudniał widzenia, lecz chronił głowę i zasłaniał twarz. Wówczas absolwent ostatecznie przestawał być człowiekiem. Bez twarzy, imienia, duszy – był Gwardzistą.
Kilka lat później
- Jak się nazywasz? – pytanie to jakby zdziwiło mężczyznę. Nie zadawano mu go już od wielu lat. Od ilu? A jakie to miało znaczenie?
- Masz jakieś imię? – mag, który przed nim stał, widocznie się niecierpliwił.
- Grabdar – słowo pochodziło z zamierzchłej przeszłości, jakby z innego życia.
Stał teraz w pałacu Imperatora. Wszędzie biegali jacyś ludzie. Panował ogromny bałagan. W środku tego rozgardiaszu stał z rithańskim mieczem przy pasie. Starał się dostać do prywatnego skrzydła Imperatora. Miał tam zgłosić się z przydziałem do Gwardii. Wszyscy jednak byli tak zabiegani, że nie mogli podać mu właściwego kierunku. I w tym momencie pojawił się ten mag.
- Dobrze – podpisał jakiś papier na ścianie. Podał go Grabdarowi – To rozkaz Imperatora, byś przejął jeden z oddziałów wojska i zajął się obroną bramy Manca w czwartym pierścieniu.
Rithanin zastanawiał się, czy taki rozkaz ma jakieś znaczenie. Przez chwilę nie odbierał świstka papieru, co widocznie nie umknęło uwadze maga.
- Gdybym mógł, sam bym się tym zajął. Jestem jednak magiem i nie mogę dowodzić wojskiem.
- Zrobię to – powiedział w końcu i chwycił kartkę z rozkazem.
Żołnierze oddani mu pod komendę nie byli wzorem, do jakiego przywykł w Akademii, lecz starali się jak mogli. I to właśnie w nich doceniał. W totalnej zawierusze, która powstała przez niespotykany w dziejach precedens - atak na stolicę – zachowali dyscyplinę. Ich szyku nie zdołała nawet załamać wieść, że nieprzyjaciel opanował piąty pierścień. Uważał to za dobry znak. Nie zmieniało to faktu, że jeśli brama upadnie, nie mieli szans utrzymać pozycji. Dlatego właśnie wrócił się z prośbą o wsparcie do wyższych pierścieni. Właśnie przybył posłaniec z odpowiedzią. Dziwaczna istoty, pokryta sierścią, z długim wijącym ogonem stała i wpatrywała się w niego. Dokładnie wiedziała, jaka jest odpowiedź. A wieści nie były pomyślne. Spojrzał na gońca, który nie spuszczał z niego oczu.
„Chyba myśli, że zabiję gońca ze złą wieścią?” – pomyślał.
- Zbierz wszystkich, których napotkasz w czwartym pierścieniu, a którzy mogą nosić broń. Niech się tu stawią. – polecił.
„To nasza jedyna nadzieja” – dodał w myślach.
Wtedy z murów dał się słyszeć ryk radości. Widocznie wróg odstąpił nieco. Coś jednak było nie tak. Przecież nikt nie zapuszcza się tak daleko, by ledwo naruszyć mury. To bez sensu. Wtedy nastąpił huk. Brama wyglądała na solidną, lecz samo natężenie dźwięku świadczyło, że nie wytrzymała. Spojrzał na gońca. Istota jeszcze stała w tym samym miejscu.
- Odszukaj wszystkich – krzyknął– Zarówno w czwartym jak i w piątym pierścieniu. Niech kierują się na bramę Manca. Potrzebujemy każdego miecza.
Rozejrzał się. Jego podwładni stanęli jak wryci. Morale pękło jak mała gałązka. Chyba tylko zaskoczenie trzymało ich przed ucieczką. Spojrzał na imperialny rozkaz. Nie mogli się wycofać. On nie mógł. Sięgnął po miecz. Spostrzegł, że niektórzy jego podwładni ze zdziwieniem, strachem, ale i nadzieją spostrzegli jego broń. Teraz wiedział, że to klucz do ich zwycięstwa. Podniósł miecz w górę. Niech każdy go widzi. Niech wie, że Rithanin jest wśród nich. Niech ma nadzieję w sercu.
Ruszył naprzód.
Normalnym zwyczajem wojskowych jest, by po wygranej bitwie urządzić biesiadę na cześć zwycięzców. W wielkiej sali bankietowej zgromadzili się wszyscy możni. Patrzył na nich z nieskrywanym wstrętem. Miecz żadnego z nich nie dotknął owczego topora. Ran, czy opatrunków nie było widać u nikogo na Sali. On sam znalazł się tu jako wielki bohater stolicy. Jako taki miał wygłosić pierwszy toast. W zwyczaju było, że jest on poświęcony Imperatorowi. Zmył więc bardziej odpowiednie, dla niego, wezwanie, chwycił kielich i, podnosząc go do góry, pozdrowił panującego. Brzęk naczyń potwierdził jego wezwanie i wrzawa biesiady rozgorzała. Wtem spośród arystokratów wstał jeden, który się generałem Dreefanem mienił i krzyknął:
- Za nas, zwycięzców!
Tego już nie wytrzymał. Nim brzęknęły kielichy, wstał i zawtórował:
- Za tych, co zdołali pomścić krew braci!
Nagle ucichło. Generał trzasnął kielichem o stół, szybkim krokiem przeszedł przed bohatera, odsłonił spod płaszcza półtorak i ryknął groźnie:
- Co to miało znaczyć?
Obrońca Barmy Manca, jak go już zdołano nazwać, niemal uśmiechnął się, widząc oręż arystokraty. Spokojnie położył na stole rithański miecz, co w generale wzbudziło widoczny lęk. Wsparł się na ręce i wstał.
- Tylko tyle – powiedział – że chyba tu nie pasuję.
Po tych słowach odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Przed wyjściem obrócił się i ukłonił w kierunku Imperatora. Zauważył, że władca odpowiedział lekkim ruchem głowy, podobnie jak kilku Gwardzistów, którzy mu towarzyszyli. Wyszedł.
Nikt więcej nie słyszał o Grabdarze. Niektórzy uważają, że dosięgła go zemsta generała Dreefana. Inni mówią o karze od samego Imperatora za takie zachowanie. Najpewniej jednak przyczepił brunatny płaszcz, włożył na głowę wielki hełm i zakończył drogę, którą rozpoczął wchodząc na plac Akademii Sol Rith.
Opowieść Grabdara, Obrońcy Bramy Manca
Sol Rith była jedyną wyspą w Imperium, którą niemal w całości otaczał mur. Chronił on ją nie przed atakami, a raczej przed kradzieżą tajemnic, których nikomu poznać nie było dane. Za tymi murami mieściła się bowiem akademia.
Jest wiele szkół wojskowych w Imperium. Za najbardziej prestiżową uchodzi Akademia Imperialna, niedaleko stolicy. Kończyli ją wielcy wojowie, generałowie, a nawet sam Imperator. Nikt jednak z nich nie śmie porównywać się do wychowanków Akademii na Sol Rith. Jej absolwenci zasłużenie cieszą się poważaniem, szacunkiem i... strachem. Jednak szkoła ta nie kształci w swych obszernych murach rycerzy. Wywodzą się z niej jedynie Gwardziści Imperatora.
Na wyspie Sol Rith znajduje się, poza szkołą, mała wioska portowa. Mieszkają tam zwykli ludzie. Zajmują się głównie dostarczaniem jedzenia do Akademii. Mają własne problemy, małe radości i smutki. To tu wychował się Grabdar. Od małego wyróżniał się wśród swoich rówieśników. Każdy bowiem chłopiec chce zostać wielkim rycerzem, który będzie zwalczał zło, zwyciężał wrogów i zdobywał skarby. Ten jednak młodzieniec nie widział się w roli bohatera z mieczem w dłoni. Twarde wychowanie uświadomiło mu, że jedyne, na co może liczyć, to to, że zostanie rybakiem, jak jego ojciec i dziadek. Dotarło to do niego nieco wcześniej niż do jego rówieśników. Cięty język dodatkowo nie przysparzał mu przyjaciół. Dlatego właśnie nazywany był błaznem.
Nastał jednak dzień, kiedy to zjeżdżali się do Akademii śmiałkowie, by spróbować swych sił w próbie trzech dni. Było bowiem tradycją, że raz do roku szkoła ogłaszała nabór. By uzyskać prawo wstępu należało przez trzy dni stać w miejscu w pozycji zasadniczej. Po tym czasie drzwi Akademii otwierały się i ci, którzy zdołali wejść, byli uznawani za rekrutów.
Tym razem w całej wsi nastało wielkie poruszenie w związku z tymi dniami. Prócz istnego najazdu śmiałków, w tym roku wyspa miała gościć księcia, syna Imperatora. Następca tronu chciał przypatrywać się tym, którzy uznali, że są wystarczająco dobrzy, by stać się Gwardzistami.
Każdy z chłopców, żyjących w wiosce, chciał pokazać się księciu z jak najlepszej strony. Walczyli zaciekle między sobą, wykonując zamaszyste łuki drewnianą bronią. Z ironicznym uśmiechem na buzi przypatrywał się im Grabdar.
- I co się śmiejesz, błaźnie? – zauważył go jeden z rówieśników.
- Myślicie, że coś tym osiągniecie? Wasz wielki książę nawet nie raczy na was spojrzeć. Pewnie to podobny buc jak każdy z was.
Los jednak chciał, że syn Imperatora znajdował się tuż obok. Usłyszawszy te słowa, od razu wezwał straż, by pojmać małego zuchwalca. Grabdar, mimo braku umiejętności bojowych, opanował do perfekcji jeden manewr wojskowy: ucieczkę. Gwardziści byli jednak nie mniej zwinni i jedynym miejscem, gdzie młodzieniec zdołał się ukryć, był plac przed Akademią. W tradycji bowiem było, że osoba tam się znajdująca, chroniona była jako prawdopodobny rekrut szkoły. Grabdar widział, że zarówno książę, jak i jego podwładni, czekają tylko, aż opuści to miejsce. Zaszył się więc wśród śmiałków i czekał co będzie dalej.
Nagle na murze nad bramą pokazała się jakaś osoba i krzyknęła:
- Baczność.
Rozpoczęła się próba.
Cały plac, podobnie jak reszta szkoły, obudowany był wysokim murem. Jego kamienie zdążyły już poszarzeć, twardo przeciwstawiając się siłom natury. Kamienna posadzka zdawała się być w lepszym stanie, choć wynikać to mogło raczej z częstego używania niż większej wytrzymałości. Niewielkie wgłębienia pokazywały, że próba trzech dni ma wielowiekową tradycję.
Grabdar wiedział, że w każdej chwili może ją przerwać, lecz widział przy wyjściu z placu służących księcia, którzy tylko patrzyli na ten jego błąd. Stał więc tam tak długo, jak tylko zdołał.
Po trzech dniach stania Grabdar usłyszał słowa:
- Możecie wejść, rekruci.
Spojrzał jeszcze raz w kierunku wyjścia z placu, zobaczył tam jednego z popleczników księcia, i wszedł przez bramę Akademii...
Ten rocznik nie różnił się niczym od innych. Bramy Akademii przekroczyło około pięciuset kandydatów. Tylko kilku miało wyjść stąd, by oddać swe życie w usługi Imperatorowi. Nikt nigdy nie pytał, jak byli szkoleni, czy gdzie się podziała reszta rekrutów. I nikt by na to nie udzielił odpowiedzi. To, co się działo za murami Sol Rith było ścisłą tajemnica. Jedyne, co było wiadomo, że jej absolwenci są bez skazy. Niepokonani, nieprzekupni, wierni Imperatorowi.
Co rok bramy Akademii otwierały się i wychodziło z nich kilku ludzi. W zasadzie nie można ich nazwać ludźmi – byli absolwentami Sol Rith. Rozpoznawalni byli dzięki lekkim zbrojom i krótkim mieczom, zwanym rithańskimi. Oręż absolwentów, a później gwardzistów słynna była z tego, że była niezwykle trudna w użyciu. Jednak jego mistrzowie, a za takich należało uważać tych, którzy przeżyli Sol Rith, potrafili wykrzesać z niego dużo więcej niż z jakiegokolwiek innego rynsztunku. Ostatecznym egzaminem absolwenta była droga do stolicy, gdzie musiał dotrzeć do Imperatora i oddać mu w służbę swoje życie.
Wówczas do zbroi dołączana była brunatny płaszcz. Na głowę nakładany był wielki hełm, który nie utrudniał widzenia, lecz chronił głowę i zasłaniał twarz. Wówczas absolwent ostatecznie przestawał być człowiekiem. Bez twarzy, imienia, duszy – był Gwardzistą.
Kilka lat później
- Jak się nazywasz? – pytanie to jakby zdziwiło mężczyznę. Nie zadawano mu go już od wielu lat. Od ilu? A jakie to miało znaczenie?
- Masz jakieś imię? – mag, który przed nim stał, widocznie się niecierpliwił.
- Grabdar – słowo pochodziło z zamierzchłej przeszłości, jakby z innego życia.
Stał teraz w pałacu Imperatora. Wszędzie biegali jacyś ludzie. Panował ogromny bałagan. W środku tego rozgardiaszu stał z rithańskim mieczem przy pasie. Starał się dostać do prywatnego skrzydła Imperatora. Miał tam zgłosić się z przydziałem do Gwardii. Wszyscy jednak byli tak zabiegani, że nie mogli podać mu właściwego kierunku. I w tym momencie pojawił się ten mag.
- Dobrze – podpisał jakiś papier na ścianie. Podał go Grabdarowi – To rozkaz Imperatora, byś przejął jeden z oddziałów wojska i zajął się obroną bramy Manca w czwartym pierścieniu.
Rithanin zastanawiał się, czy taki rozkaz ma jakieś znaczenie. Przez chwilę nie odbierał świstka papieru, co widocznie nie umknęło uwadze maga.
- Gdybym mógł, sam bym się tym zajął. Jestem jednak magiem i nie mogę dowodzić wojskiem.
- Zrobię to – powiedział w końcu i chwycił kartkę z rozkazem.
Żołnierze oddani mu pod komendę nie byli wzorem, do jakiego przywykł w Akademii, lecz starali się jak mogli. I to właśnie w nich doceniał. W totalnej zawierusze, która powstała przez niespotykany w dziejach precedens - atak na stolicę – zachowali dyscyplinę. Ich szyku nie zdołała nawet załamać wieść, że nieprzyjaciel opanował piąty pierścień. Uważał to za dobry znak. Nie zmieniało to faktu, że jeśli brama upadnie, nie mieli szans utrzymać pozycji. Dlatego właśnie wrócił się z prośbą o wsparcie do wyższych pierścieni. Właśnie przybył posłaniec z odpowiedzią. Dziwaczna istoty, pokryta sierścią, z długim wijącym ogonem stała i wpatrywała się w niego. Dokładnie wiedziała, jaka jest odpowiedź. A wieści nie były pomyślne. Spojrzał na gońca, który nie spuszczał z niego oczu.
„Chyba myśli, że zabiję gońca ze złą wieścią?” – pomyślał.
- Zbierz wszystkich, których napotkasz w czwartym pierścieniu, a którzy mogą nosić broń. Niech się tu stawią. – polecił.
„To nasza jedyna nadzieja” – dodał w myślach.
Wtedy z murów dał się słyszeć ryk radości. Widocznie wróg odstąpił nieco. Coś jednak było nie tak. Przecież nikt nie zapuszcza się tak daleko, by ledwo naruszyć mury. To bez sensu. Wtedy nastąpił huk. Brama wyglądała na solidną, lecz samo natężenie dźwięku świadczyło, że nie wytrzymała. Spojrzał na gońca. Istota jeszcze stała w tym samym miejscu.
- Odszukaj wszystkich – krzyknął– Zarówno w czwartym jak i w piątym pierścieniu. Niech kierują się na bramę Manca. Potrzebujemy każdego miecza.
Rozejrzał się. Jego podwładni stanęli jak wryci. Morale pękło jak mała gałązka. Chyba tylko zaskoczenie trzymało ich przed ucieczką. Spojrzał na imperialny rozkaz. Nie mogli się wycofać. On nie mógł. Sięgnął po miecz. Spostrzegł, że niektórzy jego podwładni ze zdziwieniem, strachem, ale i nadzieją spostrzegli jego broń. Teraz wiedział, że to klucz do ich zwycięstwa. Podniósł miecz w górę. Niech każdy go widzi. Niech wie, że Rithanin jest wśród nich. Niech ma nadzieję w sercu.
Ruszył naprzód.
Normalnym zwyczajem wojskowych jest, by po wygranej bitwie urządzić biesiadę na cześć zwycięzców. W wielkiej sali bankietowej zgromadzili się wszyscy możni. Patrzył na nich z nieskrywanym wstrętem. Miecz żadnego z nich nie dotknął owczego topora. Ran, czy opatrunków nie było widać u nikogo na Sali. On sam znalazł się tu jako wielki bohater stolicy. Jako taki miał wygłosić pierwszy toast. W zwyczaju było, że jest on poświęcony Imperatorowi. Zmył więc bardziej odpowiednie, dla niego, wezwanie, chwycił kielich i, podnosząc go do góry, pozdrowił panującego. Brzęk naczyń potwierdził jego wezwanie i wrzawa biesiady rozgorzała. Wtem spośród arystokratów wstał jeden, który się generałem Dreefanem mienił i krzyknął:
- Za nas, zwycięzców!
Tego już nie wytrzymał. Nim brzęknęły kielichy, wstał i zawtórował:
- Za tych, co zdołali pomścić krew braci!
Nagle ucichło. Generał trzasnął kielichem o stół, szybkim krokiem przeszedł przed bohatera, odsłonił spod płaszcza półtorak i ryknął groźnie:
- Co to miało znaczyć?
Obrońca Barmy Manca, jak go już zdołano nazwać, niemal uśmiechnął się, widząc oręż arystokraty. Spokojnie położył na stole rithański miecz, co w generale wzbudziło widoczny lęk. Wsparł się na ręce i wstał.
- Tylko tyle – powiedział – że chyba tu nie pasuję.
Po tych słowach odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Przed wyjściem obrócił się i ukłonił w kierunku Imperatora. Zauważył, że władca odpowiedział lekkim ruchem głowy, podobnie jak kilku Gwardzistów, którzy mu towarzyszyli. Wyszedł.
Nikt więcej nie słyszał o Grabdarze. Niektórzy uważają, że dosięgła go zemsta generała Dreefana. Inni mówią o karze od samego Imperatora za takie zachowanie. Najpewniej jednak przyczepił brunatny płaszcz, włożył na głowę wielki hełm i zakończył drogę, którą rozpoczął wchodząc na plac Akademii Sol Rith.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
Re: [V]Opowieści z Vackell
„Najdziksi”
Opowieść orka Ugo
Ugo usiadł na kamieniu. Nocny marsz trochę osłabił go. Taki spacerek nie mógł pozbawić sił członka elitarnej grupy wojowników, ale przed atakiem na stolicę Imperium musiał być pewien swych sił. Spojrzał na niedawnego towarzysza z warty. Thraal starał sie usłyszeć jak najwięcej z przesłuchań złapanego zwiadowcy. Młodzieniaszek chciał zakosztować trochę rozrywki. Ugo skrzywił się. Jako jeden z Najdzikszych nie musiał szukać sobie takich zabaw. Był ponad to.
Spojrzał na swoich przyjaciół z oddziału. Właśnie odpoczywali we właściwy dla siebie sposób. Jedni starali się zaznać chodź trochę snu, inni pozorowali walki, by rozgrzać się przed bitwą. Wtem ktoś krzyknął. Ugo podniósł się. Coś działo się wśród jego towarzyszy. Najdziksi zawsze trzymali się razem.
Wśród orków znajdował sie jakiś inny stwór. Prawdopodobnie był to jeden z najemników, na których towarzystwo zgodził się dowódca chordy. Jego skórę kryło futro. Długi ogon wił się tuż za plecami. Nie widać było, by miał jakąś znaczącą broń. A jednak ten cherlak stał i wrzeszczał na jednego z orków. Na jednego z Najdzikszych. Ork nazywał sie Atruik. Do tego trzymał już w ręku swój topór. Broń Atruika słynęła jako najlepszy oręż w oddziale.
Obrażany ork w końcu ryknął, co wśród Najdzikszych oznaczało gotowość do walki. Wtem najemnik zrobił szybki ruch rękoma. Ugo ledwo to zauważył, takie było szybkie to cięcie. Głos Atruika nagle zamarł. Z jego szyi polała się krew. Ork upadł i zmarł.
Najemnik plunął za umierającego i odszedł. Ugo podszedł do towarzyszy. Chciał pomóc pochować współplemieńca zgodnie ze zwyczajem. Doszedł do trupa w tym samym czasie, co Jogul, dowódca chordy.
- Co to? - krzyknął wódz do zgromadzonych.
- Nieżywy – odparł któryś z Najdzikszych.
- Czyli bezużyteczny. - odparł dowódca - Zostawcie go. Ruszamy na Vackell.
Ugo zostawił ciało druha. Sięgnął jednak po jego broń. Nie mogła sie zmarnować. Na prawdę była dobra.
Zdobycie pierwszych domów poszło nadzwyczaj łatwo. Ugo ruszył więc pod mury. Chciał zakosztować honoru w walce. Nie mógł się jednak przepchnąć przez tłum pobratymców. Wszyscy dążyli do tego samego celu. Wtem rozległ się huk. Jednak z bram miasta rozleciała się na kawałki. Ugo słyszał pogłoski o nowej magii szamanów. Uradował się na myśl o czekającej go walce. Wtedy jednak natknął się na Jogula.
- Stójcie – powiedział dowódca – będę was potrzebował w kolejnym pierścieniu.
Ugo nie zwykł kwestionować rozkazów, więc ruszył z kilkoma towarzyszami na poszukiwanie jakiejś zwierzyny na obrzeżach miasta. Wśród jednakowych domków szybko zgubił się. W końcu udało mu się wyjść na jeden z placyków. Na nim zastał niezwykły widok. Dwóch orków leżało wypatroszonych na bruku. Na środku rynku para identycznych najemników walczyła ze sobą na noże. Ugo chwilę patrzył na walkę. Jeden z okrytych sierścią w końcu zabił drugiego. Widocznie napawając sie zwycięstwem krzyknął do orków:
- Co się tak gapicie. Przynieście oliwę i ogień.
Ugo nie zamierzał ryzykować walki z takim przeciwnikiem. Jeszcze się wsławi w tym mieście. Szybko odszukał w pobliskich domach oliwę. Jeden z towarzyszy znalazł pochodnię. Oddali znalezisko najemnikowi i ruszyli szybko dalej. Futrzak pogonił ich jeszcze groźbą. W Ugu się zagotowało. Ani on, ani żaden z jego druhów nie zamierzał jednak zawrócić, by wyciągnąć od dziwadła przeprosiny.
Znów kluczyli wśród jednakowych domów Vackell. Nagle Ugo usłyszał odgłosy walki. Uradowany pobiegł w tamtą stronę. Grupa orków walczyła z mieszkańcami. Ugo krzyknął na znak, że jeden z Najdzikszych zjawił się na polu bitwy. Wybrał spośród tłumu przeciwników jakieś godne wyzwanie. Rzucił swoim toporem w jednego z niezwykle rosłych ludzi i chwycił broń Atruika. Przeciwnik mimo, że topór wbił mu się głęboko w ramię, nie zamierzał się poddawać. Ugo ruszył na niego. Wtem coś skoczyło mu na plecy. Samica ludzka wbiła mu swoje pazury w ramię i odgryzła ucho. Ork chwycił ja za włosy i szybkim ruchem odrzucił w bok. Wtem jednak znalazł sie przy nim mężczyzna z toporem w ramieniu. Silnym uderzeniem posłał orka na ziemię. Momentalnie samica znalazła się na nim. Wydała z siebie dziwny skowyt. Już miała wgryźć się orkowi w gardło, gdy wpadł na nią jeden z pobratymców Uga. Ten szybko wstał i sięgnął po broń. Chciał krzyknąć, by dodać sobie sił i nastraszyć przeciwników. Zabrakło mu tchu. Chwycił się za gardło. Tkwił w nim niewielki sztylet. Pewnie wbił go ten maluch. Stał przed Najdzikszym i śmiał się niczym hiena. Wyciągnął broń i ruszył na innego z orków, wyjąc zwycięsko.
Ugo padł na ziemię. Chciał coś zrobić, ale nie miał sił. Chciał krzyknąć, podnieść topór i ruszyć do boju. Przecież był Najdzikszy. Leżąc mógł tylko patrzeć na swoją „zwierzynę”. Walczyli mężnie, nieludzko, dziko. Ostatnia myśl, jaka zaświtała w umyśle Uga, brzmiała: „Czy my naprawdę jesteśmy najdziksi?”
Atak na Vackell mimo, że nieudany, stał się jedną z najchwalebniejszych kart historii orków. Opowieści o wspaniałym męstwie i niezwykłej magii jeszcze przez pokolenia powtarzane były przy ogniskach wielu chat. Jednak jeden epizod kładzie cień na tym chwalebnym dniu. Starcia na placu piątego pierścienia, do dziś zwanym wśród orków Placem Dzikości, sieją strach i grozę w sercach orków. Ponoć nikt nie wyszedł żywy z bitwy, jaką najmężniejsi stoczyli tam ze zwykłymi mieszkańcami Vackell, ale jej wspomnienia są zbyt jasne i dokładne jak na zbiór zasłyszanych plotek. Jedno jest pewne – od tamtego dnia żaden oddział orków nie został nazwany Najdzikszymi.
Opowieść orka Ugo
Ugo usiadł na kamieniu. Nocny marsz trochę osłabił go. Taki spacerek nie mógł pozbawić sił członka elitarnej grupy wojowników, ale przed atakiem na stolicę Imperium musiał być pewien swych sił. Spojrzał na niedawnego towarzysza z warty. Thraal starał sie usłyszeć jak najwięcej z przesłuchań złapanego zwiadowcy. Młodzieniaszek chciał zakosztować trochę rozrywki. Ugo skrzywił się. Jako jeden z Najdzikszych nie musiał szukać sobie takich zabaw. Był ponad to.
Spojrzał na swoich przyjaciół z oddziału. Właśnie odpoczywali we właściwy dla siebie sposób. Jedni starali się zaznać chodź trochę snu, inni pozorowali walki, by rozgrzać się przed bitwą. Wtem ktoś krzyknął. Ugo podniósł się. Coś działo się wśród jego towarzyszy. Najdziksi zawsze trzymali się razem.
Wśród orków znajdował sie jakiś inny stwór. Prawdopodobnie był to jeden z najemników, na których towarzystwo zgodził się dowódca chordy. Jego skórę kryło futro. Długi ogon wił się tuż za plecami. Nie widać było, by miał jakąś znaczącą broń. A jednak ten cherlak stał i wrzeszczał na jednego z orków. Na jednego z Najdzikszych. Ork nazywał sie Atruik. Do tego trzymał już w ręku swój topór. Broń Atruika słynęła jako najlepszy oręż w oddziale.
Obrażany ork w końcu ryknął, co wśród Najdzikszych oznaczało gotowość do walki. Wtem najemnik zrobił szybki ruch rękoma. Ugo ledwo to zauważył, takie było szybkie to cięcie. Głos Atruika nagle zamarł. Z jego szyi polała się krew. Ork upadł i zmarł.
Najemnik plunął za umierającego i odszedł. Ugo podszedł do towarzyszy. Chciał pomóc pochować współplemieńca zgodnie ze zwyczajem. Doszedł do trupa w tym samym czasie, co Jogul, dowódca chordy.
- Co to? - krzyknął wódz do zgromadzonych.
- Nieżywy – odparł któryś z Najdzikszych.
- Czyli bezużyteczny. - odparł dowódca - Zostawcie go. Ruszamy na Vackell.
Ugo zostawił ciało druha. Sięgnął jednak po jego broń. Nie mogła sie zmarnować. Na prawdę była dobra.
Zdobycie pierwszych domów poszło nadzwyczaj łatwo. Ugo ruszył więc pod mury. Chciał zakosztować honoru w walce. Nie mógł się jednak przepchnąć przez tłum pobratymców. Wszyscy dążyli do tego samego celu. Wtem rozległ się huk. Jednak z bram miasta rozleciała się na kawałki. Ugo słyszał pogłoski o nowej magii szamanów. Uradował się na myśl o czekającej go walce. Wtedy jednak natknął się na Jogula.
- Stójcie – powiedział dowódca – będę was potrzebował w kolejnym pierścieniu.
Ugo nie zwykł kwestionować rozkazów, więc ruszył z kilkoma towarzyszami na poszukiwanie jakiejś zwierzyny na obrzeżach miasta. Wśród jednakowych domków szybko zgubił się. W końcu udało mu się wyjść na jeden z placyków. Na nim zastał niezwykły widok. Dwóch orków leżało wypatroszonych na bruku. Na środku rynku para identycznych najemników walczyła ze sobą na noże. Ugo chwilę patrzył na walkę. Jeden z okrytych sierścią w końcu zabił drugiego. Widocznie napawając sie zwycięstwem krzyknął do orków:
- Co się tak gapicie. Przynieście oliwę i ogień.
Ugo nie zamierzał ryzykować walki z takim przeciwnikiem. Jeszcze się wsławi w tym mieście. Szybko odszukał w pobliskich domach oliwę. Jeden z towarzyszy znalazł pochodnię. Oddali znalezisko najemnikowi i ruszyli szybko dalej. Futrzak pogonił ich jeszcze groźbą. W Ugu się zagotowało. Ani on, ani żaden z jego druhów nie zamierzał jednak zawrócić, by wyciągnąć od dziwadła przeprosiny.
Znów kluczyli wśród jednakowych domów Vackell. Nagle Ugo usłyszał odgłosy walki. Uradowany pobiegł w tamtą stronę. Grupa orków walczyła z mieszkańcami. Ugo krzyknął na znak, że jeden z Najdzikszych zjawił się na polu bitwy. Wybrał spośród tłumu przeciwników jakieś godne wyzwanie. Rzucił swoim toporem w jednego z niezwykle rosłych ludzi i chwycił broń Atruika. Przeciwnik mimo, że topór wbił mu się głęboko w ramię, nie zamierzał się poddawać. Ugo ruszył na niego. Wtem coś skoczyło mu na plecy. Samica ludzka wbiła mu swoje pazury w ramię i odgryzła ucho. Ork chwycił ja za włosy i szybkim ruchem odrzucił w bok. Wtem jednak znalazł sie przy nim mężczyzna z toporem w ramieniu. Silnym uderzeniem posłał orka na ziemię. Momentalnie samica znalazła się na nim. Wydała z siebie dziwny skowyt. Już miała wgryźć się orkowi w gardło, gdy wpadł na nią jeden z pobratymców Uga. Ten szybko wstał i sięgnął po broń. Chciał krzyknąć, by dodać sobie sił i nastraszyć przeciwników. Zabrakło mu tchu. Chwycił się za gardło. Tkwił w nim niewielki sztylet. Pewnie wbił go ten maluch. Stał przed Najdzikszym i śmiał się niczym hiena. Wyciągnął broń i ruszył na innego z orków, wyjąc zwycięsko.
Ugo padł na ziemię. Chciał coś zrobić, ale nie miał sił. Chciał krzyknąć, podnieść topór i ruszyć do boju. Przecież był Najdzikszy. Leżąc mógł tylko patrzeć na swoją „zwierzynę”. Walczyli mężnie, nieludzko, dziko. Ostatnia myśl, jaka zaświtała w umyśle Uga, brzmiała: „Czy my naprawdę jesteśmy najdziksi?”
Atak na Vackell mimo, że nieudany, stał się jedną z najchwalebniejszych kart historii orków. Opowieści o wspaniałym męstwie i niezwykłej magii jeszcze przez pokolenia powtarzane były przy ogniskach wielu chat. Jednak jeden epizod kładzie cień na tym chwalebnym dniu. Starcia na placu piątego pierścienia, do dziś zwanym wśród orków Placem Dzikości, sieją strach i grozę w sercach orków. Ponoć nikt nie wyszedł żywy z bitwy, jaką najmężniejsi stoczyli tam ze zwykłymi mieszkańcami Vackell, ale jej wspomnienia są zbyt jasne i dokładne jak na zbiór zasłyszanych plotek. Jedno jest pewne – od tamtego dnia żaden oddział orków nie został nazwany Najdzikszymi.
Nie jestem wrogiem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
Nie jestem przyjacielem.
Jestem obserwatorem.
-

Klonus Wysoki - Mecenas sztuki
- Posty: 228
- Dołączył(a): 2008-10-18 21:34
- Lokalizacja: Bydgoszcz
5 posty(ów) • Strona 1 z 1
Kto przegląda forum
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości